Ach, Mamo... mam już prawie wszystko to, co zawsze chciałem mieć. Od kiedy mam komputer i robotę, to już grzechem byłoby mówić, że chcę czegoś więcej. Ale... wiesz, na dnie mojego serca leży sobie jeszcze takie jedno malutkie marzenie. Odkąd sięgam pamięcią. Czasem sobie myślę, że było ze mną już w Twoim łonie. A później towarzyszyło mi już zawsze - kiedy przez tamte wysokie śniegi chodziłem do pierwszej szkoły, potem do drugiej, kiedy wszyscy koledzy - jeden po drugim - odwracali się do mnie plecami, choć nawet o żadnym marzeniu nie wiedzieli. Trochę to długo trwało, nim sam zdałem sobie z niego sprawę, zanim się domyśliłem, że to będzie chyba największe marzenie mojego życia, bo nigdy się nie spełni. Co? A tak... już Ci mówię...
Chciałbym mieć Męża.
Widzisz, już się kiedyś nawet jednemu oświadczyłem, ha - nawet przyjął! Ale jakiś dziwny był... to znaczy na początku nie miałem oczywiście zielonego pojęcia o tym, że jest dziwny; dotarło do mnie, kiedy po kilku miesiącach zażądał rozwodu. Obyło się na szczęście bez sądu. Polubownie i milcząco przyjąłem ten fakt do swojej głowy, chociaż serce za bardzo nie chciało się zgodzić. Musiało; po roku wreszcie przyznało rację głowie. Ale wracając do meritum: tamten Mąż mnie zawiódł. Nic mu złego nie zrobiłem, a on się ze mną rozwiódł! On nie spełnił mojego marzenia. Ja chciałem, żeby umarł przy mnie, a nie się rozwodził. Nie spełnił marzenia. Chyba nie miał takiego samego.
Wiesz, Mamo... to wtedy, tamtego dnia, kiedy jego głowa po raz ostatni leżała na moich kolanach, dotarło do mnie, jakie to wielkie marzenie w sobie noszę. Wcześniej sądziłem, że to po prostu jedno z wielu. Ogarnęła mnie niechęć. Zatraciłem spontaniczność. Zamiast dać się ponieść, ja zacząłem pytać każdego nowego kandydata rzeczowo, o czym marzy. Odpowiadali: "Chcę w tym roku wyjechać do Indii" albo "Żeby tak ta bessa wreszcie się skończyła". Młodsi mówili: "Jeżeli w tydzień nie skombinuję kasy na te nowe portki, to się pochlastam". "Aha... yhym..." - odpowiadałem i dodawałem: "Mam nadzieję, że się spełni". A moje marzenie urosło w tamtych czasach do takich rozmiarów, że przesłoniło mi wszystkie inne. Przestałem już nawet marzyć o nowej płycie Hey'a czy Alanis... a to już coś znaczyło! Pomyślałem sobie, że całą energię MUSZĘ poświęcić na myślenie o tym jednym, najważniejszym marzeniu. Inaczej to już na pewno się nie spełni.
Po części miałem rację. Kiedy zacząłem myśleć o nim i tylko o nim, coś się wreszcie "ruszyło". Ktoś wreszcie powiedział - w momencie, w którym najmniej się tego spodziewałem: "A wiesz... najbardziej w życiu to ja bym chyba chciał... Męża..." Zatkało mnie. Cud, że nie rzuciłem mu się na szyję! Wróciłem do domu i mało nie popłakałem się ze szczęścia. W końcu...!!! Moje marzenie prawie zaczęło mnie dusić. Jego słowa odtwarzałem w pamięci. "...Męża... Męża... Męża...". Wyobrażasz to sobie, Mamo? Ktoś miał takie samo dziwne marzenie, jak ja! Stałem się żywy, spontaniczny, oryginalny, zabawny, miły, ciepły, pomocny, dobry nawet... Wszystko dzięki niemu i tym słowom, które wypowiedział. W myślach stałem też na ślubnym kobiercu.
Dzwonił i płakał mi do ucha, powtarzając, że dłużej nie wytrzyma już bez Męża. Odpowiadałem: "Ech, nie przejmuj się... na pewno kiedyś znajdziesz...". Mówiłem to "półgębkiem"; bo drugą połową gardła przełykałem nie wypuszczone z oczu łzy. Tak, rozpłakałbym się z nim razem najchętniej, podobnie jak i robił z nim milion innych rzeczy... razem... na przykład byłbym z nim Mężem razem... W myślach oświadczałem mu się dwadzieścia jeden razy. Pod powiekami miałem wszystko: siebie klęczącego, obrączkę w jednej dłoni a serce swoje w drugiej. W myślach, bo na szczęście w porę wyciągnąłem odpowiedni wniosek: "Ej, skoro zna mnie już lepiej niż ktokolwiek inny, a mimo to nadal płacze, marząc o Mężu, to... to... to chyba coś znaczy. Na przykład to, że nie zauważył we mnie ewentualnego kandydata. A może nie dosłyszał, kiedy mówiłem, że mam takie samo największe marzenie? Może do niego nie dotarło?! Nie, to niemożliwe. Ma przecież bardzo dobry słuch, przecież kiedyś usłyszał, jak głośno bije mi serce..." (to było wtedy, kiedy dawałem mu pierwszy tomik swoich wierszy; w parku świeciło słońce i widziałem, jak jego ciemne oczy się iskrzą; najpiękniejsza chwila mojego życia).
W końcu to wykrzyczałem. Nie mogłem już. "O rany! Wyjdź za mnie!! Błagam!!! Ja Cię kocham!!!!" Żebyś widziała jego minę! Gdyby nie okoliczności, to nawet nieźle bym się wtedy ubawił. Ale nie byłem w stanie, bo za bardzo bolała mnie szczęka. Po raz pierwszy w życiu ktoś zrobił mi coś, co się chyba nazywa: "zlanie na kwaśne jabłko". Byłem tak oszołomiony, że nawet nie miałem siły się bronić. Ugryzłem go tylko w ucho. A kiedyś tak bardzo chciałem to ucho pocałować...
Mamo, czy coś Ci się stało? Dobrze się czujesz? No co Ty, nie płacz, przecież nic się nie stało! W tydzień później moi kumple pomogli mi dać mu nauczkę! Zwabiłem do siebie, lekko unieruchomiłem, rozebrałem do pasa i tak przez całą noc przeleżałem na jego piersi. Mówię Ci, to było cudowne. Najpierw trochę oponował, ale gdy już się zmęczył i zasnął, gdy usłyszałem, jak chrapie... było bosko! Przypomniało mi się, jak bardzo chcę mieć Męża. Rano okazało się, że ma tak zdrętwiałe ręce, że nie może nimi poruszyć. Dobrze mu.
Wiesz Mamo, noc w noc szeptałem już potem tylko jedno. Coś w stylu: "Boże, daj mi tego Męża. Chcę go uwieść, zdobyć w sposób, który zapamięta do końca życia. Chcę go przewrócić latem na tamtej dziadkowej łące, usiąść na nim i obsypać go bratkami. Chcę z nim popływać w rzece, tak zupełnie na golasa... i schnąć potem na słońcu. Chcę z nim chodzić do kina, na zakupy, kłócić się z nim, że chrapie jednak o ton za głośno, jak na mój gust. Niech już nawet podrzucają nam te gówna na wycieraczkę, gówno mnie to też obchodzi! Niech już się śmieją, klną... Tylko żeby on był ze mną, bo to moje marzenie męczy coraz bardziej. Boże, zlituj się! Przecież ja chcę kogoś przytulić, dotykać, pocałować, popieścić... przecież sam tego z sobą robił nie będę - nie da się tak naprawdę... Spraw, żeby się pojawił. Spraw, żeby się pojawił. Spraw, żeby się pojawił. Ja już zadbam o resztę...".
I wiesz, Mamo - wczoraj do pracy przyszedł Antek. Dziwne imię, jak na te czasy, nie? Podobno jest wybitnym specjalistą od analizy rynku i to jest jeszcze dziwniejsze, zważywszy, że ma tyle lat, co ja... Jakoś tak wyszło, że usiadł obok mnie na lunchu, no to pogadaliśmy. A wieczorem zdałem sobie sprawę z tego, że on mi się cały czas przygląda, choć udaje oczywiście, że nie. Jak wyszliśmy na zewnątrz, to ja już nie wytrzymałem i się go pytam: "Antek, dlaczego Ty się na mnie patrzysz". On na to: "No coś Ty, nie patrzę się!" No to ja na to: "No przecież widzę, że się patrzysz". Zrobił się czerwony, jak burak, a mnie się głupi zrobiło. Nie chciałem go przecież zawstydzić. Na drugi dzień okazało się, że przenosi się do innego zespołu.
A jednak został!!! I wiesz, Mamo, nadal jadamy w tym samym miejscu. I on się robi tak samo czerwony, jak wtedy... za każdym razem, kiedy na niego spojrzę. Tym bardziej mi głupio i tym bardziej wiem, że już nie stracę go ze swoich oczu. Ciekawe, o czym najbardziej w życiu marzy... co mówisz, Mamo? Aaa... taaak... dzięki; wiem, że życzysz mi jak najlepiej :-)
UWAGA: wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek osób lub sytuacji rzeczywistych jest czysto przypadkowe i niezamierzone.
prawiebrunet
naprawde bardzo mi sie podoba:D:D
Chyba zapominam o najważniejszych rzeczach w życiu!!!