"Arcybiskup Paetz jest osobą chorą. To seksoholik o orientacji homoseksualnej" - taką opinię anonimowego księdza o poznańskim ordynariuszu przeczytać można w poniedziałkowej prasie. Dla polskiego czytelnika jest to konstatacja szokująca, bowiem o Kościele i jego urzędnikach pisze się u nas z reguły na klęczkach. W jednej z audycji telewizyjnych dziennikarka zapytała biskupa Tadeusza Pieronka, czy nie sądzi, że nadszedł czas, by Kościół zajął się problemem nadużyć na tle homoseksualnym wśród kapłanów. Prominentny hierarcha z wyraźną złością powiedział, że Kościół jest jak rodzina - a rodzina stara się chronić wszystkich swych członków.
Uważam, że defnicja "rodziny" jest bardzo nieprecyzyjna. W komentarzach prasowych pojawiła się znacznie lepsza: "hermetyczna struktura". Sformułowanie to, jakże odległe od wizji Kościoła otwartego, będącego własnością i dobrem wszystkich wiernych jest trafne i pozwala bardzo łatwo zrozumieć, jak to się stało, że człowiek o skrzywionej seksualności, mógł przez całe dziesięciolecia cieszyć się poparciem i uznaniem, by dotrzeć wreszcie na same szczyty hierarchii. A przecież, nawet w permisywnym, świeckim środowisku gejowskim, w którym częste kontakty seksualne są na porządku dziennym, człowiek taki miałby trudności z akceptacją. Kto u nas lubi "zaliczaczy"? W czasie rozmowy z zakonnikiem, księdzem Kowalczykiem (wywiad można przeczytać na IS) dowiedziałem się, że istnieje w Kościele doskonale naoliwiona gejowska siatka oraz kółka wzajemnego poparcia. W przypadku arcybiskupa Paetza, te mechanizmy działały bardzo długo i pewnie bez większej szkody przeżyją jego upadek.
W reakcjach na skandal w pałacu arcybiskupim w Poznaniu, pojawiły się na łamach Innej Strony głosy, wyrażające obawę o to, że utrwali on antygejowskie uprzedzenia i stereotypy. Ja obawiam się czegoś gorszego. Tego mianowicie, że za powszechnym przyzwoleniem, sprawie ukręcony zostanie łeb, a tajemne życie lubieżników w habitach toczyć się będzie dalej niezmąconym trybem. Byłoby to bardzo niedobrze. Albowiem "odnowa Kościoła" nie jest prywatną sprawą hierarchii, Watykanu, papieża, kleru - czyli wspomnianej "hermetycznej struktury", lecz nas wszystkich. A Kościół (wbrew twierdzeniu biskupa Pieronka) nie jest "rodziną", lecz instytucją społeczną, która powinna podlegać tym samym regułom jak wszystkie inne. Sam kler nie jest wcale zainteresowany "odnową", bowiem godzi ona w jego interesy, odsłania wmiecione pod dywan brudy. Demaskuje hipokryzję. Dla dobra samego Kościoła, czarną robotę muszą wziąć na siebie świeccy. W przypadku Juliusza Paetza tak właśnie się stało, choć opór ze strony "odnawianych" był zaciekły.
W krajach zachodnich od dawna toczy się zażarta dyskusja na temat związku przyczynowego pomiędzy celibatem i wykroczeniami seksualnymi w szeregach duchowieństwa katolickiego. Pisze się też bardzo wiele o gorszącej wiernych ostentacyjności, z jaką księża demonstrują swe lekceważenie dla ślubów czystości. Wiele z tych głosów publikowaliśmy na Innej Stronie, zbierając nierzadko cięgi ze strony czytelników, oburzonych "atakowaniem Kościoła." Poznańskie seminarium duchowne nie jest jedynym, w którym dochodziło do molestowania kleryków. Amerykańskie pismo The Advocate informuje o najnowszym przypadku: Były kleryk z Camden w New Jersey oddał sprawę do sądu informując że w tamtejszym seminarium był systematycznie molestowany seksualnie przez przełożonych i opiekunów. Autor artykułu opowiada, że w latach siedemdziesiątych spotykał się z pewnym seminarzystą. Chłopak ten nie taił swej orientacji seksualnej, lecz odważnie zwierzył się swemu biskupowi. W nagrodę otrzymał pozwolenie na dalsze randki aż do złożenia ślubów. Po latach, autor spotkał go znowu - w gejowskim klubie. Były kochanek w habicie powiedział, że nikt już nie interesuje się jego życiem prywatnym, dopóki utrzymane jest w sekrecie.
To w Stanach Zjednoczonych. A w Polsce? Nie dalej jak w minioną sobotę spotkałem w krakowskim klubie "Taboo" młodego kleryka, który wyjawił mi, że w jego zgromadzeniu "wszyscy o nim wiedzą, a takich jak on jest kilku." Celibat jest w świetle doktryny pełnym oddaniem się Bogu - duchowo i cieleśnie. Ale rzeczywistość jest tak samo banalna jak cielesne pokusy, na które wystawiony jest każdy bez wyjątku zdrowy człowiek
Dużo niebezpieczniejsze niż ekscesy seksoholików w sutannach są przypadki pedofilii wśród księży. W Bostonie toczy się dochodzenie, jakim objętych jest osiemdziesięciu księży. Pogrążeni w głębokim szoku wierni, domagają się ustąpienia ordynariusza diecezji, kardynała Bernarda Law który wiedząc o występkach swych podwładnych, krył ich całymi latami. Charakter misji Kościoła, bliski kontakt wielu kapłanów z dziećmi i młodzieżą są idealnym terenem operacyjnym dla pedofilów. Sygnały o przypadkach pedofilii z udziałem księży dochodzą z całego świata. W sprawie tej wypowiadał się papież, przepraszając ofiary i obiecując zmianę strategii "minimalizacji szkód". Środowiska gejowskie obawiają się, że ich wieloletnia praca na rzecz pogłębienia tolerancji może zostać zniweczona, bowiem spora część społeczeństwa utożsamia pedofilię z homoseksualizmem. Także i w tym kontekście pojawia się pytanie o szczególną w szeregach kleru "koncentrację" nie tylko homoseksualizmu, lecz przeróżnych dewiacji seksualnych. Jest normą, że kilka procent dorosłych osób w każdych społeczeństwie przejawia zachowania homoseksualne. W "hermetycznym świecie" kleru katolickiego ten współczynnik jest znacznie wyższy. Władze Kościoła doskonale wiedzą, że od niepamiętnych czasów sutanna i habit skutecznie chroniły przed prześladowaniami za odmienną orientację seksualną.
Po wspomnianym skandalu w Bostonie, gazeta The Boston Globe przeprowadziła ankietę na temat Kościoła. Jej wyniki: 70% katolików negatywnie ocenia celibat; 65% opowiada się za dopuszczeniem kobiet i żonatych mężczyzn do święceń kapłańskich; 70% odrzuca kościelne potępienie antykoncepcji; 63% popiera prawo do rozwodu; 53% nie ma nic przeciwko uprawianiu seksu przed ślubem; 51% nie traktuje homoseksualizmu jako dewiacji. I wreszcie aż 48% akceptuje aborcję. Co na to Kościół? Nic nie wskazuje na to, że doczekamy się znaczącej rewizji doktryny i języka, który pozwala księżom nazywać gejów "dewiantami". Fakt, że "dewianci" zajmują najwyższe stanowiska w hierarchii - przyjmowany jest milczącą akceptacją. Przez całe stulecia, Kościół sprawował niepodzielną władzą nad ludzką zmysłowością. Nie ma takiej dziedziny seksualności, która nie byłaby obłożona zakazami i groźbą kar i mąk piekielnych. Grzeszny jest nawet niewinny onanizm, który - jak dowiedziono - jest niezmiernie ważny dla odkrycia i uregulowania popędu płciowego. Te średniowieczne zasady stały się w dzisiejszym świecie żałosnymi atrapami. Przypadek arcybiskupa Paetza pokazuje, że nawet najwyżsi urzędnicy Kościoła nie są w stanie stosować się do reguł, które sami ustanowili.
Uważam, że lamenty, jakie rozległy się jak Polska długa i szeroka po ujawnieniu nadużyć, jakich dopuścił się arcybiskup Paetz są dowodem na to, że ogromna część duchowieństwa woli kłamstwo niż prawdę. Kłamstwo bowiem pozwala na trwanie mitu o nieskazitelności polskiego Kościoła oraz najwyższych standardach moralnych, jakie rzekomo spełniają ludzie w sutannach i habitach. Z mitu tego wynika ich prawo do wartościowania ludzkich zachowań i odrzucaniu wszelkiej krytyki. Sądzę jednak, sprawa że arcybiskupa Paetza pokaże, że jedynym panaceum na chorobę hipokryzji, która toczy Kościół - jest prawda. W jej odkrywaniu nie wolno poprzestać na tej jednostkowej sprawie.
Janusz Marchwiński
Kellan