Rankiem trzynastego stycznia 1998 roku, Alfredo Ormando zakończył swą długą podróż z Palermo na Sycylii do Rzymu. Kiedy wysiadał z pociągu, wschodziło słońce. Podróżni rozproszyli się we wszystkich kierunkach. Alfredo stał przez chwilę samotnie, niezdecydowany. Nie miał z sobą dużego bagażu. Powoli poszedł w kierunku stacji kolejki podziemnej i pojechał w kierunku Watykanu. Potem przeszedł jeszcze dwie przecznice, minął kolumnadę Berniniego i stanął na placu świętego Piotra. Przed monumentalnym frontonem bazyliki ukląkł jak do modlitwy. Było wcześnie, na ogromnej kamiennej przestrzeni było zaledwie kilka osób. Potem wyciągnął coś z kieszeni i nagle, zamienił się w płonącą pochodnię. Widok bijącego w niebo ognia i dymu zaalarmował przechodniów. Ktoś usiłował zdusić płomienie, ktoś inny wezwał karetkę pogotowia. Zjawiła się watykańska straż porządkowa. Ormando był już nieprzytomny. Zabrano go do szpitala, gdzie przez jedenaście dni leżał w agonii. Dokumenty i listy, jakie miał przy sobie - zabrali kościelni urzędnicy. Nie chcieli ich oddać nawet najbliższej rodzinie. Źródła kościelne, a za nimi część prasy katolickiej rozgłosiła, że przed bazyliką Piotrową podpalił się jakiś pomyleniec. I pewnie nikt nigdy nie dowiedziałby się, kto i dlaczego dokonał tam aktu samospalenia, gdyby nie przezorność. Alfredo Ormando wysłał kopię listu pożegnalnego do agencji prasowej. Pisał w nim, że jest gejem, że czuł się prześladowany i dyskryminowany przez Kościół katolicki. Jako wyraz dramatycznego protestu, wybrał śmierć w płomieniach w stolicy chrześcijaństwa. Śmierć o wielkiej sile symbolu - tak bowiem ginęli pierwsi męczennicy za wiarę.
Fragment listu pożegnalnego: "Mam nadzieję, że moje przesłanie zostanie przez NICH zrozumiane. Protestuję przeciwko Kościołowi, który demonizuje homoseksualizm - a z nim całą Naturę, bowiem homoseksualizm jest dzieckiem Matki Natury. Błagam o wybaczenie, że się urodziłem, że zatrułem powietrze mym oddechem, to samo powietrze, którym oddychacie i Wy, że ośmieliłem się sądzić, iż jestem wolnym człowiekiem, że nie zaakceptowałem twierdzenia, iż jestem inny niż Wy, że uważałem homoseksualizm za wytwór Matki Natury, za to, że czułem się równy heteroseksualistom, że chciałem zostać pisarzem, że marzyłem i śmiałem się. Przepraszam cały drogi mi i zraniony przez chrześcijaństwo świat za jego wyrodne występki przeciw naturze. Nie stawiajcie kamienia na moim grobie, by nikt nie mógł zmoczyć go łzą. Jeśli benzyna nie zamieniła mnie w popiół, spalcie me szczątki i rozsypcie po całym Rzymie..."
Homofobia zabija. Nienawiść do gejów zbiera obfite krwawe żniwo nawet w naszych czasach, kiedy nie płoną już stosy. Kto zatruwa umysły ludzi, kto zaraża ich śmiertelnym grzechem nietolerancji? Kogo należy winić za narastającą na całym świecie falę przemocy przeciwko ludziom, których jedyną przewiną jest ich odmienna orientacja seksualna? Kto dał komukolwiek prawo, by osądzać współbliźnich za to, że natura stworzyła ich innymi niż większość? Dzień samospalenia Alfredo Ormando, 13 stycznia, ogłoszony został dniem walki z nietolerancją wobec gejów na tle religijnym. Tego dnia, na placu świętego piotra w Watykanie zbierają się katolicy-geje, by protestować przeciwko kościelnej "duchowej przemocy" i żądać uznania ich "dziećmi tego samego Boga". W roku 2002, największa włoska organizacja gejowska Arcigay, zwróciła się do papieża Jana Pawła Drugiego z prośbą o wyznaczenie Alfredo świętym patronem dla gejów - wiernych Kościoła katolickiego. Do włoskich gejów zaś zaapelowała o zebranie się na placu św. Piotra na modlitwę w tej intencji.
Alfredo pozostawił po sobie setki listów, wierszy i opowiadań. Na ich podstawie, o jego życiu i śmierci nakręcony został film dokumentalny pod tytułem "Płomień Alfreda". Przemierzamy w nim po jego śladach ulice monumentalnego i pokrytego patyną Palermo, odwiedzamy wioskę, w której się urodził i klasztor, gdzie spędził w zamknięciu dwa lata. Staramy się zrozumieć, dlaczego zdecydował się na tak desperacji krok jak męczeńska, samobójcza śmierć. W klasztornej celi, nad łóżkiem w którym spał, wisi krzyż. W jednym z listów napisał "Pomiędzy piątkiem i sobotą zniszczyłem wszystkie moje fotografie. Nie pozostawiłem żadnej, z wyjątkiem zdjęcia w prawie jazdy i bilecie miesięcznym na autobus. Tak jakbym nigdy nie istniał. Jednym ruchem uwolnię się od wszystkiego. W ciągu całego 39-cio letniego życia nie osiągnąłem wiele. Nie obawiam się śmierci. Powrócę do mego prawdziwego domu, który opuściłem, by narodzić się w ohydnym ciele, by doświadczyć ohydnej dyskryminacji i moralnej degradacji".
Tomek Juszkowski
Myśle jednak, że byl to w tym przypadku krok pelen nie tyle przemyślenia co rozpaczliwej determinacji i ucieczki.
Ogarnia mnie gniew, że odrzucenie zmusza ludzi do takich posunięć.
Kościół miłości jaki był ideą pierwszych chrześcijan jest w czasach nowożytnych instytucją obłudy i zacofania, co najwyżej z trudem kryjacą wstret wobec tych ktorzy nie spelniaja kryteriów dobrego katolika, a w nastepstwie jest przez to propagatorem nietolerancji.
Zderzenie mentalności czlowieka wychowywanego w w wierze katolickiej z naglym objawieniem wlasnej "inności" bywa ogromnie bolesne. Nagle okazuje się, że czegoś co uważałeś za swoje nie jesteś godzien...to jest dopiero gwalt na naturze...
Na szczeście ludzie czesto znajdują inne drogi, zmieniają wyznania, ale czasem nie godzą sie na kompromis...Tylko czy mogą wygrać ?
Rest in pace.
Ja kiedys mialem bardzo powazna rozmowe z proboszczem ktury mi sie zwiezyl ze wiele jego najlepszych przyjaciol i ludzi ktorycz kocza sa gej. Dlaczego kosciol jest "in denial" ze duzy procent ksiedzy sa gej.