Następny dzionek na uczelni upłynął oczywiście pod znakiem oczekiwania na koniec zajęć i spacer po plaży z Sylwią. Jednak gdy wyszliśmy z uczelni Sylwia powiedziała:
- Filip, wybacz mi, ale dzisiaj nie pogadamy sobie za wiele. Obydwoje musimy się uczyć, wczoraj pół nocy zarwałam, sesja coraz bliżej, a nauki... no sam wiesz przecież ile.
Trochę posmutniałem.
- Oj Filip, rozchmurz się. Nie chcesz chyba, żebyśmy oblali sesję. Poza tym całe wakacje przed nami. Pojedziemy sobie gdzieś razem i będziemy podrywać facetów - ostatnie zdanie powiedziała szeptem, bo koło nas przechodziło wielu studentów i studentek wychodzących lub wchodzących do uczelni. Roześmiałem się i odpowiedziałem:
- Jesteś kochana!
- Wiem - powiedziała z nutką wesołego samouwielbienia w głosie. - Chodź, przejdziemy się plażą w jedną stronę, a potem odprowadzisz mnie do domu.
I znowu zaczęła się rozmowa, która wydawała mi się czymś co jakby oczyszczało moją duszę, leczyło ją i nadawało jej wspaniały kształt; kształt duszy radosnej, odważnej i zwycięskiej. Dzisiaj rozmawialiśmy jednak trochę bardziej ogólnie. Mówiliśmy o gejostwie bardziej jak o zjawisku, niż jak o mojej naturze. Przedstawiłem jej znane mi teorie podłoża homoseksualizmu, o tym jak w świecie zwierząt też się zdarza, że "pan z panem", rozmawialiśmy o religiach, głównie o katolicyzmie i o różnych stosunkach kościoła, katolików i Biblii do gejów.
W pewnym momencie, gdy mówiłem o tym, jak raz z księdzem kłóciłem się o to, że homoseksualizm to nie grzech, Sylwia zaśmiała się zduszonym śmiechem.
- Co się stało? - spytałem.
- Cicho - szepnęła Sylwia. - Spójrz na godzinę piątą.
Obejrzałem się. Na ręczniku siedziała jakaś para, prawdopodobnie małżeństwo. Rzucał się w oczy kontrast, jaki był między nimi, ponieważ mężczyzna był człowiekiem dość krępej budowy, natomiast kobieta leżąca obok niego była mocno przy kości. Odwróciłem głowę przed siebie i spytałem:
- Chodzi ci o tych ludzi?
- O tę kobietę - chichotała Sylwia. - Przecież ona mogłaby go przygnieść.
- Nie powinnaś się z niej śmiać - powiedziałem tonem dość poważnym.
- Ale spójrz na nią. Czy wyobrażasz sobie jak oni uprawiają seks? - zarechotała.
- Sylwia, przecież to jest... po prostu nieprzyzwoite śmiać się z tego, że ktoś jest otyły.
- Nieprzyzwoite to jest przejść koło kogoś tak wielkiego obojętnie - mówiła przeplatając słowa ze śmiechem.
- Sylwia, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś nietolerancyjna?
- Oj Filip - spoważniała trochę. - Gdzie twoje poczucie humoru?
- Poczucie humoru? Wymagasz ode mnie teraz nietolerancji.
- Jakiej nietolerancji? Po prostu poczucia humoru - powiedziała akcentując dwa ostatnie słowa.
- Wybacz Sylwia, ale nie jestem taki... prosty.
- Co to znaczy prosty?
- Jak to co? Przecież od wczoraj cały czas o tym gadamy? Proszę cię, nie traktuj mnie jak zwykłego heteryka.
- Nie traktować jak "zwykłego heteryka"? Przecież wczoraj właśnie gadaliśmy o tym, jak przez kilka dni próbowałeś przekonać mamę, że niczym nie różnicie się od heteryków poza preferencjami seksualnymi. Wydawało mi się, że poczuciem humoru też się nie różnicie. Więc jak to jest? Zły byłeś, że mama traktuje cię jak zboczeńca, zły jesteś, że traktuję cię jak normalnego. Czegoś tu nie rozumiem, Filip.
- Bo widzisz, bycie gejem czegoś uczy. Tolerancji.
- Tolerancji? Przecież ja się chcę po prostu pośmiać. Powiedz mi, jaką krzywdę zrobię tej kobiecie, że się z niej ponabijam? Jeszcze bardziej od tego przytyje?
- Sylwia, przecież jej by było przykro, przecież to rani jej osobę, przyprawia o kompleksy, chociaż pewnie i tak ma już niemałe.
- Ano właśnie! Jak się z niej ponabijam, jak wpadnie w kompleksy i się zestresuje, to może nawet schudnie w tym stresie - Sylwia znowu zaczęła się śmiać.
- Sylwia, proszę cię, rozmawiaj ze mną teraz poważnie. Dla mnie kwestia tolerancji to bardzo ważna sprawa w życiu i chyba to rozumiesz.
- Oj Filip, no oczywiście, że rozumiem, ale przecież od tego, że się z tobą z niej pośmieję nic się jej przecież nie stanie.
- No dobrze, ale czy miałabyś odwagę jej powiedzieć o tym? Zapytać się ją prosto w oczy "jak pani uprawia seks ze swoim mężem?" po czym buchnąć jej w twarz śmiechem?
Tu Sylwia się zamyśliła przez chwilę. Początkowo miałem wrażenie, że "wygrałem" dyskusję i ona za chwilę przyzna mi rację. Ale szybko wyczułem, że Sylwia nie umilkła dlatego, że dała się przekonać, ale po prostu szukała w głowie dobrego argumentu, który wiedziała, że znajdzie. W końcu odezwała się:
- Czy pamiętasz jak jakiś tydzień temu opowiedziałeś mi dowcip o ślepym, który robił surówkę?
- Pamiętam.
- A miałbyś odwagę opowiedzieć ten dowcip jakiemuś ślepemu?
- Oj Sylwia, przecież to co innego.
- Jak co innego? To jest nabijanie się z czyjegoś nieszczęścia. Nieszczęściem jest ślepota i nieszczęściem jest otyłość. Są to zupełnie inne rodzaje nieszczęścia, powiedziałabym, że są zupełnie różnych rozmiarów - tutaj znowu zachichotała. - I ośmielę się nawet stwierdzić, że bycie ślepym jest większą karą od losu niż otyłość.
- Ale przecież to był dowcip. Rzecz nie skierowana przeciw żadnemu konkretnemu ślepemu, dowcip o ślepocie ogólnie.
- No to ja ci teraz opowiem dowcip. Była sobie gruba baba i miała chudego męża. Pewnego razu postanowili pokochać się w pozycji na jeźdźca i od tamtej pory mąż był bezpłodny - i powiedziawszy to zaśmiała się sztucznym "cha, cha, cha".
- Nie wiem jak cię przekonać - powiedziałem spoglądając w dal.
- Więc może sam daj się przekonać.
- Do czego?
- Do tego, że ludzie mają wady i że z tych wad śmiać się należy.
- No ale co z uczuciami tych, z których się śmiejemy?
- No więc co z uczuciami wszystkich ślepców świata?
Milczałem. Sylwia mówiła dalej:
- Poza tym uważam, że ludzie powinni nauczyć się akceptować swoje wady i też się z nich śmiać. Miałam wychowawczynię w podstawówce, która była gruba, ale w pełni siebie akceptowała i śmiała się sama z siebie. Czasem jak się spóźniała na lekcje to mówiła "przepraszam, ale się zaklinowałam w drzwiach pokoju nauczycielskiego". Tacy ludzie sami umieją się z siebie śmiać, więc my chyba też możemy razem z nimi.
- Ale przecież takich ludzi jest niewiele. Wydaje mi się, że otyli, którzy siebie akceptują stanowią mniejszość. Wiele osób ma kompleksy z powodu swojej masy.
- Nie wydaje mi się, żeby to była aż taka większość. Ale nawet jeśli, to czy nie uważasz, że skoro ta akceptująca się mniejszość umie się śmiać z siebie samych, to my też możemy.
- No ale zostają przecież ci, którzy siebie nie akceptują.
- No i tą są właśnie ci, z których śmiać się należy za ich plecami.
- Naprawdę tak uważasz?
- Może ujęłam to trochę zbyt dosadnie. Chodzi mi o to, że dopóki tylko śmiejemy się z nich, a nie pogardzamy nimi przez ich masę, to nabijając się za ich plecami nie robimy im żadnej krzywdy. Tak samo, jak nie robimy krzywdy tym, którzy siebie akceptują i z którymi razem się nabijamy z tej ich otyłości.
Zastanowiłem się chwilę, po czym powiedziałem:
- Chyba właśnie uświadomiłaś mi, co mnie usprawiedliwia z tego, że mówiłem dowcip o ślepym. Bo przecież ja się z tego śmieję, ale nie pogardzam tym.
- No dokładnie!
Przechodziliśmy właśnie koło innej pary, prawdopodobnie też małżeństwa, ale w tym przypadku obydwoje mieli wyraźną nadwagę. Mąż zachęcał swoją małżonkę, aby weszła z nim do wody. Kobieta uparcie jednak siedziała na kocu. Para ta sprawiała wrażenie ludzi wesołych i cieszących się życiem. Mężczyzna odezwał się do nas z uśmiechem:
- Widzicie ją, uparta jak oślica! Za cholerę się nie wykąpią ze swoim ukochanym mężem.
- Ukochany mężu - powiedziała przekornie kobieta - ja po prostu się martwię o ludzi na plaży, bo jakbyśmy obydwoje naraz weszli do wody, to jej poziom by się niebezpiecznie podniósł.
W tym momencie Sylwia spojrzała na mnie triumfującym wzrokiem, po czym i my, i para grubasków zaczęliśmy się śmiać. Po chwili poszliśmy dalej i zostawiliśmy w tyle przekomarzające się małżeństwo.
Z tą tolerancją było chyba jednak trochę inaczej niż mi się wydawało. Nauczył mnie tego mój własny Anioł, zesłany na moją drogę życia przez samego chyba Boga.
(Mozart)
Koniec
Gratulacje za ten tekst:)!
Przeczytalem go z czystego przypadku, bo i właśnie przez przypadek trafiłem na niego. Przez google szukając innej "lekcji tolerancji". W sumie to bardzo cieszę się z tego, że odkryłem ten tekst:) Jest ciepły (sam chciałbym mieć w swojej koleżance właśnie taką otwartą koleżankę, z ktorą można, hehe, AŻ TAK otwarcie porozmawiać:)), miły, zabawny, a i daje dużo do myślenia:)
Szkoda, że wszystkie komentarze (jak też pewnie twoja historyjka) są takie stare, bo nie wiem czy zaglądasz tu jeszcze.
W każdym razie pozdrawiam serdecznie i jak tylko będziesz chciał to możesz napisać coś na mój mail: [mail][email protected][mail=].
Może już oszczędź nam dalszych elukubracji bo były tak piekielnie nudne że do dziś nie mogę się obudzić. Gratuluję odwagi? ja bym jej nie miał żeby wciskać się ludzim z takimi wypocinami. Ale nawiedzeni tego nie rozumieją. Więc zamykam oczy , zaciskam nos i idę dalej. Hej
Bóg mnie kocha i często mi błogosławi. Czasem zastanawiałem się, dlaczego właśnie mi i jak ja Mu się odwdzięczę za te wszystkie błogosławieństwa. Może właśnie pisząc te opowiadania robię coś dobrego dla kilku, a może nawet kilkunastu osób...
Jeśli chodzi o ciąg dalszy, to... niestety. Skończyło się liceum, zaczęły się studia i to studia dość trudne na nie byle uczelni. Czasu dla siebie mam naprawdę coraz mniej. Na pewno nie zaprzestanę działalności twórczej, ale nie mogę powiedzieć kiedy cokolwiek nowego napiszę i czy będzie to ciąg dalszy "Lekcji tolerancji".
Dziękuję Wam wszystkim bardzo i pozdrawiam Was gorąco, Redakcji nie wyłączając, bo to w końcu dzięki niej mogłem "zaistnieć"! Do następnego!
Autor
Dzięki za maila, myślę, że jesteś bardzo fajnym facetem, więc nie bądź smutny i się uśmiechnij.
Co do kawki to jak najbardziej może lubisz "małą czarną”, jeśli masz jakąś swoją ulubiona kawiarnię z pachnącą kawą czekam na propozycje gdzie moglibyśmy się spotkać i pogadać?
To mój telefon 606 62 50 94
Pozdrawiam Paweł