Kilka dni temu, agencja prasowa Associated Press zamieściła korespondencję Margie Mason z San Francisco, poświęconą jednemu z najbardziej dramatycznych, ale niemal nieznanych wydarzeń, związanych z niedawnym atakiem terrorystów na Stany Zjednoczone. Chodzi o tragedię, jaka rozegrała się na pokładzie samolotu linii United podczas rejsu numer 93 z Newark do San Francisco 11 września 2001 roku. Wśród pasażerów, znajdował się 31-letni Mark Bingham, potężny mężczyzna, były zawodnik rugby, brutalnej amerykańskiej gry jajowatą piłką. Mark był gejem. To on zaatakował porywaczy i udaremnił ich plan dotarcia do Waszyngtonu.
Mark Bingham wyglądał jak superatleta. Miał prawie 2 metry wzrostu, potężne mięśnie i ważył ponad 100 kilogramów. Był znany z odwagi. Potrafił dać solidny wycisk chuliganom. Kilka tygodni przed pamiętnym 11 września wrócił z Hiszpanii, gdzie ścigał się z bykami podczas ulicznej fiesty. "Jeden z bohaterów największej amerykańskiej tragedii, symbol nadziei, człowiek, którego orientacja seksualna nie miała najmniejszego znaczenia w chwili, gdy musiał bronić życia" - pisze korespondentka AP. Były partner Marka, Paul Holm, z którym spędził sześć lat wspólnego życia mówi, że "nie biegali po ulicach z powiewającymi flagami, ale byli dumni z tego, że są gejami. I jeśli ktoś pytał o to wprost - równie szczerze odpowiadali."
Podczas fatalnego lotu numer 93, Mark Bingham zadzwonił z telefonu komórkowego do swojej matki. Powiedział, że maszyna została porwana przez 3 mężczyzn, którzy powiedzieli, że mają bombę. Istnieje wiele poszlak, wskazujących na to, że Mark, siedzący blisko kabiny pilotów, zdecydował się zaatakować terrorystów. Jego zdecydowana akcja pokrzyżowała ich plany skierowania maszyny na jeden z rządowych budynków w Waszyngtonie. Maszyna rozbiła się na polu w Pensylwanii i nie osiągnęła zamierzonego celu. Mark stał się amerykańskim symbolem. Politycy wszelkiej maści przedstawiają go jako wzór amerykańskich cnót. Jego partner, Paul Holm występuje na konferencjach prasowych z amerykańską flagą w tle. Burmistrz San Francisco planuje budowę pomnika Marka Binghama w gejowskiej dzielnicy Castro.
Amerykańska opinia publiczna nie interesuje się zbytnio życiem swych mniejszości seksualnych. Na gigantycznej powierzchni Stanów Zjednoczonych znajduje się tylko kilka niewielkich punktów, które są centrami życia gejowskiego. Należy do nich wspomniana dzielnica Castro w San Francisco i kilka innych, położonych zawsze w wielomilionowych aglomeracjach. Na prowincji, życie gejów jest nieciekawe. Cierpią z powodu braku tolerancji, są dyskryminowani i prześladowani - tak jak wszędzie na świecie. Dlatego, starają się uciec tam, gdzie mogą żyć wśród innych gejów - i znikają z pola widzenia heteroseksualnej większości. W Stanach żyje naturalnie mnóstwo znanych gejów. Są to artyści, dziennikarze, nawet politycy. Ale ich orientacja traktowana jest często jak egzotyczny kaprys.
Przypadek Marka Binghama ma ten dramatyczny aspekt, że kreowany na bohatera człowiek był do końca swego życia całkowicie anonimowy. Dopiero okoliczności jego śmierci wydobyły na powierzchnię szczegóły życia prywatnego. Społeczeństwo domaga się wiedzy o swych martwych bohaterach. Dowiadujemy się więc, że dwukrotnie wyszedł zwycięsko z bandyckich napadów na ulicy. Potrafił odebrać rabusiom broń, mimo że został uderzony w głowę. Przez całe niemal życie mieszkał w północnej Kalifornii, dopiero niedawno przeprowadził się do Nowego Jorku, gdzie pod nazwą Bingham Group prowadził własną firmę public relations. Studiował na prestiżowym University of California w Berkeley i trenował gejowską drużynę rugby "San Francisco Fog". Był uradowany, gdy otrzymał wiadomość, że jego zespół została przyjęty do regularnej ligi kalifornijskiej. Wysłał wtedy wiadomość do swych kolegów i przyjaciół, w której pisał: "Mamy szansę być wzorcem dla tych gejów, którzy chcą osiągnąć coś w sporcie, ale nie czują się na siłach. Ale co ważniejsze, mamy szansę pokazania, że nie jesteśmy gorsi od innych. Możemy zmienić opinię, jaką ludzie mają o gejach."
Heroiczny i brawurowy wyczyn Marka kosztował go życie - ale ocalił wiele istnień. Trudno sobie wyobrazić co by się stało, gdyby porwany przez terrorystów samolot uderzył w Biały Dom lub budynek amerykańskiego Kongresu. Nie jest też wykluczone, że stanie się on patronem wielu poczynań, zmierzających do zakończenia prawnej dyskryminacji mniejszości seksualnych w USA. Cleve Jones, jeden z działaczy gejowskich w San Francisco powiedział: "Chciałbym, żeby ludzie uświadomili sobie, że jesteśmy wszędzie. To straszne, że tak wspaniały młody człowiek jak Mark Bingham musiał umrzeć. Ale popatrzcie na tych chłopców, którzy wysyłani są dziś na Bliski Wschód. Wśród nich też są geje. Czas skończyć z polityką dyskryminacji w armii. Czas, by prezydent złożył wreszcie swój podpis pod odpowiednim dokumentem. Jesteśmy Ameryce potrzebni."
Republikański gubernator Nowego Jorku, George Pataki zadecydował, że pomoc od państwa otrzymają także partnerzy gejów i lesbijek ofiar ataku na wieżowce World Trade Center. "Czy choć przez chwilę zastanawialiście się, jaką orientacją seksualną mogli mieć mężczyźni lub kobiety w samolotach, które uderzyły w WTC, albo strażacy, którzy śpieszyli im na pomoc?" - mówił Pataki. "Żyjemy w najlepszym kraju na świecie, ale zawsze możemy uczynić go jeszcze lepszym." Senator Jon McCain, republikanin z Arizony, który popiera obowiązującą w armii zasadę "don't ask, don't tell" (zachowywania milczenia na temat orientacji seksualnej) chce, by Mark Bingham otrzymał pośmiertnie najwyższe państwowe odznaczenie, Złoty Medal Kongresu. Zmarły bohater też był republikaninem, spotkał się niedawno z McCainem i chciał, by został on prezydentem... "Zawdzięczam mu życie" - powiedział senator podczas ceremonii żałobnej ku czci ofiar 11 września.
Alice Hogland, matka Marka przeszła długą i bolesną drogę, jaką przebywają niemal wszyscy rodzice, kiedy dowiadują się o homoseksualizmie swych dzieci. "Mam nadzieję, że wychowałam go tak, by pomagał innym przezwyciężać uprzedzenia. Był bardzo męskim, szalonym chłopakiem. Nigdy po sobie nie pozmywał i nie posprzątał. W łazience rozrzucał brudne ciuchy. Nie było w nim absolutnie nic z wyobrażenia o geju. On był dowodem na to, jak silne są nasze uprzedzenia."
Marek Romiszewski - Miami