Śnił mi się Piotrek. Byliśmy razem gdzieś na mieście, szczęśliwi. Chodziliśmy ulicami, trzymaliśmy się za ręce i nikt nie zwracał na nas uwagi. Potem zaczęliśmy iść ni to ulicą, ni to plażą, nie wiem gdzie właściwie byliśmy, jak to w snach. W pewnym momencie na rogu zobaczyłem mamę. Patrzyła na nas i płakała. Automatycznie puściłem rękę Piotrka, a on spojrzał na mnie zdziwiony. Próbował mnie za nią chwycić, ale ja patrzyłem na zapłakaną mamę i ciągle starałem się od niego odsunąć i ukryć fakt, że jesteśmy parą. W końcu Piotrek, nie wiedzieć czemu, zniknął. Ja podszedłem do mamy i zacząłem jej tłumaczyć, że wszystko w porządku, że przecież nic się nie stało, że jestem szczęśliwy, a mama na to odpowiadała, że to było okropne, że inni chodzą po mieście z dziewczynami, że wszyscy na ulicy nas widzieli. Znaleźliśmy się raptem w moim pokoju, a Piotrek znowu był obok mnie. Słychać było jak otwierają się drzwi wejściowe do domu i wszyscy wiedzieliśmy, że to tata wrócił z delegacji. Mama z pokoju zniknęła, a ja starałem się gdzieś ukryć Piotrka. Próbowałem najpierw w łóżku, potem w szufladzie biurka, ale jedno i drugie miejsce pełne było gazet gejowskich. Piotrek natomiast nie widział powodu, żeby się chować i utrudniał mi to. W tym momencie zaczęło się coś podobnego do pogoni sennych. Czasem śni mi się, że ktoś, albo coś mnie goni, a ja próbuję uciec. Ale nogi mam bardzo ciężkie, ciągle się potykam, przewracam, a bieg sprawia mi niesamowitą trudność. Tymczasem to, co mnie goni, niby z każdą chwilą jest bliżej, biegnie szybko i łatwo, jednak mimo tego i mimo mojej ociężałości ciągle nie może mnie dopaść. Ta scena we śnie była podobna, z tym, że nie była to pogoń w przestrzeni, ale raczej w czasie. Próbowałem schować gdzieś Piotrka, on stawiał opór, a przez oszklone drzwi widziałem cień zbliżającego się taty. Oczywiście cień cały czas zbliżał się i zbliżał, a chowanie Piotrka szło mi bardzo trudno i nieudolnie, ale tata nie wchodził do pokoju. Wydawało mi się, że ten moment snu trwał najdłużej. Wyrwał mnie z niego pisk budzika. Gdy otworzyłem oczy i podniosłem się z poduszki byłem cały spocony. To był po prostu koszmar. Jeszcze przez kilka chwil po przebudzeniu nie byłem do końca na tym świecie. Chciałem sprawdzić, czy Piotrka nie ma gdzieś schowanego w pokoju, ale dopiero gdy zacząłem otwierać szufladę uświadomiłem sobie, że przekroczyłem już granicę między snem a jawą i usiadłem na krześle. Rozejrzałem się jeszcze raz po pokoju, żeby mieć pewność, że wszystko jest już realne i nie pomieszane z ulicą ani plażą.
Siedziałem przez dłuższą chwilę i nie mogłem się ruszyć. Czułem się jak małe dziecko, któremu przyśnił się zły sen i nie bardzo wierzy w to, że to tylko sen; które potrzebuje kogoś, kto mógłby je przytulić, koło kogo mogłoby się położyć i usłyszeć "Już w porządku, to był tylko zły sen". Byłem już wprawdzie dużym chłopcem, ale w tym momencie bardzo zatęskniłem za jedną z tych chwil, kiedy jako dzieciak, po obudzeniu się ze łzami w oczach, biegłem do sypialni rodziców położyć się między nimi i otrząsnąć z koszmaru.
Dzisiejszy ranek był trochę inny niż poprzedni. Mama usłyszawszy mój budzik weszła normalnie do pokoju i zapytała mnie czy chcę do szkoły kanapki z wędliną czy z serem i czy ma włożyć do nich sałatę. Nie miało to dla mnie znaczenia i nie pamiętam co odpowiedziałem. Byłem szczęśliwy, że przyszła, że zapytała, że się nie bała, że się przede mną nie chowała, tak jak poprzedniego dnia.
Mi śnił się koszmar w związku z wydarzeniami ostatnich dwóch dni. Byłem ciekaw co śniło się mamie.
W szkole, podobnie jak wczoraj, Sylwia stwierdziła, że jestem nieswój, że coś ze mną nie tak, ale że wyglądam już lepiej niż dzień wcześniej. Wracaliśmy razem, idąc plażą bez butów, ale rozmowa trochę się nie kleiła. Jakoś mało się śmialiśmy i w ogóle więcej milczeliśmy niż rozmawialiśmy. Wydaje mi się, że sporo było w tym mojej winy, bo Sylwia dość często próbowała zagaić jakąś rozmowę, którą ja zrywałem krótkimi i bezkierunkowymi odpowiedziami. Trudno było mi uwolnić umysł od myślenia o tym co się dzieje w domu z mamą. Przeprosiłem ją za to, że tak opornie mi idzie rozmowa, na co ona odpowiedziała, że rozumie i że ma nadzieję, że moje problemy szybko się skończą, bo już zaczęła tęsknić za tamtym Filipem.
Po powrocie do domu uświadomiłem sobie, że przez ostatnie dwa dni nie było w domu obiadu. Co prawda wracając ze spacerów z Sylwią byłem najedzony hot-dogami, ale na kuchni w garnkach zawsze czekał jakiś obiad do odgrzania. Dzisiaj obiad był, co było dla mnie kolejnym dobrym sygnałem w kwestii powracania mamy do siebie.
- Mamo, czy ty wczoraj i dzisiaj byłaś w pracy?
- Nie. Zadzwoniłam i powiedziałam, że się okropnie czuję.
- I dali ci urlop?
- Tak.
- A zwolnienie lekarskie?
- Powiedziałam, że biorę od dwóch tygodni leki, przez które ciężej przechodzę... no wiesz... te babskie sprawy. Szefowa powiedziała, że rozumie i nie potrzeba zwolnienia.
- To kiedy wracasz do pracy?
- Jutro już pójdę.
Do pokoju weszła Monika.
- O co chodzi?
- O nic, dlaczego pytasz?
- Bo słyszałam coś o babskich sprawach. Mamo, możesz mi w końcu powiedzieć co się dzieje?
- Wszystko w porządku kochanie. Po prostu... miałam trudny okres.
- Więc nie powiesz?
- Kochanie, zrozum mnie.
Byłem wdzięczny mamie, że szanowała moją prywatność, że nie powiedziała, że problemy tak naprawdę dotyczą mnie. Nie byłem gotowy, żeby uświadamiać któregokolwiek z domowników. Mimowolny coming-out sam się zdarzył i naprawdę wystarczyło mi, że dotyczy tylko jednej osoby. Poczułem dużą ulgę, że mama "kryła mnie".
- W porządku - powiedziała Monika. - Ale powiedz mi tylko, czy mam się o ciebie martwić.
- Nie kochanie. Ze mną wszystko jest w porządku. Nie musisz się martwić. Nie o mnie.
Tutaj moja wdzięczność znacząco zmalała. Ostatnie zdanie mamy sparaliżowało mnie. Oczekiwałem na pytanie siostry "A o kogo?" i odpowiedź mamy, której nie byłem w stanie przewidzieć.
- Kiedy pójdziesz do pracy? - zapytała Monika.
- Jutro już pójdę.
- To dobrze - powiedziała siostra i poszła do swojego pokoju.
Odetchnąłem z ulgą. Byłem trochę zły na mamę. Po pierwsze o to, że mówiła słowami prowokującymi dalszą rozmowę i zagłębianie się w temat. Po drugie, że potraktowała mnie jako osobę, o którą trzeba się martwić, z którą coś jest nie w porządku.
- Obiad jest na kuchni - powiedziała mama.
- Nie jestem głodny - odpowiedziałem i poszedłem do pokoju.
Sięgnąłem po gruby podręcznik, którego treść musiałem dobrze znać do zbliżającego się egzaminu. Trudno mi było skupić się na nauce, ale jakoś poszło. Nie piłem dzisiaj kawy. Gdy tylko zrobiłem się śpiący poszedłem spać. Należało mi się po tych dwóch ciężkich dniach. Chociaż leżąc w łóżku miałem spore wyrzuty sumienia, że się nie uczę, ale nie trwało to długo, bo byłem na tyle zmęczony, że szybko zasnąłem.
Następny dzień był dość podobny do poprzedniego. Budzik znowu wyrwał mnie z koszmarnego snu. Tym razem śniło mi się, że wszyscy się na mnie patrzą, że szepczą o mnie, że się śmieją. Nie słyszałem ani słowa, ale wiedziałem, że mówią o mojej orientacji, że nabijają się z tego, albo wyrażają swoje obrzydzenie. Po jakimś czasie we śnie pojawiła się płacząca mama. Nie miałem do niej bezpośredniego "dostępu". Wiedziałem tylko, że jest wśród tych ludzi, że tak jak ja, wie o czym mówią i słyszałem jej płacz. I nic nie byłem w stanie zrobić.
Ranek był już dość normalny - kanapki do szkoły mama podała mi osobiście. Oczywiście z serem, bo to był piątek. Zapytała jak się czuję, czy dobrze spałem. Skłamałem, że spałem owszem bardzo smacznie.
- Nie słyszałam wczoraj w nocy, żebyś robił sobie kawę.
- Nie robiłem. Poszedłem spać dosyć wcześnie. Chyba o dziesiątej.
- Nie uczyłeś się?
- Trochę się uczyłem.
- Nie za mało? Przecież sesja już lada dzień.
- Nie bój się, mamo.
- Obiad jest wczorajszy. Zostało sporo ziemniaków i mięsa, to nie będę robić dzisiaj nic nowego. Jak wrócisz to weź sobie z lodówki, żebyś nie był głodny.
- Dobrze.
Niby przyszła i porozmawiała ze mną tak jak zwykle co dzień. Zwykle, to znaczy, zanim się dowiedziała. Ale tym razem w jej głosie było słychać coś dziwnego, co trudno było mi określić. Swego rodzaju sztuczność i jednoczesne staranie się, żeby tej sztuczności nie było słychać, żeby wszystko było jak najbardziej naturalne, takie, jak co dzień.
Po zajęciach Sylwia zapytała jak się czuję, na co odpowiedziałem, że tak sobie. Stwierdziła, że chciałaby pójść z ludźmi do jakiegoś pubu. Powiedziałem, żeby jak najbardziej poszła, bo możliwe, że znowu nie będę najlepszym kandydatem do rozmowy. Zapytała, czy nie poszedłbym razem z nią. Podziękowałem i odmówiłem, stwierdziwszy, że najprawdopodobniej psułbym tylko nastrój.
W domu zjadłem obiad i poszedłem do nauki. Po jakimś czasie wróciła mama, ale ani ona nie przyszła do mojego pokoju, ani ja nie wyszedłem się przywitać. Wkrótce naszła mnie ochota na herbatę. Idąc do kuchni przywitałem się z mamą krótkim "cześć", na które odpowiedziała mi tak samo. Robiąc herbatę myślałem o tym. O tych dwóch krótkich i suchych "cześć", które wymieniłem z mamą. Było to coś zupełnie abstrakcyjnego, zarówno dla mnie, jak i pewnie dla mamy. Nigdy nie okazywaliśmy sobie takiej oschłości. Owszem, nie był to jedyny raz, kiedy powiedzieliśmy sobie na powitanie po jednym słowie, ale nigdy wcześniej słowa te nie były takie puste. Między mną a nią zawsze było stuprocentowe porozumienie, zawsze z przyjemnością spędzaliśmy ze sobą czas, prowadziliśmy rozmowy, obgadywaliśmy sąsiadów, oglądaliśmy i śmialiśmy się z telenowel. W tej chwili mama też oglądała jakąś telenowelę. Pomyślałem, że za chwilę usiądę koło niej i może uda się z tej opery mydlanej razem ponabijać, tak jak to wcześniej bywało. Zrobiłem herbatę i poszedłem do pokoju. Koło mamy było miejsce, nawet z obu stron - siedziała na środku kanapy. Ale jakoś po prostu nie mogłem usiąść obok niej, więc spocząłem w fotelu. Miałem wrażenie, że miejsce koło niej jest jakby hermetyczne, jakby niedostępne dla mnie, tak zresztą, jak cała mama. Siedziałem chwilę i starałem się uchwycić wątek serialu. Mama spojrzała na mnie i zapytała:
- Nie uczysz się?
- Zrobiłem sobie przerwę.
- Kiedy się sesja zaczyna?
- W przyszłym tygodniu.
Rozmowa się urwała. Jeden z bohaterów serialu siedział na łóżku szpitalnym. Członek jego rodziny był po wypadku samochodowym, ale miał już niedługo wyjść. Mimo to płakał. Ten pierwszy zapytał go co się stało, na co chory odpowiedział, że przechadzając się po szpitalnym parku poznał innego pacjenta, z którym bardzo się zaprzyjaźnił. Zapytany co w tym smutnego, odpowiedział, że pacjent ten jest chory na AIDS i zostało mu już niewiele czasu. Zaczął płakać i zadawać pytania dlaczego tak jest, dlaczego Bóg jest taki niesprawiedliwy i tym podobne. Napisy końcowe i wzruszająca melodyjka. Spojrzałem na mamę; miała łzy w oczach.
- Aż tak cię wzruszył ten odcinek? - zapytałem.
Mama milczała. Siedziała nieruchomo ze szklistymi oczami i zdawała się nie być obecna.
- Mamo!
Otarła łzy ręką.
- Aż tak cię wzruszył ten odcinek? - powtórzyłem.
- Nie, tylko...
- Tylko co? - zmartwiłem się.
- Tylko, że... ja się boję o ciebie.
Dopiero teraz do mnie dotarło o co jej chodziło. Tamten pacjent chory na AIDS... Mama pewnie od razu pomyślała, że tak właśnie umrę. Wiedziałem, że powinienem z nią o tym porozmawiać, ale nie bardzo wiedziałem jak.
- Mamo... - powiedziałem i zamilkłem na dłuższą chwilę zbierając myśli i układając jak najlepsze zdanie. - Mamo, czy myślisz, że zarażę się HIV'em?
Mamie oczy znowu zaszły łzami.
- No przecież... to jest bardzo prawdopodobne.
- Mamo, przecież istnieją prezerwatywy. Przed tym można się bez problemu zabezpieczyć.
- Ale to nie daje nigdy stuprocentowej pewności.
- Oczywiście, że nie daje. A innym to niby daje?
- Nie wiem.
- Przecież prezerwatywa nie jest mniej skuteczna tylko dlatego, że używa jej gej.
- No oczywiście, że nie. Ale ludzie normalni... - tu mama urwała i zmieszała się trochę. Pomyślała pewnie, że mnie uraziła mówiąc o heterykach "ludzie normalni".
- Ludzie, którzy uprawiają seks z przeciwną płcią - poprawiła się - prowadzą inny tryb życia.
- Jaki inny tryb życia? Co w nim takiego innego?
- No mają stałych partnerów i w ogóle.
- A geje to myślisz, że co? Skaczą z kwiatka na kwiatek.
- No... może nie wszyscy, ale takich jest na pewno wielu.
- A heteryków to takich nie ma w ogóle, co? - zapytałem ironicznym tonem.
- Kogo?
- Heteryków. To znaczy heteroseksualistów.
- No... na pewno są, ale... skąd ty znasz takie słowo?
- Mniejsza z tym, mamo. Chodzi o to, że wśród heteryków też jest pełno mężczyzn, dla których miarką ich męskości jest ilość zaliczonych lasek.
Mama trochę się zmieszała, a ja odczuwałem dziwny podziw dla samego siebie. Nigdy nie rozmawiałem z nią w ten sposób. Nigdy nie gadaliśmy o seksie, nie mówiąc już o tym, żeby nazywać te sprawy poprawnym słownictwem. A tu nagle jej Filipek nie dość, że się ogląda za facetami, to jeszcze używa terminów typu "heteryk", czy "zaliczona laska". Dobrze, że nie użyłem innego słowa zamiast tej "laski".
- No tak, ale przecież... przecież to geje są grupą zwiększonego ryzyka.
- Nie są żadną grupą zwiększonego ryzyka mamo. To bujda wymyślona przez heteryków, którym się wydaje, że geje to zboczeńcy myślący tym, żeby kogoś przelecieć.
- Filipku, proszę cię, nie używaj takich mocnych słów.
- Dobrze, no więc: heterycy stwierdzili, że homoseksualiści, to ludzie o wypaczonej seksualności, którym się wydaje, że skoro partner i tak nie zajdzie w ciążę, to można uprawiać seks tak często jak się chce i z kim się chce.
- No właśnie.
- Co właśnie?
- No tak właśnie chyba jest.
- Mamo! Jak możesz tak mówić? - wstałem z fotela. - Czy naprawdę uważasz, że twój syn mógłby mieć aż do tego stopnia spaczoną psychikę? Do tego stopnia spaczone poczucie moralności i zdrowy rozsądek?
- Ja się po prostu o ciebie boję i powinieneś to docenić! Nie wiadomo przecież co to za ludzie, a różne rzeczy się o nich słyszy i po prostu obawiam się, czy to środowisko nie będzie miało na ciebie negatywnego wpływu.
- Mamo, przecież bardziej zagrożone są chyba prostytutki. Dla nich zmiana partnera to kwestia profesji, a dla gejów po prostu wierności.
- Przecież geje nie mogą zawierać małżeństw. W każdym razie nie w Polsce.
- Ale przecież nie sam akt małżeństwa zobowiązuje heteryka do wierności. Przecież już gdy chłopak "chodzi" z dziewczyną to nie może jej zdradzać, takie jest niepisane prawo moralne. Zresztą to nie ma znaczenia, bo ludzie się zdradzają nawet po ślubie.
- Ale gej czuje mniejszy opór żeby zdradzić partnera.
- Gówno prawda! Skąd ty to możesz wiedzieć?
- Nie wiem skąd. Tak mówią. Nie krzycz na mnie - oczy mamy znowu zaszły łzami.
- Wybacz mamo - powiedziałem nie obniżając tonu - ale zrozum, że gej nie jest zboczeńcem, nie jest jakimś seksualnym wybrykiem, jest człowiekiem takim jak każdy, poza jedną tylko rzeczą, jedną jedyną! Nie, przepraszam - dwiema! Geje poza tym, że wolą mężczyzn są też inteligentniejsi niż heterycy i więcej są w stanie zrozumieć - krzyknąłem i poszedłem do swojego pokoju, trzaskając za sobą drzwiami.
Usiadłem przy biurku i chwyciłem ołówek, po czym natychmiast zacząłem go gryźć. To była kolejna rzecz, której nie przewidziałem. Nie myślałem, że chore heteryckie poglądy mojej mamy mogą mnie tak zirytować, tak zranić moje uczucia. Może to dlatego, że nigdy wcześniej nie rozmawiałem o tym z żadnym heterykiem, może oni wszyscy tak o nas myślą. Usłyszałem rzeczy, które raniły mnie, moje potrzeby, moją naturę.
Po chwili przyszła do mnie mama, stanęła w drzwiach i przez chwilę na mnie patrzyła. Nie podnosiłem wzroku; skupiłem spojrzenie na notesie leżącym na moim biurku. Zauważyłem jednak, że przyniosła mi herbatę, którą zostawiłem na stole w salonie. Położyła ją na moim biurku i w końcu odezwała się:
- Przepraszam. Nie chciałam cię zranić.
Nic nie mówiłem. Miałem ochotę powiedzieć jej, żeby wyszła i zabrała ze sobą herbatę, bo już mi przeszła na nią ochota. Uparcie udawałem, że przeglądam swoje notatki. Mama odezwała się po raz kolejny, tym razem podniesionym głosem:
- Ale uważam, że też powinieneś mnie przeprosić. Może i powiedziałam rzeczy, które cię zraniły, ale to dlatego, że to dla mnie sytuacja zupełnie nowa i nie mam pojęcia jak się wobec ciebie zachować. Może i jestem głupia jeśli chodzi o te wasze... te wasze sprawy, ale nie zasłużyłam sobie chyba na taki ton. Przepraszam, że zraniłam twoją dumę!
Wyszła i zamknęła drzwi. Spojrzałem na herbatę i przez chwilę w głowie miałem pustkę. Miała rację. W końcu to nie jej wina, że słyszała o gejach rzeczy, które słyszała. Obraz geja jest tworzony przez media, a media lubią sensację. Kto obejrzałby program pod tytułem "Gej jest normalnym człowiekiem"? Kto przeczytałby książkę pod "Gej jest taki jak wszyscy"? Mało kto. Ludzie wolą skandale, zboczenia, lubią mieć o czym plotkować, lubią mieć się z czego nabijać, lubią mieć kim gardzić, lubią mieć kogo poniżać, żeby samemu czuć się lepszym. To nie jej wina, że geje traktowani są w taki sposób, że muszą się ukrywać. A ukrywając się, nie mają okazji powiedzieć światu "spójrzcie! ja jestem gejem i jestem taki jak wy! Kocham mężczyzn, ale poza tym jestem zupełnie normalny!"
Ale co do jednego racji nie miała. Owszem, zraniła moje uczucia i moją naturę, ale nie dumę. Duma i wstyd to przeciwstawne pojęcia, ale odnoszą się tylko do rzeczy, na których powstanie mieliśmy bezpośredni wpływ. Mogę wstydzić się tego, że nakrzyczałem na mamę, bo to był mój wybór i moja w tym tylko wina, i mogę być dumny z tego, że jestem jednym z najlepszych studentów na roku, bo to moja praca i zawdzięczam to tylko sobie. Ale nie mogę wstydzić się tego, ani być z tego dumnym, że jestem gejem. Ani to moja wina, ani zasługa. Takim mnie stworzono i jedyne co mogę, to nauczyć się tworzyć swoje życie tak, aby być z tym darem szczęśliwym. Znaleźć taką drogę, którą idąc będę dostrzegał dobre strony mojej inności i umiał je docenić, wykorzystać i być za nie wdzięcznym Stwórcy. Nie jestem dumny z tego, że jestem gejem, mogę się najwyżej nauczyć się z tego cieszyć.
Napiłem się łyka herbaty. Była posłodzona jedną czubatą łyżeczką cukru. Odstawiając szklankę poczułem jeszcze silniejsze wyrzuty sumienia i natychmiast wstałem i poszedłem do mamy. Stała w salonie i wyglądała przez okno jedną ręką się obejmując, a drugą trzymając przy twarzy. Podszedłem do niej i objąłem ją rękami na wysokości jej ramion.
- Przepraszam - wyszeptałem. - To faktycznie nie twoja wina. Przepraszam - i pocałowałem ją w policzek.
Przez moment tak staliśmy i wyglądaliśmy razem przez okno.
- Rozumiem - powiedziała po cichu mama. - I przepraszam cię jeszcze raz.
Nastała kolejna chwila ciszy.
- Naprawdę geje są inteligentniejsi? - zapytała z uśmiechem spoglądając na mnie.
- No w końcu stoi koło ciebie żywy na to dowód - powiedziałem odwzajemniając uśmiech.
Mama lekko się roześmiała po czym odwróciła się przodem do mnie i przytuliła się mocno.
- I tak się będę o ciebie bać - powiedziała.
- Nie bój się, mamo. Przecież nigdy nie robiłem żadnych głupstw w innych dziedzinach życia, więc dlaczego miałbym robić głupstwa w sferze seksualnej?
- To prawda - spojrzała na mnie. - Mało pamiętam sytuacji, kiedy zachowałeś się nieodpowiedzialnie. I z tego co pamiętam, rówieśnicy nie mieli na ciebie dużego wpływu.
- Może dlatego, że rzadko się zadawałem z rówieśnikami.
- Ech, to prawda - westchnęła uwalniając się z mojego objęcia. - Nigdy nie miałeś bliskich kolegów, ani koleżanek. Dzieci zawsze cię ignorowały, a ja nie miałam pojęcia co z tym zrobić. Przecież nie mogłam do nich podejść i poprosić, żeby się z tobą bawiły, bo ty przecież jesteś dobrym i spokojnym dzieckiem.
- Może to nie do końca było tak mamo. Trochę z własnej woli byłem samotnikiem.
- Naprawdę?
- Chyba tak. Może czułem, że nie pasuję do reszty i dlatego trzymałem się od nich z dala.
- I sam wybrałeś zabawy w odosobnieniu?
- Tak.
- O Boże! Trochę mnie tym uspokoiłeś, bo ja zawsze miałam wyrzuty sumienia, że nie jestem na tyle dobrą matką, żeby znaleźć ci towarzyszy do zabaw.
Uśmiechnąłem się. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Ciszę przerwała mama:
- No dobrze, idź już się uczyć. Dobrze, że się pogodziliśmy.
(Mozart)
W kolejnym odcinku już za tydzień: Mimo szczerej rozmowy z mamą, atmosfera w domu jest bardzo napięta. Właściwie, Filip powinien wkuwać do zbliżającej się sesji egzaminacyjnej, ale nie może się skoncentrować na nauce. Postanawia więc spotkać się ze swoją przyjaciółką Sylwią.
Dzięki! :)