Elton John, mega gwiazda brytyjskiej muzyki pop nie może skarżyć się na brak popularności, zaszczytów i honorów, jakimi jest obsypywany ani też na brak pieniędzy. A jednak nie jest człowiekiem zadowolonym. Pieniędzy ma zawsze za mało i to do tego stopnia, że musi wyprzedawać swe kolekcje obrazów i fotografii oraz wyzbywać się najulubieńszych Rolls-Royce'ów, zaszczyty rodzą zobowiązania. A popularność? "Kiedy ludzie o mnie mówią" - powiada Elton John - "mają tylko na myśli mój musical "Aida", muzykę do filmu Disneya "Król lew", moje transplantacje włosów, mój klub piłkarski i to, że jestem gejem". Biedny Elton! Dlaczego nikt mu nie współczuje? "Kiedyś ludzie mówili przynajmniej o moich nowych płytach..." - skarży się. I ma rację. A zatem - pomówmy!
Czy to nasza wina, że pierwsze, co nam przychodzi na myśl, kiedy myślimy o Eltonie Johnie to jego fantazyjne kostiumy, okulary i nakrycia głowy? EJ miał zawsze słabość do przebieranek, co tłumaczono ogromnymi kompleksami. Bernie Taupin, autor tekstów do największych hitów i od samego niemal początku współpracownik Eltona opowiadał, że już w młodym wieku, EJ był łysiejącym, tęgawym i dość niekształtnym chłopakiem. I już wtedy próbował swój mało atrakcyjny wygląd kompensować krzykliwymi akcesoriami, które z czasem stały się jego znakiem rozpoznawczym. Dziś, Elton ma 54 lata i warto zastanowić się, czy "too much show" nie zaszkodziło ocenie jego artystycznych dokonań? Może dobrze byłoby wrócić do źródeł, do muzyki, jaką duet Elton John i Bernie Taupin tworzyli 30 lat temu? Nowa płyta "Songs From The West Coast" zdaje się wskazywać na ten właśnie zamysł.
Ostatnie albumy EJ: "The One" i "The Big Picture" mają jeszcze wypolerowaną stylistykę zawodowych macherów studyjnych, którzy potrafią nad jedną piosenką pracować przez kilka miesięcy. Nic w ich nie ma z klimatu nieszczęśliwej miłości, samobójczych myśli, śmierci i zepsucia, charakterystycznych dla lat 70-tych. Ale "Songs From The West Coast" to już zupełnie inny krążek, bardziej oszczędny w wyrazie, przypominający może trochę późnych Beatlesów a już na pewno nawiązujący do legendarnych przebojów jak "Your Song" czy "Daniel". Na płycie jest dwanaście utworów, z których kilka zasługuje na wyróżnienie. W piosence "The Emperor's New Clothes", otwierającej album, chciałoby się może nieco szerszej instrumentalizacji i trochę bardziej starannej obróbki w studio. "The Wasteland" rozpoczyna się nawet "one, two, three", niczym debiutancka kapela podczas jam session w klubie muzycznym. Rodzynkiem jest piękna ballada "Ballad Of The Boy In The Red Shoes", która opowiada o chorym na AIDS, który umiera wskutek bezczynności rządów amerykańskich prezydentów Reagana i Busha. Pytany o wymowę tej piosenki, Elton John eksploduje. Mówi że "Bush i Reagan to mordercy, którzy dopuścili się zbrodni ludobójstwa bo nic nie zrobili, by ratować chorych gejów". Nagle, słychać starego Eltona, takiego, jakiego znaliśmy wiele lat temu. Podobny charakter ma "American Triangle", piosenka przypominająca tragiczną śmierć młodego geja, Matthew Sheparda, zamordowanego przez bandyckich homofobów. Na całej płycie słychać mistrzowską rękę Bernie Taupina, który nawet slogan chorych z nienawiści amerykańskich homofobów ""God hates fags" (Bóg nienawidzi pedałów) zdołał przemienić w ekspresyjny akt oskarżenia.
Trudno marudzić. Jasne, że EJ to wielki artysta i wspaniały człowiek. A jego muzyka i teksty Taupina coś znaczą, nie są zwykłą paplaniną, charakterystyczną dla taśmowej produkcji rynku muzyki pop. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że płyta "Songs From The West Coast" to muzyka staromodna i nudna. Nie - to płyta, która ma ostre kanty. Nareszcie.
Opracował: KRISZNA