Są na kuli ziemskiej kraje, o których tajemnym życiu wiemy bardzo niewiele. Możemy być pewni, że prawo natury, które stanowi, że wszędzie na świecie rodzi się mniej więcej tyle samo chłopców, co dziewcząt obowiązuje w San Francisco, Warszawie i Pekinie. Jest też pewne, że to samo prawo wyposaża około 5 procent z nich w zespół cech, które nazywany homoseksualizmem,. O ile jednak o San Francisco wiemy dość sporo, o Warszawie nieco mniej, to o Pekinie nie wiemy prawie nic. Do niedawna Chiny były krajem hermetycznie zamkniętym, a "otwarcie", o jakim mówi się w ostatnich latach wcale nie oznacza szeroko otwartych drzwi. Tym bardziej interesująca jest każda wiadomość o tym, jak żyją geje w Państwie Środka. Snop światła na tę tajemnicę rzuca ciekawy reportaż, jaki zamieściła niedawno szwajcarska gazeta Neue Zuercher Zeitung.
W reportażu czytamy, że współczesne Chiny to kraj dziko rozwijającego się kapitalizmu, w którym jednak coraz bardziej widać oznaki indywidualizmu. Mieszkańcy wielkich miast, usiłują zrzucić z siebie ciasny gorset państwowej kontroli i znaleźć odpowiadające im formy życia. "Grupy homoseksualistów - czytamy - są w społeczeństwie, w którym ogromne wpływy posiada tradycja i dyscyplina grupowa pionierami indywidualizmu." Jednym z takich pionierów jest trzydziestopięcioletni właściciel trzech pekińskich restauracji nazwiskiem Ma Chaowei. Według własnego świadectwa "nie jest bogaczem w porównaniu z innymi chińskimi bogaczami. Jest tylko zamożny." Najwidoczniej "zamożność" jest pojęciem bardzo elastycznym, skoro może pozwolić sobie na bardzo luksusowe hobby, jakim jest kolekcjonowanie luksusowych motocykli. Posiada ich ponad czterdzieści i znajdują się wśród nich prawdziwe perełki, najdroższe maszyny zachodniej produkcji. Te właśnie motocykle są dla Ma i jego przyjaciół przepustką do wolności. Kiedy ma już dosyć zapachów kuchni szeczuańskiej i wrzasków gości, zbiera swoją klikę około 20 przyjaciół w wieku "od 17 do 70 lat" i wyjeżdża za miasto.
Z kontekstu, w jakim opisywany jest ów bogaty mieszkaniec Pekinu możemy się domyśleć, je on sam i jego przyjaciele są gejami. Ma wie, że jego pozycja jest wyjątkowa. I nie zależy mu wcale na tym, by swoją odmienność krzykliwie manifestować. Tradycja ma w Chinach ogromne znaczenie i każdy, kto wyłamuje się z szeregu natychmiast brany jest pod lupę. Bycie "innym" nie dotyczy przy tym wcale stanu konta, bardziej demonstrowania zamożności, ubierania się w sposób zwracający uwagę i przyznawania się do odmiennej orientacji seksualnej. Władze mają długie łapy i potrafią dosięgnąć każdego, kto chociażby potencjalnie stanowi zagrożenie dla ustanowionych przez nią dogmatów. Ma opowiada o swym życiu, wolności, spotkaniach z kumplami w jego barze, gdzie słuchali zachodniej muzyki i pili soki owocowe w skórzanych kombinezonach motocyklowych, o wyścigach, jakie urządzali w ulicznych korkach. Rychło jednak otrzymał urzędowy list, w którym władze komunikowały o konieczności wyburzenia budynku, w którym ów bar się znajdował. "Wszędzie w Pekinie likwiduje się zieleń miejską, żeby budować coraz to nowe wieżowce. A w moim przypadku - w miejscu baru powstać miał zieleniec..." O żadnym odszkodowaniu za utraconą własność nie ma oczywiście mowy.
Gdy Mo opowiada to wszystko szwajcarskiemu dziennikarzowi, jakiś przybyły z prowincji robotnik przygląda się lśniącym chromem maszynom. Robotnik posiada muła i wózek, którym wywozi odpadki z kuchni. Gdyby chciał kupić choć jeden z motocykli musiałby pracować przez 20 lat - i naturalnie nie wydawać ani grosza na życie. Tak więc zasada, że najłatwiej jest być indywidualistą (czytaj: gejem) z pieniędzmi. Ci, którzy ich nie mają, stoją przed trudnym dylematem. Kolejną osobą, jaką poznajemy w Pekinie za pośrednictwem szwajcarskiego reportera jest dwudziestoczteroletni Liu Weifang. Liu jest także gejem, a swój wolny czas spędza z przyjaciółmi w klubie "On & Off Bar" przy ulicy Xin Zhong Jie. Czasu zaś ma bardzo dużo, bo jest bezrobotny. Nie ma ani zawodu, ani pieniędzy, za to mnóstwo problemów z władzami. Właściwie - Liu niczym innym nie przewinił, jak tym, że jest gejem. Jeszcze niedawno, każdego kto otwarcie przyznał się do homoseksualizmu, kierowano w Chinach na przymusowe leczenie elektrowstrząsami. Także i dziś, "betonowi" komuniści uważają że homoseksualizm jest chorobą, a zdanie to podziela wielu konserwatywnych lekarzy. Liu był już kilka razy wzywany na posterunek milicji, a wśród jego sąsiadów kilka osób uważa, że "takich jak on trzeba zbić na kwaśne jabłko". Nie dalej jak w ubiegłym roku, sąd w Pekinie zawyrokował, że homoseksualizm jest "anormalny i nie do zaakceptowania przez społeczeństwo chińskie." Pewna kobieta, która dwa lata temu postanowiła rozstać się z mężem, by związać się z drugą kobietą, została przez rodzinę ubezwłasnowolniona i umieszczona w szpitalu psychiatrycznym - za zgodą władz.
Tym niemniej - czytamy w reportażu z Chin w szwajcarskiej gazecie Neue Zuercher Zeitung, wiele się zmieniło od czasów Mao Tse Tunga. Homoseksualne pary urządzają półoficjalne zaślubiny, powstają półoficjalne miejsca spotkań gejów i lesbijek. W sierpniu ubiegłego roku w mieście Chengdu milicja odkryła męski burdel. Jego właściciel wypuszczony został na wolność, ponieważ męska prostytucja nie jest wzmiankowana w kodeksie karnym. W Pekinie i Szanghaju gejowskie "środowisko" rośnie jak na drożdżach a w internecie znaleźć można już około 150 gejowskich witryn. Wreszcie - przełomowym wydarzeniem było skreślenie przez Chińskie Towarzystwo Psychiatryczne homoseksualizmu z listy chorób. Było to 20 kwietnia 2001 roku...
Wszystkie objawy postępu cywilizacyjnego odnoszą się jednak tylko do wielkich aglomeracji. Na prowincji - gdzie żyje przytłaczająca większość społeczeństwa, życie toczy się w starych koleinach. Geje traktowani są tam na równi z "wyrzutkami społeczeństwa": bezrobotnymi, złodziejami, bandytami i prostytutkami. Policja urządza regularne naloty na gejowskie lokale, jak na przykład w mieście Guangzhou, gdzie we wrześniu ubiegłego roku aresztowano kilkanaście osób za "niewłaściwe zachowanie." Tegoroczny "Festiwal kultury gej&les", był wydarzeniem utajnionym w maksymalnym stopniu. A zatem - konkluduje szwajcarski reporter - chińska liberalizacja jest procesem bardzo wybiórczym. Margines wolności jest spory, ale wolność kończy się tam, gdzie obywatel napotyka na grubą, czerwoną kreską, nakreśloną przez partię komunistyczną.
Opracował: Marek Kamiński - Wiedeń