Z początkiem maja zaczęły się upały; koszmarne upały. W połowie miesiąca woda była już zupełnie ciepła i codziennie na plaży było sporo osób, a w weekendy panował tam istny ścisk. W dni powszednie zbierało się jednak na tyle luźno, że lubiliśmy wracać razem z Sylwią z uczelni plażą. Zdejmowaliśmy sandały i szliśmy zanurzeni po łydki w wodzie, gadając o wszystkim i niczym. Potem zwykle siadywaliśmy gdzieś na plaży i podziwialiśmy różowe niebo w dalszym ciągu snując rozmowy na tematy błahe i poważne. Wracaliśmy do swoich domów około dziewiątej lub dziesiątej, mieliśmy ogromne wyrzuty sumienia i spędzaliśmy część nocy na stukaniu. Następnego dnia jednak mimo niewyspania i tak spędzaliśmy większość dnia na plaży do wieczora rozmawiając między innymi o tym, że powinniśmy się uczyć a nie szwendać po plażach, jedząc drogie i niezdrowe jedzenie z pobliskich budek. Strata czasu i pieniędzy. Ale oboje byliśmy romantykami, oboje więc nie umieliśmy się temu oprzeć. Sylwia był moim Aniołem, który zawsze wiedział co mi powiedzieć, lub wiedział, że nie powinien mówić nic. Aniołem, który zawsze mnie pocieszał i zawsze uważnie wysłuchiwał.
Nie wiedziała, że jestem gejem. Unikałem tego tematu, chociaż generalnie gadaliśmy o wszystkim. Czasem zastanawiałem się co ona o tym myśli. Może czuje, że wolę mężczyzn, a jeśli jest na tyle wrażliwa, żeby to wyczuwać, to na pewno siódmy zmysł podpowiada jej też, że nie chcę o tym rozmawiać i sama też nigdy nie porusza tego tematu. A może było wręcz przeciwnie. Może w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego, że należę do jednej z, tak ładnie nazywanych przez prawo, mniejszości seksualnych. Może jej się podobałem, może w jej oczach byłem bardzo atrakcyjnym człowiekiem, zarówno psychicznie (psychicznie na pewno byłem, czego nie raz dostawałem dowody) jak i fizycznie. A jeśli tak było? Może zastanawiała się, czy ona mi się podoba i dochodziła do wniosku, że na pewno nie, skoro nie czynię żadnych kroków ku temu, aby rozwinąć naszą przyjaźń w coś głębszego. A może moją "nieaktywność" podświadomie tłumaczyła właśnie odmienną orientacją, ale była by to dla niej wizja tak straszna (zakochała się w geju), że w ogóle nie rozmawiała na ten temat, bo wolała nigdy nie poznać prawdy, niż zaryzykować poznanie bolesnej... A może w ogóle jej się nie podobałem. Może z jej perspektywy tworzyliśmy taką przyjaźń, w której istnieje podświadome porozumienie między nim a nią: jesteśmy przyjaciółmi i oboje wiemy, że niczym więcej, nie poruszajmy więc tematu związku. Ale w przypadku tego ostatniego scenariusza - dlaczego w takim razie nigdy nie poruszała kwestii gejowskiej? Może po prostu był to temat, który jej zupełnie nie interesował.
Ja z jednej strony bałem się o tym rozmawiać, z drugiej odczuwałem brak takich rozmów. Brak, bo chciałem poznać jej zdanie na ten temat. Zdanie osoby, którą, mogę śmiało powiedzieć, bardzo głęboko pokochałem; pokochałem tak, jak się kocha przyjaciela. Osoby bardzo mądrej życiowo, wesołej i stabilnej emocjonalnie, mimo ciężkiego dzieciństwa, o którym nie raz mi opowiadała. Ale poruszanie tego tematu, nawet ogólnie, było dla mnie zbyt dużym ryzykiem. Nie chciałem, aby Sylwia przypadkiem zrozumiała lub poczuła, że kwestie gejowskie mi tak naprawdę bliskie i traktowanie ich jako abstrakcji, jest tylko moją pozą. Bałem się, że mogłaby się ode mnie odwrócić. Przestraszyć w jakiś sposób, uznać za człowieka niższej kategorii. Wprawdzie Piotrek mówił mi, że on z doświadczenia wie, że zdecydowanej większości dziewczyn można o tym spokojnie powiedzieć, że on nie jednej powiedział i często zyskał w niej wtedy jeszcze bliższą znajomą lub nawet przyjaciółkę. Bo w końcu dziewczyna, która dowiaduje się, że jej kumpel jest gejem, automatycznie skreśla go z listy potencjalnych partnerów lub adoratorów. Wie wtedy, że może mu opowiadać o tym co ją kręci u facetów, że może go złapać za rękę opowiadając puentę dowcipu, że może go połaskotać na powitanie, a on i tak nie będzie tego traktował jako tak zwanych sygnałów i nie będzie zabiegał o jej względy. Czuje się przy takim chłopaku całkiem swobodnie, bo nie czuje z jego strony zagrożenia, nie może być jego celem do zdobycia. Może to i prawda, ale jak do tej pory nie wiedział o mnie żaden heteryk (no może poza panią z kiosku, w którym kupowałem gazety gejowskie, gdy bywałem w Warszawie) i nie miałem w sobie wystarczająco odwagi, żeby się zdobyć na pierwszy "świadomy" i kontrolowany coming-out. Ale wszystko było dopiero przede mną.
We wtorek jak zwykle szliśmy sobie plażą, wcinając zapiekanki z plażowej budki. Potem usiedliśmy i patrzyliśmy na wodę gawędząc o pogodzie, wczorajszym meczu piłki nożnej, działaniu kawy na nasze organizmy o różnych porach dnia i roli nieszczęścia w życiu ludzi samotnych. Po jakimś czasie zgłodnieliśmy i skoczyłem po dwa hot-dogi. Jedząc je, mamrotaliśmy coś o życiu ludzi ślepych i o tym, jak niesamowicie inaczej muszą postrzegać świat. Gdy skończyliśmy posiłek, Sylwia spytała:
- Z którego sklepu przyniosłeś te hot-dogi?
- Z tego co zwykle, tam koło wypożyczalni bajerów kąpielowych.
- Składniki surówki zmienili.
- Nie zwróciłem uwagi.
Uśmiechnąłem się.
- Z czego się śmiejesz.
- A propos naszej rozmowy, przypomniał mi się jeden dowcip, jak ślepy robił surówkę.
- No mów.
- No więc robi tą surówkę, bierze do ręki tarkę i mówi "tak głupiego przepisu to w życiu nie czytałem".
Roześmiała się. Nie lubiła dowcipów absurdalnych typu "wszedł facet na drzewo, pociągnął za spłuczkę i zjechał pod ziemię". Oboje nie lubiliśmy i między innymi dlatego było między nami takie dobre porozumienie. Teraz śmialiśmy się. Nie wiedziałem, że w domu czeka na mnie piekło...
(Mozart)
W kolejnym odcinku już za tydzień: Filip wraca do domu i zastaje w swym pokoju płaczącą matkę. A obok niej, na łóżku, trzy egzemplarze magazynów gejowskich...