Tak wiele mówi się o tym, że w tym czy w tamtym kraju można lub nie można formalnie zarejestrować związków gejowskich czy lesbijskich par. Wrrrrrrrrrr... Samo określenie lesbijka czy gej doprowadza mnie do gęsiej skórki, gdyż jest ono napiętnowane dyskryminacją i brakiem poczucia własnej godności. Wielkie Gay Pride są w moich oczach tylko formą odreagowywania nietolerancji i zamknięcia się w łańcuszku odrzucenia. Nie zaprzeczam, iż jest to również super zabawa dla ogromnej rzeszy osób, lecz tak jak wszelkie określenia, nawet te najmilsze dla naszego ucha, są dla mnie tylko łagodną formą wyobcowania. Czy jedyną drogą dla młodego homoseksualisty jest tylko mniej lub bardziej świadoma alienacja? Czy jedyne, co może zaoferować nam społeczeństwo to połowiczna akceptacja? Społeczeństwa, społeczności, Kościoły, Związki Wyznaniowe, a także rodzina, szkoła i praca, to wszystko w naszym życiu oscyluje między skrajną dyskryminacją, niezauważeniem tego, co mało wygodne lub trudne do zaakceptowania, a akceptacją i próbą dostosowania się do czegoś, co niebiosa przez jakąś niewytłumaczalną pomyłkę zesłały na ten ziemski padół.
Czy naprawdę jedyną rzeczą, na jaką stać ludzkość jest zaakceptowanie kogoś nie z powodu jego preferencji seksualnej tylko z tego powodu, iż jest to nasze dziecko, nasz przyjaciel lub po prostu człowiek i nie wypada nie być tolerancyjnym?
Przesadzam? Skąd więc bierze się u nas napiętnowanie osób bardziej zniewieściałych od nas samych i skąd biorą się określenia typu "przegięty", "ciota" itd.? Czyż nie jest to przejaw naszej własnej nietolerancji opartej na wzorcu "im bardziej coś odbiega od społecznych norm zachowania, tym bardziej jest to dziwne i godne napiętnowania"???
Naprawdę kocham wszechobecną tolerancję u znajomych gejów. Fałszywa tolerancja będąca mieszanką tego co zostało w nas wtłoczone przez społeczeństwo homofobów i naszego własnego systemu wartości, jakże chorego, bo opartego na dyskryminowaniu innych. Tak jak awersja jest inną strona przywiązania, tak samo poczucie dyskryminacji jest inną stroną dyskryminacji. Co gorsze poczucie bycia ofiarą dyskryminacji rodzi dyskryminację nie mniej paskudną i nie mniej krzywdzącą. Tu nie chodzi tylko o dyskryminację bardziej przegiętych, biseksualistów i osób trans, ale również o coś znacznie groźniejszego, o dyskryminacje samego siebie we własnych oczach. Mam wielu znajomych gejów, którzy aż unoszą się na własnym oburzeniu w obliczu wszelkich form homofobii, ale w tym samym czasie gdy zapytałem ich czy gdyby mieli dziecko chcieliby, aby było ono homoseksualne odpowiadali "oczywiście że nie!" Czy to odosobnione przypadki? A może raczej prawdziwy obraz naszej akceptacji?
I po co w ogóle ja to wszystko piszę?
Już słyszę komentarze i pytania typu "naćpał się albo co" Ale to nie o to tutaj chodzi. Nie jest to tylko przejaw mojej frustracji i chęci narzekania na to co nas otacza. Nie jest to tylko czcze gadanie kolejnego oszołoma czy samozwańczego filozofa, który mając dwadzieścia kilka lat uważa, że poznał świat i samego siebie. To nie są kolejne wypociny kolejnej omylnej osoby udawadniającej swoją nieomylność. Nie jestem kolejną "ciotką", która z wiadomych powodów nie może usiąść na tyłku i z nudów w przerwach między wierceniem się a siedzeniem w miejscu, postanowiła napisać cokolwiek i podzielić się tym z całą ludzkością. Sam nie jestem wolny od tego wszystkiego o czym pisałem, ale znalazłem drogę wolną od dyskryminacji i fałszywej czy połowicznej akceptacji. Chciałbym przedstawić ją wszystkim tym osobom, które jak ja nie mogły nigdy uwolnić się od wrażenia, że coś w tych klockach nie pasuje do siebie, że coś jest nie tak, że coś nie gra.
Jest to inny świat, inne podejście, inna strona życia. Nie jest to moja inspiracja Matrixem, tylko starożytną kulturą wedyjską, która od wielu tysięcy lat odpowiada na pytanie GDZIE JEST NASZE MIEJSCE w tym wszystkim co nas otacza i jaki jest cel naszego życia. W społeczeństwie wedyjskim nie było miejsca na połowiczną akceptacje czegokolwiek i kogokolwiek. Albo jest akceptacja, albo jej nie ma. Rachunek jest prosty i nie trzeba wielkiego filozofa, żeby to zrozumieć. Połowiczna akceptacja jest NIEAKCEPTACJĄ !
Tak samo jak nie można porównywać półproduktu do produktu, surowego ciasta na chleb ze świeżym wypieczonym bochenkiem, zaliczenia pierwszego roku studiów do tytułu magistra czy doktora. Coś jest albo tego nie ma. Połowiczna akceptacja z pewnością jest jakimś krokiem ku normalności, ale tylko szaleniec nazwie ją normalnością. W społeczeństwie wedyjskim były obecne śluby gejowskie nie takie wymuszone przez jakieś partie polityczne czy modną poprawność moralną. Były tam obecne śluby oparte na zrozumieniu faktu, iż wszyscy mamy swoje miejsce i rolę w tym co nas otacza i przez to zasługujemy na szacunek i uznanie naszego miejsca i praw do normalności. Normalność nie była wyznaczana słowem WIĘKSZOŚĆ, ale głęboką duchową moralnością wybiegającą ponad kaleką i ślepa moralność społeczną, polityczną czy pseudo-religijną. Dlaczego więc tak mało wiadomości na ten temat możemy znaleźć na gejowskich stronach, które wręcz prześcigają się nawzajem w znajdowaniu wszelkich sensacji o homoseksualizmie? Z tego samego powodu z którego istnieje w społeczeństwie nieakceptacja wszelkiej inności. Ten sam powód nakłania ludzi do inkwizycji i spalania na stosie. Ten sam powód skłania oszołomów do stwarzania organizacji ex-gejów i uzdrawiania homoseksualizmu czy to za pomocą modlitwy, nowoczesnej wiedzy psychologicznej czy elektrowstrząsów i szoku insulinowego. Przykłady można mnożyć, ale zawsze istnieje ten sam schemat.
Z tego właśnie powodu starożytna kultura wedyjska oparta na akceptacji i równości każdej żywej istoty z powodu prawdziwego zrozumienia wybiegającego ponad uprzedzenia i sympatie, ponad awersję i przywiązanie, z tego właśnie powodu kultura ta jest prezentowana dzisiaj jako prymitywna i zacofana. Z tego właśnie powodu ukrywa się dziś wiele faktów przemawiających za starożytnymi księgami Wed, z tego powodu niszczono systematycznie wszelkie zalążki wedyjskiej tradycji, filozofii i wiary. Z tego również powodu pod pretekstem walki z sektami niszczy się w wielu krajach na świecie duchową kulturę opartą na szacunku i akceptacji dla drugiego człowieka i wszystkiego co żyje. Jak rzesz można pozwolić przecie na to by ktoś promował w dzisiejszym opartym na hedonizmie i konsumpcji społeczeństwie filozofię, że podstawą wszelkich relacji powinien być szacunek i współpraca zamiast egoizmu i wyzysku dla naszej przyjemności? Nie chcę tutaj wskazywać źródła, ani oceniać innych tą samą miarą jaką oni mnie oceniają. Pragnę tylko pokazać, że istnieje inna alternatywa. Istnieje inny świat, w którym inni ludzie przestają być inni i stają się braćmi i siostrami. Pytacie czy nie jest to kolejna utopia, kolejny miraż na pustyni, fałszywa nadzieja czy dziecięca naiwność? Czy takie życie jest w ogóle możliwe? Czy w ramach realności jest miejsce na powrót do czasów, w których człowiek mógł po prostu odnaleźć sam siebie niezależnie od tego jakie różnice dzieliły go od osób spotykanych na drodze życiowej? Ja sądzę że tak, że jest to możliwe ... Dlaczego? Ponieważ ja... Ponieważ ja nie jestem gejem... Jestem tylko osobą patrzącą przez pryzmat głębokiej duchowej moralności...
Vraja
Społeczeństwo wedyjskie, o którym pisze autor to piękna idea.
Niestety. W naszym świecie jest to czysta utopia. Prawdopodobnie nigdy nie osiągniemy takie stanu świadomości społecznej, by móc stworzyć społeczeństwo na wzór starożytnych Wedów.
Oczywiście można stworzyć małe środowiska, w których realizowane będą zasady wzajemnego szacunku, pelnej akceptacji i życia pełnego harmonii.
Ale nadal będą to wyspy...niestety