Polski rynek muzyki rozrywkowej jest nad wyraz ubogi. Królują na nim wyprodukowane w retorcie piosenkareczki, których głosy przypominają hamburgery McDonalda. Wszystkie podobne są do siebie jak dwie krople wody a smakują jak papier gazetowy. Od czasu, gdy zobaczyłem występ Moniki Sewioło uwierzyłem, że też potrafię śpiewać. Nagle, na tej przeraźliwej pustyni przeciętniactwa pojawił się barwny kwiat. Widzimy jak rośnie, pączkuje, cieszy kolorem i indywidualnością. Są piosenki, których słuchać można bez przerwy. Niektóre odtwarzacze CD mają nawet służące temu celowi funkcję powtarzania. Od czasu, gdy na rynku pojawiła się najnowsza płyta zespołu "Ich Troje", jest ona przez wielbicieli zespołu intensywnie nadużywana. Zespół "Ich Troje" jest w Polsce ewenementem. Jego członkowie Michał Wiśniewski, Jacek Łągwa i Justyna Majkowska posiadają wszystko, czym powinien wyróżniać się artysta: osobowość, talent, pracowitość i wytrwałość. Potencjał ten powinien w zupełności wystarczyć na zbudowanie międzynarodowej kariery. Życzę im jej z całego serca.
Gdy usłyszałem po raz pierwszy piosenki z krążka "Ad.4", przypomniał mi się występ Edyty Górniak podczas Festiwalu Eurowizji na początku lat 90-tych gdzie z marszu zajęła drugie miejsce. Polska brała udział w tym festiwalu nim po raz pierwszy. Górniak zaśpiewała "To nie ja jestem Ewą" - i publiczność oniemiała. Ja również. Przekonany byłem, że zostanie słynną na całym świecie gwiazdą estrady. To, co się potem stało z karierą Edyty to temat na zupełnie inny tekst. W każdym razie: Jestem przekonany, że teraz znów mamy szansę wylansować polski zespół na międzynarodowym rynku muzycznym. Sądzę tak od chwili, gdy zobaczyłem pamiętny koncert z okazji święta Łodzi, transmitowany kilka tygodni temu przez telewizję.
"Ich Troje" pochodzą z Łodzi. Brzydota tego miasta stoi w odwrotnej proporcji do jego kulturalnego potencjału. Żadne inne miasto nie może się z Łodzią pod tym względem równać i nie mam pojęcia, co podtrzymuje przy życiu legendę o innych, domniemanych "stolicach kultury". Aktora Andrzeja Łągwę - ojca Jacka, pamiętam doskonale z moich czasów studenckich. Był kolegą z roku mojego brata - muzyka. Środowisko muzyków i aktorów przenikało się wtedy ściśle, bo wyższa Szkoła Muzyczna i Wyższa Szkoła Teatralna były umieszczone w jednym gmachu. Ta właśnie generacja stworzyła fundamenty polskiej muzyki rozrywkowej. Włodzimierz Korcz, bracia Delongowie, Krzysztof Cwynar, Michał Urbaniak, Karol Nicze - to tylko kilka nazwisk z długiej listy muzyków zasłużonych dla show biznesu, wychowanych w łódzkim klimacie, które przychodzą mi spontanicznie do głowy. Łódzka gleba jest artystycznie bardzo żyzna. Brzydota miasta nie przeszkadza w tworzeniu piękna i nastroju prawdziwej sztuki.
Z pewnością, momentem zwrotnym w życiu Wiśniewskiego i Łągwy (później zaś Justyny Majkowskiej) było spotkanie tych dwóch pierwszych. Mam przyjaciela, który nie wierzy w przypadek. Jest zdania, że pewne wydarzenia są zaprogramowane. Istnieją potencjały, które osiągają masę krytyczną dopiero wtedy, kiedy uzupełnione zostaną innymi, podobnymi. Nie wiem, czy Wiśniewski i Łągwa przedtem się znali i w jaki sposób potrafili się wzajemnie przekonać do wspólnej pracy. Wiśniewski - według własnego opisu "biznesmen i to na wielką skalę" i Łągwa - profesjonalny muzyk, który, cytuję: "w zespole Varius Manx grał na instrumentach klawiszowych, skomponował muzykę do przedstawień teatralnych dla telewizji do filmu (...)", to przecież ludzie z zupełnie innych światów. Widać to zresztą bardzo wyraźnie na estradzie. Interesujące, co Łągwa powiedział o historii powstania kultowej już piosenki "Powiedz", hymnu przeciw samotności i beznadziei: "Muzyka do tej piosenki powstała bardzo dawno temu, zanim jeszcze powstał zespół "ICH TROJE". Utwór leżał sobie w szufladzie, miał napisany wstęp i zwrotkę. Kiedy powstał zespół dopisałem refren. Do muzyki Michał napisał tekst, odwrotnie niż do większości naszych piosenek. Piosenka "Powiedz" miała się ukazać na naszej pierwszej płycie, ale nie zdążyliśmy nagrać solówki na saksofonie. W końcu weszła na czwartą płytę (...)"
Tak to często bywa, że na artystyczne alter ego, jak na prawdziwą miłość, czeka się bardzo długo.
Cóż jednak artyście po talencie, skoro braknie mu wytrwałości? Sam pracowałem dostatecznie długo w branży muzycznej, by przekonać się, jak wiele jest przypadkowości w decyzjach podejmowanych przez młodych pracowników wielkich firm płytowych. Slogan "don't call us - we call you" (Nie dzwoń do nas - zadzwonimy do ciebie) pada tam dziesiątki razy w ciągu dnia. Ogromna większość sławnych dziś i bogatych muzyków i piosenkarzy przebyła tor przeszkód porażek i klęsk a na swój sukces pracowała przez wiele lat. Z "Ich Troje" było przecież podobnie. Pierwsza płyta zespołu ukazała się we wrześniu 1996 roku. Sukces zaś przyszedł dopiero pięć lat później. Lider "Ich Troje", Michał Wiśniewski sam o tym opowiada, wspominając początku drugiego swojego zespołu "Spooko":
"Gdy w listopadzie 1997 roku po drugiej płycie, rozstaliśmy się wraz z Ich Troje z wytwórnią Koch International to załamałem się. Byłem pełen zapału do pracy, koncerty - a tu nagle BĘC !!! Postanowiłem się nie poddawać i wraz z Jackiem i Magdą postanowiliśmy zarządzić pełną mobilizację. Jacek pisał muzykę a ja przerzucałem swoje przeżycia na papier. Było o czym pisać ! Od początku nagrywaliśmy swoje płyty w studiu Izabelin Andrzeja Puczyńskiego. Postanowiłem pójść po prośbie i zapytać czy przesłucha demo na naszą nową, 3 już płytę. Zajęty facet, ale przesłuchał. Ale i tak pewnie nie do końca zrozumiał czego oni tak naprawdę chcą. Pop, Rock, Punk, Ballada, Muzyka Filmowa, Poezja Śpiewana. To cały ja, To ich troje. Okazało się, że wszystko nie jest takie proste. Nauczony pokory przez rok przerwy postanowiłem po prostu popracować (...)"
Znam niemiecką firmę Koch International i gotów jestem się założyć, że jej szefowie plują sobie teraz w brodę, szczególnie po sukcesie "Ich Troje" podczas festiwalu piosenki krajów bałtyckich. Teraz - zespół ma już własne studio, managera, jest instytucją. Ale zanim przyszedł sukces, Wiśniewski i Łągwa musieli z pewnością długo zajmować się wszystkim sami aż do przysłowiowego zamiatania estrady włącznie.
Muzyka niewiele ma wspólnego z orientacją seksualną. Jednak w każdym kraju środowisko gejowskie ma swoich idoli. W Niemczech na przykład jest to znakomity zespół "Rosenstolz" i piosenkarka Marianne Rosenberg. W Polsce, piosenki "Ich Troje" wywołują w branżowych dyskotekach efekt płonących zapalniczek. I to jest OK.
"Wstań, powiedz nie jestem sam
I nigdy więcej już nikt nie powie
Sępie miłości, nie kochasz
Ja, jestem panem mych snów
Moich marzeń i lęków
Moich straconych dni
Moich łez wylanych - łez..."
Pewien znany mi dziennikarz, który przeprowadził z Michałem Wiśniewskim wywiad, zapytał zaraz na wstępie o kolor jego włosów i znaczenie kolczyków w różnych cząściach ciała. Równie dobrze zapytać można, co by było, gdyby Wiśniewski ogolił się na łyso, a zamiast kolekcji srebrnych pierścieni nosił na piersiach - powiedzmy - żelazny krzyż. Otóż nic. Muzyka i ekspresja byłaby dokładnie taka sama. Zresztą: O muzyce zespołu "Ich Troje" nie będę pisał. Po prostu - kupcie płytę (jeśli jej jeszcze nie macie) i posłuchajcie. Jeśli poczujecie jakieś mrowienie w okolicach splotu słonecznego - to znaczy, że działa...
W innym wywiadzie, Wiśniewski powiedział, że musi mieć ochroniarza, bo popularność przyciąga zawiść i agresję. Trudno to zrozumieć. W jakim kraju my żyjemy? Przecież "Ich Troje" pokazują rzadkie w naszym kraju społecznikostwo, wrażliwość na krzywdę, dają pieniądze na powodzian. Wykonawcy muzyki, którzy potrafią wyzwolić tyle pozytywnych emocji powinni być przecież kochani...
I jeszcze jedno: Michale, marzysz o tym, żeby wystąpić w musicalu. Mam dla Ciebie znakomity materiał...
Janusz Marchwiński
Oficjalna strona internetowa "Ich troje": http://www.ichtroje.pl/