Z słynną Violettą rozmawiałem po kolejnym wieczorze w warszawskim klubie Mykonos. Tym razem - nie było jej na scenie. Rozmawiałem więc z Violettą po cywilnemu, czyli Robertem. Naprzeciw mnie usiadł młody chłopak, o którym powiedzieć że jest przystojny, to naprawdę za mało. Bez makijażu, z scenicznej Violetty rozpoznać można było tylko oczy. Marzycielskie i trochę dziecinne. A dlaczego Violetta nie wystąpiła tego wieczoru? Oznajmiła, że kończy karierę i nikt już nigdy nie zobaczy jej na scenie!
- Czy to prawda, że postanowiłeś zakończyć karierą jako dragqueen i schodzisz ze sceny?
- Definitywnie, raz i na zawsze.
- Dlaczego?
- Poszło to wszystko w złym kierunku, nie w takim, jak to sobie wyobrażałem. Wyczerpała się formuła. Po części powodem jest też, że moi koledzy z branży są trochę niepoważni. Wychodzi mnóstwo półproduktów. Wypychają mnie z rynku. A występuję już siódmy rok. Najdłużej w Polsce.
- Ile miałeś lat, kiedy zaczynałeś?
- 17. Rozpoczęło się to w szkole średniej na IX Ogólnopolskim Festiwalu Kultury Młodzieży Szkolnej.
- Piękna nazwa. Ale zanim zapytam Cię o początki kariery, chcę wrócić do Twojej zapowiedzi końca kariery. W ogólnym przekonaniu, scena popularnej rozrywki gejowskiej, czyli występy dragqueens doskonale się rozwija. Widać coraz to nowe twarze, coraz więcej klubów oferuje występy. Czy chcesz powiedzieć, że ten rozwój odbywa się kosztem profesjonalizmu?
- Tak. Jest coraz więcej postaci na scenie, ale one uważają, że wystarczy założyć jakąś szmatkę czy sukienkę i już jest się gwiazdą. Bez przygotowania, bez choreografii, bez przemyślenia numeru i repertuaru. Liczy się tylko jedno: Być na scenie w etoli i ładnej peruce.
- Mógłbym zapytać, dlaczego - skoro występujesz już od siedmiu lat - nie udało Ci się sprofesjonalizować Twojej pasji, dlaczego nie występujesz dla publiczności heteryckiej. Przecież gwiazdy travestie na Zachodzie są popularne poprzez telewizję, teatr? Czy to w Polsce niemożliwe? Przecież wszystko jeszcze przed Tobą! Zamiast rezygnować - wejdź o stopień wyżej!
- No cóż, ten koniec nie jest do końca końcem. Ale nie chcę zdradzać szczegółów. Lubią być tajemniczym.
- OK, nie będziemy zdejmować Ci tej zapaski. Wobec tego zapytam, co skłoniło 17-letniego chłopaka do przeistoczenia się w rajskiego ptaka jakim jesteś na scenie.
- Wszystko zaczęło się od fascynacji największą diwą polskiej estrady - Violettą Villas. Byłem zachwycony jej osobowością, repertuarem, piosenkami i głosem. Miałem żal do osób które ją atakowały, krytykowały i przysparzały wielu problemów.
- A dlaczego akurat Violetta Villas?
- Usłyszałem ją kiedyś w telewizji kiedy śpiewała piosenkę "Mechaniczna lalka". Byłem zachwycony. Tak mnie ujęła, że niemal upadłem na kolana przed telewizorem.
- To bardzo romantyczne. I trochę naiwne, młodzieńcze. Ale od fascynacji do zakładania kobiecych ciuchów przez młodego chłopca droga jeszcze daleka...
- Miałem zacięcie muzyczne, zamiłowania artystyczne...
- Chłopak może fascynować się Michaelem Jacksonem czy inną gwiazdą pop. Znam takich, którzy oglądają teledyski i uczą się na pamięć choreografii. Czasami lepiej tańczą niż oryginał. Ale w Twoim przypadku nie dość że występujesz jako kobieta, to starasz się wcielić się w skórę kobiety i na dodatek tę Twoją uwielbianą gwiazdę parodiujesz! Gdzie tu logika?
- Nie chcę być sztywny. Bawię się przecież. A z Violetty Villas wcale się nie wyśmiewam, tylko ją kocham.
- Jak nazywał się ten festiwal?
- IX Ogólnopolski Festiwal Kultury Młodzieży Szkolnej w Lipsku. Zrobiłem tam "Mechaniczną lalkę". Przez cały okres w szkole średniej występowałem w zespole pieśni i tańca. I wpadłem na pomysł że zrobię parodię Violetty Villas. Moja pani dyrektor była tym zachwycona. Uwielbiała mnie i była niezwykle tolerancyjna. Sprowadziła dla mnie włosy i kostium z Teatru Wielkiego z Łodzi. Na tym festiwalu byli ludzie z rządu polskiego i miałem owacje na stojąco!
- Chyba na pewno nie widzieli jeszcze czegoś takiego. A wiedzieli, że jesteś chłopakiem?
- Byłem przedstawiony z imienia i nazwiska.
- Czy Twoja pasja sceniczna pozostawała w jakimś związku z orientacją seksualną?
- Tak. Nigdy nie ukrywałem swoich zainteresowań seksualnych, bo nigdy nie był to dla mnie za problem. Nie czułem się gorszy.
- Miałeś szczęście tą panią dyrektor. Chłopak 17-letni, który nie przebiera się za znaną piosenkarkę (co samo w sobie w porządnym liceum odebrane może być jako wariactwo) traktowany jest zwykle jako clown. Występowałeś też w szkole?
- Tak! Na każdym apelu i akademii występowałem w roli kobiety. I wszyscy się doskonale bawili.
- A jak reagowali koledzy w klasie?
- Po tym festiwalu, pokazały się o mnie artykuły w gazetach. Pani dyrektor odczytała je w klasie i wtedy wszyscy powstali i zaczęli bić brawo.
- Skąd wziąłeś kostiumy, kto nauczył Cię robić makijaż?
- Kostiumy szyłem sam - do tej pory tak jest. Uszyłem olbrzymią białą suknię z kwiatami. A makijaż? Nie wiem... Po prostu zrobiłem makijaż i był dobry.
- A kiedy przeszedłeś z szkolnej sceny w "świat showbiznesu"?
- Wystąpiłem na "Mini Liście Przebojów" w Domu Kultury w małym miasteczku Łask z okazji obchodów Dnia Miasta. I wygrałem. Tam było 500 osób na widowni. Jakiś tatuś podał mi małe dziecko na scenę i był zachwycony moim występem. Dostał buziaka.
- No to dlaczego chcesz przestać występować. Przecież dowiodłeś, że publiczności podoba się to, co robisz!
- Występowałem wiele razy dla publiczności heteroseksualnej. Ostatni wielki wystąp odbył się na Paradzie Techno w Łodzi w Hali Sportowej w Łodzi. Było tam 12 tysięcy osób. Zrobiłem "Oczy Czarne". Domagali się bisów.
- I nikt się dalej Tobą nie zainteresował?
- Były wywiady. I na tym się skończyło.
- A kiedy po raz pierwszy wystąpiłeś w gejowskim lokalu?
- Przeprowadziłem się do Łodzi gdzie był zaledwie jeden gejowski lokal. Zaproponowałem właścicielce zrobienie dragshow. A ona powiedziała, że marzyła o czymś takim i dała nawet ogłoszenie do prasy tylko że nikt się nie zgłosił. Tego samego wieczora odbył się mój występ. I tak się wszystko zaczęło.
- Czy znałeś wtedy jakąś inną dragqueen?
- Nie było nikogo. A publiczność nie wiedziała jak się zachować. Czy obrzucić mnie jajkami czy wywieźć na taczce - czy bić brawo. Po paru miesiącach zostałem zaakceptowany. Potem przyszedł do mnie chłopak - z publiczności - i powiedział że chciałby też być dragqueen. Nazwałem go Marylin - od Marylin Monroe. Doszła jeszcze Felicja. Poprosiłem łódzkiego aktora, żeby robił choreografię i pomagał. Po roku wspólnych występów nasz kabaret zrobią się znany i wtedy moi koledzy doszli do wniosku że nie jestem im już potrzebny. Wszystko się rozpadło i rozproszyło.
- To jest gorzkie. Ale potem powstał duet?
- Tak. Mój chłopak, który nie znosił występów dragqueen, nagle zapragnął nią zostać! Wymyśliliśmy pseudonim Brigitte. Robił Mirę Zimińską, Marylę Rodowicz, Vondraczkową. Okazało się że jest niezły! Powstał kabaret Violetta i Brigitte i to pomogło mi wydźwignąć się z dołka. Drobnymi kroczkami. Musiałem odkręcać wszystko to, co o mnie opowiadali rzekomi "przyjaciele".
- Czy występy były częste?
- Tak. Niemal co weekend występowaliśmy w jakimś klubie. Ale oprócz tego zawsze pracowałem zawodowo.
- Nie masz agenta, impresaria?
- Nie ma profesjonalnych osób, które znają się na prowadzeniu artystów.
- Może są, tylko boją się wetknąć rękę w gniazdo os! Może nie chcą zadawać się z ludźmi, którzy nie zawsze mają pozytywne cechy charakteru?
- Jak powiedziałem: Do tej pory nikt nigdy nie zaproponował mi współpracy.
- Może tą drogą trafimy do kogoś, kto się zainteresuje? Może zgłosić się do naszej redakcji, a my umożliwimy kontakt z Tobą. Dziękuję Ci za rozmowę.
Rozmowę przeprowadził Janusz Marchwiński