Niemiecki tygodnik wielkonakładowy Stern, poświęcił niedawno tytułową story fenomenowi gejowskich polityków. O sprawie tej, informowałam już kilka razy czytelników IS. W swej długiej historii, Stern sprowokował już wiele skandali. Tym razem, szokuje okładką. Na różowym tle, oglądamy stylizowanego "Orła Federalnego" (Bundesadler), godło państwowe Niemiec. Orzeł ma dziób pomalowany jaskrawo czerwoną szminką, w takiej samej barwie pazury, makijaż na oczach, zaś na szyi nosi boa z piór. Nagłówki artykułów brzmią: "Dlaczego większość homoseksualnych polityków nie przyznaje się do swej orientacji", "Wysoki funkcjonariusz partii CDU (Unia Chrześcijańsko-Społeczna) o swej zabawie w chowanego". Jest też ankieta: "Czy gej mógłby zostać kanclerzem".
Homoseksualizm występuje w wszystkich grupach społecznych. Dlaczego więc w Parlamencie niemieckich, czy polskim Sejmie miałoby zabraknąć gejów? Naturalnie że tam są. Jednak niewielu tylko chce przyznać się do swej preferencji. Dlaczego? "Boją się, że nie będą ponownie wybrani, zostaną opuszczeni przez swych partyjnych przyjaciół" - pisze Stern. "Także po powszechnie oklaskiwanym coming-out'cie nowego burmistrza Berlina Klausa Wowereita, pozostają w ukryciu. Polityk konserwatywnej partii CDU mówi, że nie chce, aby opatrzono go etykietą geja". Stern jest zdania, że obawa ta jest nieuzasadniona, bowiem trzy czwarte Niemców mogłaby sobie wyobrazić geja nawet na fotelu szefa rządu, czyli kanclerza.
Sprawa ta ma wymiar uniwersalny. Bowiem to politycy właśnie kształtują w dużym stopniu postawy społeczne. Jeśli więc oni sami - tak jak to dzieje się w Polsce - nie mają dość odwagi cywilnej, by bronić swej własnej tożsamości przed atakami swych parlamentarnych kolegów, milczą, kiedy osoby homoseksualne publicznie nazywa się "dewiantami" czy "perwertami" - to powstaje pytanie, czy mają oni w ogóle moralne prawo do reprezentowania kogokolwiek? Niemcy są przy tym przypadkiem szczególnym, bowiem ostatnie zapisy sławetnego paragrafu 175, dyskryminującego gejów przez 100 ostatnich lat, usunięto z kodeksu karnego dopiero w 1994 roku (w Polsce już przed II wojną światową). Dlatego, nadchodzące wybory samorządowe w Berlinie są rodzajem próby ogniowej. Polityk Zielonych (i otwarty gej) Dieter Telge mówi: "Jeśli Klaus Wowereit nie odniesie sukcesu, to przez wiele lat nikt się nie ujawni. Jeśli wygra, oczekujemy prawdziwej lawiny coming-outów".
W niemieckich mediach trwają spekulacje na temat "kto jeszcze?". Tygodnik Spiegel i gazeta TAZ pośpieszyły z opublikowaniem detali na temat życia intymnego innych polityków. Automatycznie więc pojawiło się pytanie: Czy media mają prawo wyciągać na światło dzienne prywatność osób publicznych - wbrew ich woli? Holger Doetsch, działacz konserwatywnej młodzieżówki twierdzi, że nie. "Outować można tylko tych, którzy - będąc gejami - znieważają innych homoseksualisów, nazywając ich "perwersyjnymi typami", a potem włóczą się pod dworcem, szukając męskich prostytutek". Inny, nie wymieniony z nazwiska polityk, zwierza się na łamach Sterna: "Politykiem jestem już od dawna, ale jeszcze dłużej wiem, że jestem gejem. Śpiewałem w chórze chłopięcym i zakochałem się w dwa lata starszym chłopcu. Powziąłem wówczas postanowienie, że moi synowie nigdy nie będą śpiewali w chórze bo pokusa jest zbyt wielka. Od czasu, gdy Klaus Wowereit przyznał się że jest gejem, zadaję sobie pytanie, czy mam pójść jego śladem. Moi koledzy, otwarci geje, przychodzą teraz do mnie i pytają, kiedy przyjdzie na mnie kolej. Zgłaszają się też dziennikarze, zapewniając, że w ich gazecie mój coming-out przyjęty zostanie najlepiej. Niektórzy są tak skrępowani, że boją się wymówić słowo "gej". Ale nie chcę nosić na sobie stempla, ponieważ wszystko co powiem, mogłoby być odbierane w jednym tylko kontekście. Gdybym zaczął zajmować się kulturą - wszyscy mówiliby, że chodzę na balet żeby pooglądać chłopców. Będę domagał się przestrzegania prawa i dyscypliny społecznej, twierdziliby, że chcę tylko zrekompensować gejowskie kompleksy. I wreszcie: Po co mam się outować? Nie okłamuję nikogo formalnym małżeństwem, nie ukrywam partnera. Dlaczego mam mówić o moim życiu seksualnym - a inni nie?"
Stern wyliczył, że w niemieckim Parlamencie zasiada co najmniej dwudziestu posłów-gejów. Połowa z nich to działacze partii chrześcijańskich, sześciu socjaldemokratów, trzech liberałów. Jeden należy do partii Zielonych, nazywa się Volker Beck a w legitymacji poselskiej, w rubryce "stan cywilny" polecił wpisać "gejowska wspólnota partnerska". Tolerancja wobec osób deklarujących odmienną orientacją seksualną wzrosła w ostatnich latach w Republice Federalnej w niebywałym stopniu. Pokazuje to, że homofobię zwalczyć można jedynie pozytywną kampanią edukacyjną, adresowaną do całego społeczeństwa. Geje lub lesbijki jako sąsiedzi, koledzy w pracy, podwładni lub przełożeni - to dla ogromnej większości Niemców nie stanowi już najmniejszego problemu. Z przedstawionej przez Sterna ankiety wynika, że 64 % potrafiłoby nawet zaakceptować geja jako kanclerza. A kropkę nad "i" stawia socjaldemokratyczny polityk, Franz Müntefering, ojciec 32-letniej córki Miriam (jest lesbijką), mówiąc: "W zasadzie, geje i lesbijki kwalifikują się do objęcia każdego stanowiska. Nawet papieża".
Gabriela Ruszkowska-Meier - Berlin