Już po raz 23 przeszedł ulicami Berlina barwny, rozśpiewany i roztańczony pochód. W tym roku, w wielkiej paradzie ku upamiętniającej protest na Christopher Street w Nowym Jorku, który miał miejsce w 1969 roku, wzięło udział około 550 tysięcy osób. Natomiast nieoficjalnie mówi się o około milionie. Rozpoczęcie pochodu zostało zaplanowane na godzinę 13.00, jednak przy tak ogromnej liczbie uczestników o poślizg nie jest trudno (jak się łatwo domyśleć) i nastąpiło "lekkie" przesunięcie w czasie. Dodatkowo pogoda również spłatała figla i była - jak o się popularnie określa, w kratkę - trochę słońca, trochę deszczu. Mimo tego, już od samego rana w okolicach placu Wittenberg robiło się coraz cieplej i cieplej (jeśli rozumiecie co mam na myśli), a pociąg relacji Warszawa-Berlin już w piątek wieczorem dowiózł dość pokaźną grupę Polaków. W sobotę rano dojechali jeszcze ci, którzy obawiali się, że nie znajdą noclegu. Pojawiło się nawet kilka małych tęczowych flag, które miały małego, białego orzełka na czerwonej tarczy.
Kilkuset tysięczna kolumna ruszyła w stronę Wittenbergplatz o 13.30. Ci, którzy uiścili wpisowe mogli przejechać trasę pochodu na jednym z kolorowych wozów. Reszta w rytmie muzyki kroczyła za wozami. W tym roku obok Boy George'a, Jimmy Sommerville'a i Georgea Michaela dominowała Madonna, co dało się zauważyć nie tylko po ilości jej utworów, ale przede wszystkim po dość charakterystycznym kapeluszu z teledysku "American Pie". Jak zwykle najciekawszymi postaciami były dragqueens. Kolorowe jak zawsze i wzbudzające zarówno podziw (niektóre mają po 2 metry wzrostu), jak i salwy śmiechu... najczęściej wyrażającego sympatię.
Tegoroczna trasa biegła przez całe centrum Zachodniego Berlina z Kurfürstendamm poprzez Wittenberg Platz, Nollendorf Platz, Potsdamer Strasse, Potsdamer Platz, Brandenburger Tor, aż do ogromnego placu, zwanego "Wielką Gwiazdą" (Grosser Stern), na którym stoi słynna Kolumna Zwycięstwa - Siegessäule. Ostatni wóz z uczestnikami dojechał do celu około godziny 21.00.
Tam też wcześniej wygłosił swoje krótkie przemówienie, zasiadający w fotelu burmistrza Berlina Klaus Wowereit, który przed kilkoma tygodniami na posiedzeniu partii socjaldemokratycznej (SPD), której jest członkiem, otwarcie powiedział że jest gejem. Zresztą w pochodzie brali udział również inni politycy. Na jednym z wozów jechał również Volker Beck - rzecznik Niemieckiej Partii Zielonych (sprawującej władzę w koalicji z SPD), aktywny działacz na rzecz równouprawnienia mniejszości seksualnych. Swoje krótkie wystąpienie burmistrz Berlina zakończył zdaniem, które być może przejdzie do historii gejowskiej Berlina: "Berlin ist kein Ort der Intoleranz"- "Berlin nie jest miejscem na nietolerancje". Jego słowa wypowiedziane podczas coming-outu "Ich bin schwul - und das ist gut so" - (Jestem gejem - i to jest Ok) były widoczne na wielu podkoszulkach uczestników, natomiast lesbijki poprawiły nieco hasło i dumnie prezentowały transparent "Ich bin lesbisch - und das ist noch besser" (Jestem lesbijką i to jest jeszcze lepiej). Natomiast tegoroczny slogan CSD brzmiał "Berlin stellt sich que(e)r gegen rechts!" - (Berlin sprzeciwia się skrajnej prawicy).
Cały przebieg imprezy, jak co roku, transmitowała berlińska telewizja.
Równocześnie z kolorową i pełną muzyki pokojową paradą gejów i les, w dzielnicy znanej z zamieszek 12 majowych, na Kreuzbergu odbywała się również demonstracja o charakterze politycznym. W tym roku, podobnie jak w latach poprzednich głównym tematem, było równouprawnienie, pozwolenie na zawieranie związków pomiędzy osobami tej samej płci.
Około godziny 23.00 nastąpiło oficjalne zamkniecie parady pod Siegesäule, ale nie oznaczało ono bynajmniej zamknięcia uroczystości i zabawy., Która przeniosła się do pubów, lokai i dyskotek. Tam trwała do białego rana.
Ja również tam byłem i piwo piłem...
Ramzes
Komentarz do berlińskiej parady gejowskiej naszej korespondentki w Niemczech:
"Czegoś takiego Berlin jeszcze nie przeżył" - pisze z dumą o tegorocznych obchodach CSD w stolicy Niemiec największy niemiecki portal gejowski www.eurogay.de. I słusznie - bowiem gejowskie parady to nie tylko ubaw, korowód przebierańców (rozbierańców także) - ale ogromna demonstracja polityczna. Pół miliona ludzi w pochodzie i milionów z nimi sympatyzujących nie można lekceważyć. Nie zdarzyło się jeszcze, by do uczestników gejowskiego święta pozdrowienie wystosowali prezydent Republiki i kanclerz, by w uroczystości udział wziął przewodniczący Bundestagu (odpowiednik marszałka Sejmu) a na głównym ratuszu powiewała gejowska tęczowa flaga! Oficjalne motto parady, czyli "Berlin stellt sich que(e)r gegen Rechts" to hasło sensu stricte polityczne, odnoszące się do środowisk, pielęgnujących brunatną przeszłość "wartości" nietolerancji, które i w Niemczech mają swoich zwolenników.
Co na ten najazd gej&les mieszkańcy Berlina? Na chodnikach, wzdłuż trasy stały tłumy. Rodziny z dziećmi (nikt nie zasłaniał im oczu), starsze małżeństwa z kamerami wideo i aparatami fotograficznymi. Panował wspaniały nastrój. Jeśli ktoś nie wie - to taka postawa nazywa się tolerancją.
Do budowy aktywnej tolerancji potrzebna jest odwaga cywilna. Myśląc o Polsce sądzę - że odwagi tej brakuje wszystkim bez wyjątku partiom politycznym i organizacjom. Nie przejawia specjalnej odwagi nawet socjaldemokracja (SLD) - mimo szeptanych na ucho deklaracji poparcia dla mniejszości seksualnych. Koniunkturalizm nie wychowuje - lecz demoralizuje.
Gabriela Ruszkowska-Meier - Berlin
Mam nadzieje, ze przezyje cos tak niesamowitego w Polsce. Czego i wszystkim zycze.