W świecie zachodnim, "travestie", czyli występy mężczyzn, stylizowanych na gwiazdy wielkiego showbiznesu, już dawno przestały być sztuką "dla gejów". Każdy, kto widział przepyszną komedię "Klatka dla Ptaków" (opartą zresztą na słynnym musicalu "La Cage aux Folles") wie, że właściciele kabaretu w St. Tropez, Albin i George, żyli ze sprzedaży nobliwej heteryckiej publiczności męskiego sex appealu w kobiecym przebraniu. Nie utrzymuję zresztą, że kabaret taki nie miałby powodzenia w Warszawie - faktem jednak jest, że polskie "gwiazdy" travestie, popularnie nazywane "dragqueenami" mogą na razie rozwijać skrzydła tylko w klubach gejowskich.
W minioną sobotę (24.03.2001), warszawski klub "Mykonos" zorganizował imprezę niezwykłą jak na naszą szerokość geograficzną i stan gejowskiej infrastruktury: Pierwszy ogólnopolski zjazd "dragqueen". Zaproszone były wszystkie, przyjechały niemal wszystkie, a dwugodzinny program obfitował w fajerwerki stare i nowe. Zainteresowanie było ogromne - nowy, przestronny "Mykonos" (doskonała obsługa!!!) zgromadził około 500 osób. Już to uzmysławia, że środowisko jest zgłodniałe rozrywki. Najwidoczniej nie tylko geje i les (bo i te były tłumnie obecne), ale normalna publiczność także. Telewizyjna ekipa WOT skręciła całą imprezę od A do Z.
"Mykonos" ma ambicję organizowania profesjonalnych imprez i doskonale mu się to udaje. Dla artystów starych i młodych, scena jest narzędziem pracy. Bez możliwości występów nie można myśleć o zdrowej konkurencji, podnoszeniu poziomu artystycznego, wychowywania narybku. Zresztą - sam fakt, że w Polsce profesję "dragqueen" uprawia mniej lub bardziej profesjonalnie już około 15 osób - jest niebywałym fenomenem! Miss Jacky (czyli Jacek) prowadząca program, stanęła nawet wobec problemu nieoczekiwanej obecności dwóch "gwiazd" zza naszej wschodniej granicy. O ile pamiętam, pierwsza zwała się "Marbella", druga "Thais". Jeśli coś pomyliłem - przepraszam! Obie widziałem zresztą po cywilnemu, na wspólnej kolacji u gościnnych właścicieli klubu. Jedna była bladym, młodym człowiekiem o sennym temperamencie topielicy, z długimi, ufarbowanymi kruczoczarno włosami. Miałem nawet przebłysk paniki, by nie uśpił publiczności. Ten sam młody człowiek przeistoczył się na scenie w rajskiego ptaka o nieprawdopodobnym temperamencie. To była już prezentacja, której trudno byłoby odmówić miana prawdziwej sztuki! Nie chcę zresztą pozbawiać komplementów pozostałych gwiazd wieczoru. Wtajemniczonym zdradzę, że była Ordonka, Vondrackowa i Villas ("... i niech Was Bóg błogosławi...") Nie brakowało tytułów z najnowszych list przebojów, zabawnych wpadek ani lekkiego chaosu na scenie. Wszystko to wpisane jest w konwencję.
Jak widzicie - moje wrażenia spisałem w formie poważnego felietonu, nie zaś bombastycznego wykrzyknika. Wszystko, co jest częścią naszej, gejowskiej kultury należy wspierać i promować. To bardzo dobrze, że "Mykonos" (ale przecież także i inne kluby w Polsce), pozwalają adeptom travestie doskonalenie rzemiosła i godziwy zarobek. Dobrze by było, gdyby mógł powstać "show" z prawdziwego zdarzenia, oparty o jakąś spójną myśl dramaturgiczną, z rozpisanymi dialogami. I sądzę że do tego dojdzie. Na razie - "Mykonos" zaprasza na kolejne wieczory z travestie. Będziemy Was o nich informować.
(JS)
Mozliwe ze to uroda azjatow czyni ich tak doskonalymi a moze i fakt ze w ogromnej czesci to transseksualisci.Dobrze ze Mykonos stara sie nadrobic wiek(przepasc)w naszym zyciu gejow posrodku europy.
mabo