Historia Polaka skazanego na dożywocie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich
Artur Ligęska, skazany na dożywocie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, opowiada w książce "Inna miłość szejka" o tym, jak w ramach zemsty za nieodwzajemnioną miłość, zostaje skazany za handel narkotykami. Poznajcie tragiczną historię Polaka, który przeżył miesiące w areszcie w Abu Zabi.
Artur Ligęska jest autorem książki "Inna miłość szejka". Mężczyzna, pracując w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, poznał syna wysoko postawionego mężczyzny, którego miłość sprawiła, że na wiele długich miesięcy został skazany i osadzony w więzieniu na pustyni w Abu Zabi. W wywiadzie z Wyborczą opowiada o swoich przeżyciach.
"
Zostałem przedstawiony pewnemu wysoko postawionemu Arabowi. W książce nazywam go Anioł. Rozmawialiśmy. Zaimponował mi, bo dużo wiedział o Polsce. O Janie Pawle II, Lechu Wałęsie. Kończył studia w Londynie, ale to była wiedza, jaką ma niewielu Arabów, nawet tych wykształconych w Europie. Po jakimś czasie, poprzez naszego wspólnego znajomego, Anioł poprosił o mój numer telefonu. Znajomy dodał, że Anioł to syn szejka, jednego z najpotężniejszych ludzi w tym kraju. Zacząłem z nim trenować. Odwiedzałem go w pałacu, rozmawialiśmy o wszystkim. Proponował, że spłaci moje długi. Nie zgodziłem się. Oczy otworzyły mi się kiedy zaprosił mnie na urodziny do swoich znajomych. Impreza odbywała się w najwyższym budynku w Dubaju – Burdż Chalify. Wśród gości kręciły się 10-12-letnie dziewczynki, serwujące biały proszek na spodkach. Wyszedłem".
Ligęska nie czuł się komfortowo z tą sytuacją. "Ćpanie w emiratach na odpowiednim szczeblu społecznym jest na porządku dziennym". Mężczyzna powoli zaczął wycofywać się ze znajomości z Aniołem, jednak ten w końcu wyznał mu swoje prawdziwe zamiary - powiedział, że się w nim zakochał.
Polak postanowił jednak opuścić ZEA. W planach miał przeprowadzkę do Londynu, gdzie dostał propozycję prowadzenia klubu fitness. Kiedy powiedział o swoich planach Aniołowi - ten wpadł w szał. 'Kiedy w kwietniu podczas jego urodzin powiedziałem mu o tym, wpadł w szał. Straszył, że mnie uwięzi albo zabije".
Postanowił wyjechać w kwietniu, jednak podczas odprawy na lotnisku został zatrzymany pod zarzutem handlu narkotykami. "Dziewiętnastu łysych mężczyzn w dresach wyskoczyło z czterech nieoznakowanych bmw. Rzucili mnie na glebę. Wyzywali, krzyczeli: "Jesteś oskarżony, masz narkotyki". Myślałem, że to żart, ukryta kamera. Ale nie. Założyli mi kajdanki, wrzeszczeli: "Przyznaj się, że masz narkotyki". Użyli paralizatora. Zawieźli mnie do policji antynarkotykowej w Dubaju. Poddałem się wszystkim procedurom, a mimo to usłyszałem, że muszę zostać w areszcie do czasu, aż będą gotowe wyników testów krwi i śliny. Około trzy tygodnie".
Ligęska był przetrzymywany bez dostępu do leków, podstawowych środków, a także bez kontaktu z sądem i prokuraturą. Odwiedzany wyłącznie przez konsulów. O swoich kontaktach z Aniołem mówi "kiedy wracałem z lotniska wysłał smsa. Pytał czy wyleciałem. A potem odwiedził mnie w więzieniu. Usiadł i patrzył na mnie. Powiedział, że robi to wszystko to z miłości do mnie, i że nie wyobraża sobie życia beze mnie".
W sumie w więzieniu w Dubaju spędził 5 miesięcy. Później wywieziono go do zakładu na pustyni Abu Zabi, gdzie trafił na długo do izolatki. W trakcie był bity, poniżany, a nawet gwałcony. Anioł odwiedzał go w więzieniu.
"Przyszedł do mnie w moje urodziny. Wniesiono stolik, dwa krzesła i tort. Myślałem, że zwariowałem. A on składa mi urodzinowe życzenia: "100 lat habibi". To oznacza mniej więcej "kochanie". I dodał, że przecież mówił mi na swoich urodzinach, że moje też będziemy obchodzić razem. Zjadł kawałek tortu, by pokazać, że nie jest zatruty. Pytałem go dokąd zmierza to piekło, które mi zgotował. A on na to, że wytrzymam jeszcze trochę, i że on to zrobił dla nas. Na święto niepodległości Polski dostałem od niego biało-czerwony ręcznik, żebym mógł się umyć. To było jak kiepski żart, bo kiedy puszczali wodę w kranie, to żeby napełnić 1,5-litrową butelkę liczyłem do 70".
Kiedy nastąpiła zmiana dla Polaka? "W końcu przekupiłem strażnika. Zaprowadził mnie do telefonu i dał dwie minuty. Zadzwoniłem do matki. Martwiła się, żebym sobie czegoś nie zrobił. Uspokoiłem ją, że o samobójstwie nie myślę. Szybko się rozłączyłem, bo chciałem koniecznie przekazać mój apel o pomoc. Zadzwoniłem do mojej przyjaciółki. Poprosiłem, by nagrała mój apel i przekazała mojej znajomej, Agacie Bonter. To ona umieściła nagranie w internecie. Ryzykowałem wszystko, mogli mnie za to zabić".
Nagranie odbiło się szerokim echem w mediach na całym świecie. Dzięki temu sprawa Ligęski ruszyła. Chociaż pierwotnie skazany na dożywocie - udało mu się opuścić więzienie. Mężczyzna po powrocie deklaruje "chcę zorganizować akcję ratowania ludzi z tamtych więzień. Chcę pokazać, że taka sytuacja może się zdarzyć każdemu z nas i musimy wiedzieć jak się bronić".
(kb)
Problem nie w miłości lub jej odrzuceniu, ale we władzy jednego człowieka nad drugim.