"Miłego dnia", powiedział i wyszedł. Wymieniliśmy kilka grzecznościowych zdań, uśmiechnąłem się do niego wyuczonym, służbowym uśmiechem. W okolicy był pierwszy raz, wyraźnie podekscytowany spotkaniem z podobnymi mu ludźmi. Na ogół, zgodnie z naturalną nieśmiałością, utwierdzam wzrok gdzieś w okolicach czoła rozmówcy, w nadziei na namiastkę kontaktu wzrokowego. Tym razem jednak wpatrywałem się w zawieszony na cienkim łańcuszku złoty krzyż. W pierwszej chwili, przyznaję, poraziła mnie odrobinę nieznośnie ostentacyjna deklaracja wiary, od której odejście w moim przypadku było istotnym elementem odkrywania siebie.
Chcecie podzielić się własną historią?
PISZCIE DO NAS! - MAD - Przez kilka sekund miałem przed oczami posty z forów, akapity książek i fragmenty artykułów, które aż prosiły się, żeby wyjść z ust człowieka, którego nigdy przedtem nie widziałem. Zbudowałem sobie jego obraz; wyuczony, służbowy uśmiech zniknął. Ale nie z powodu młodego chłopaka, prezentującego zgoła odmienny światopogląd. Z powodu mojej własnej hipokryzji, która popukała mnie w czoło obrazem zakurzonej tęczowej bransoletki, której nigdy nie założyłem.
Wydawać by się mogło, że widoczność osób LGBT w społeczeństwie, niemal jedenaście lat po pierwszej paradzie równości nie powinna stanowić przedmiotu nadmiernej ekscytacji. Organizowane są bliźniacze marsze w większych miastach, tęczowa flaga powiewa przy okazji ostatnich antyrządowych demonstracji. A jednak, przysłuchując się rozmowom, przeglądając fora internetowe trudno nie oprzeć się wrażeniu, że mimo większych i mniejszych sukcesów, osoby nieheteronormatywne są w Polsce traktowane w najlepszym wypadku z małomiasteczkowym miłosierdziem typu ‘żyj, ale się nie pokazuj’. Zresztą, po raz kolejny przyjdzie mi się bić w pierś z racji mojej wieloletniej niewidzialności, nawyku wyniesionego z dorastania w jednym z tych mniejszych miast. No właśnie, skoro już wszyscy zdają sobie sprawę z istnienia lesbijek i gejów, po co się w ogóle wizualnie identyfikować?
Miłosierny Polak, zawieszając karę śmierci lub przynajmniej solidnego, korygującego orientację seksualną obicia twarzy wyznaczy przecież prostą listę nakazów i zakazów gwarantujących spokojne życie.
Drogi geju, załóż normalne spodnie, obetnij grzyweczkę (‘grzywka’ jest już hetero), zdejmij niemęską biżuterię. Droga lesbijko, jak już przestaniesz marzyć o zaprezentowaniu swojego aktu miłosnego ex-posłowi Węgrzynowi, kup normalną sukienkę, a flanelę oddaj bratu/ojcu/wujkowi. I nikt już nie będzie nikogo ganiać, nikogo obrażać, nikt nie będzie zmuszać prawdziwych Polaków do niepotrzebnego wysiłku związanego z wymachiwaniem zaciśniętą pięścią. Ale pamiętaj, że możesz przecież sobie być, kim chcesz, pod warunkiem, że jesteś sobą w samotności, pośród dźwiękoszczelnych ścian i zasłoniętych okien. Żyj sobie i daj (z czego) żyć terapeutom.
Miałem osiem lub dziewięć lat, kiedy w ręce wpadł mi artykuł o klubie dla gejów. Przeczytałem go kilka razy, zawsze zatrzymując się na opisie kolejki przystojnych chłopaków w ubranych w – doskonale to pamiętam – ‘rozchełstane, luźne kolorowe koszule’.
Kiedy dorastałem i odkładałem, jak mogłem odkrywanie prawdy o sobie, właśnie kolor był moim największym wrogiem. Bezpieczna szarość maskowała nazbyt dziewczęce rysy i odsuwała, miałem nadzieję, wszelkie podejrzenia, stanowiąc jednocześnie okoliczność łagodzącą na wypadek postawienia przed moralnym sądem. Dziś, jedenaście lat po pierwszej paradzie równości, kolor wciąż jest nośnikiem znaczenia, przynależności. Zarówno na poziomie dowcipów (pisanka to jajko-gej), jak i argumentów przeciwko tęczowym marszom (bo krzykliwe, kolorowe i z obowiązkowym pawim piórem poniżej pleców). Kolor jest zapalnikiem atawistycznych odruchów, wkrada się w pozornie niezmienną, bezpiecznie przewidywalną codzienność.
‘Po co to komu potrzebne?’, zapyta stereotypowa sąsiadka, mając w głowie obraz równie stereotypowego geja (obraz lesbijki jest nieco bardziej mglisty, bo jest ona przecież zajęta wysyłaniem listu motywacyjnego do ex-posła Węgrzyna, a poza tym łatwo ją pomylić z feministką). I okazuje się wtedy, jak wieloznaczne i ważne było hasło ‘Niech nas zobaczą’. Niech nas zobaczą na głośnej paradzie, w dresie w kolejce po chleb, w rozchełstanej, kolorowej koszuli przed wejściem do klubu. Niech nas widzą walczących o swoje prawa, niech widzą nasze wsparcie dla bliskich nam idei, niekoniecznie związanych z kwestiami tożsamości seksualnej.
Pisząc te słowa odczuwam lekkie ukłucie wstydu, mowa przecież o kwestiach, wydawałoby się – oczywistych; w głowie rozbrzmiewa echo już powtórzonych jedenastu lat po pierwszej paradzie. Kiedy po raz pierwszy wyjechałem z Polski, pożerałem ulice wzrokiem, przyzwyczajony do bezpiecznej szarości umysł kazał mi myśleć, że 95% mijanych na ulicy facetów jest homoseksualnych. Po czym, z nie mniejszym zdziwieniem, patrzyłem na ubranych w rozchełstane, kolorowe koszule chłopaków przytulających się do swoich dziewczyn. Spojrzenie na dotychczasowe życie z takiej perspektywy sprawiło, że dziś nie rozumiem, dlaczego tak wiele wymaga jeszcze pracy (choć, oczywiście, wydaje mi się, że znam odpowiedź). Wciąż nierozwiązana pozostaje kwestia regulacji związków partnerskich, ostatnie wybory polityczne Polaków nie nastrajają optymistycznie i na zmianę prawa, póki co, nie można liczyć. Ale nie wolno zapominać, że o ile politycy tworzą obowiązujące prawo, to zmiany w społeczeństwie zależą już od nas. Spychając się w szarość, godząc na ‘nieobnoszenie orientacją’ nie stoimy w miejscu, a robimy zalękniony krok w tył. Milczące kompromisy, które zawieramy z rodzinami, przyjaciółmi czy współpracownikami, na dłuższą metę stają się tylko, wiem to z doświadczenia, pokarmem dla ściskającej gardło frustracji.
Mniej więcej dziewięć lat temu, kiedy przechodziłem przez okres pierwszych i ostatnich randek, nerwowo popijając herbatę i rozglądając się wkoło z kompulsywną regularnością, zapytałem mojego zdecydowanie bardziej wyzwolonego rozmówcę, dlaczego nosi plecioną, tęczową bransoletkę. Bo widzisz, powiedział, gej musi wyglądać jak gej, bo inaczej skąd będziesz wiedział, z kim się możesz umówić?
Tamtego dnia, kiedy przez chwilę rozmawiałem z chłopakiem z krzyżem na szyi, przypomniałem sobie o wielu prostych sprawach. Skończyłem pracę, wróciłem do domu. Pomimo starań, mojej nigdy nienoszonej bransoletki nie znalazłem.
Co do Parad Równości. Nigdy nie byłem ich fanem gdyż odnoszą jedynie powolny rezultat - jaki? Trzeba zaczekać aż starsze pokolenie wymrze - wówczas nowe pokolenie które wychowuje się już ze świadomością obecności i medialności społeczeństw LGBT będzie je akceptowało bo od zawsze było. Ale parady na których prawie nadzy mężczyźni i kobiety wymalowani, czasami wulgarnie wyuzdanie się zachowujący bawią oczy tych których nie trzeba przekonywać do akceptacji, a odpychają i obrzydzają tych którzy powinni być pierwszym targetem takich imprez. Ale to tylko moje skromne zdanie z którym nie oczekuję że wiele osób się zgodzi.
Bezguście toleruje tylko bezguście.
"Normalnie kobieco"- co to właściwie znaczy? Buty na obcasie, spodnie opinające "tam gdzie trzeba" oraz bluzka np. przylegająca do ciała? Jak kobieta będzie chodziła w luźniejszych spodniach i flanelowej koszulki to już jej nie będziesz tolerować? "Chłopaki w dresach i koszulach lub zwykłych topach"- A co jeśli chłopak dobrze czuje się ubrany bardziej na galowo- takiego już nie będziesz tolerować?
Kobiecość i męskość wyraża się nie tylko poprzez swój ubiór- większość kobiecości/męskości da się też wyrazić poprzez swoje zachowanie.