Wielkimi krokami zbliża się Wasz długogrający, wyczekiwany debiut. Powiedzcie coś więcej o płycie, czego możemy się spodziewać?Lulu: Płytę planowaliśmy już od dawna – jej szkice powstawały latem zeszłego roku. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się ją wydać znacznie wcześniej, ale dopiero po pewnym czasie doszło do nas, jak wiele czeka nas tak naprawdę pracy. Na dobrą sprawę wydaje mi się, że to czekanie miało samo w sobie głębszy sens, że dopiero teraz dojrzeliśmy do długogrającej płyty. Nasza muzyka przechodziła już wiele transformacji, każda z EP-ek wyróżnia się innymi inspiracjami, stylami, od rapu, po trapy, przez disco i skandynawskie pola. Dopiero teraz znaleźliśmy swoją niszę. To będzie na pewno bardzo "histeryczna" płyta. Wiemy, że to dla nas znak jakości, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Żeby muzyka poruszała, musi mieć w sobie histerię, ona przejawia się w głosie, w instrumentach, to coś, co człowieka dotyka, wzrusza. Do tego dokładamy taneczność, klubowość i kilka dobrych retro wzorców. To będzie nasza płyta.
Piotr: Faktycznie, wcześniej nie byliśmy jeszcze gotowi na płytę. Formuła EP-kowa pozwalała na eksperymenty brzmieniowe, żonglowanie stylistyką. Ostatecznie, jak wspomniała Lulu, udało się nam sprecyzować kierunek dalszego rozwoju. Wielokrotnie wiązało się to z koniecznością kompromisowego podejścia. Muzyka, która nas inspiruje bywa bardzo różna, ale właśnie to zdaje się gwarantować dość unikalny charakter naszej twórczości.
Jak to jest z tą polską sceną elektro? O rozkwicie mówi się od jakiegoś czasu, czy nie boicie się, że możecie trafić na "przekwit"?Lulu: Myślę, że z muzyką elektroniczną w Polsce jest trochę tak jak z kapitalizmem. Przyszła z Zachodu, ale nie jako tymczasowy trend - przyszła "w końcu". Jest i będzie się tutaj rozwijać dalej, oby w najlepszą stronę. Nasza elektronika już jest zauważana i chwalona za granicą – wystarczy wspomnieć Rebekę, Kamp. Mam nadzieję, że wkrótce staniemy się taką Małą Szwecją i że my jako Divines także zdołamy dołożyć do tego swoje trzy grosze.
Piotr: Muzyka elektroniczna w Polsce ma się, póki co, bardzo dobrze i pogłoski o jej śmierci należy uznać za zdecydowanie przedwczesne. Proces jej rozkwitu będzie trwał, choćby dlatego, że sam dostęp do narzędzi, potrzebnych do jej tworzenia stał się zdecydowanie prostszy i tańszy – w zasadzie każdy jest w stanie pozwolić sobie na podstawowe wyposażenie małego, domowego studia. A stąd już niedaleka droga do pierwszych utworów, które, dzięki nieograniczonym możliwościom promocji w sieci, szybko lecą w świat.
Istotnym elementem Waszej twórczości jest Warszawa - dlaczego?Lulu: Od tego się w naszym przypadku zaczęło, piosenka "Warsaw, what you’ve done to me" była naszym pierwszym, jakkolwiek rozpoznawalnym kawałkiem. Teraz prowadzimy też fanpage o takiej samej nazwie, śledzimy miejskie absurdy. Paradoksalnie, pewnie niewiele osób łączy ze sobą te dwie rzeczy - piosenkę i fanpage - ale są one nierozerwalne. Warszawa to nasze miasto, żyjemy tu i tworzymy, śledzimy nowości, sytuacje, oddychamy atmosferą. Chociaż odeszliśmy od tematów społecznych, zawsze kiedy w tekstach nawiązujemy do tak zwanego "ogółu", śpiewamy o Warszawie, bo to nasz punkt odniesienia.
Piotr: Dla mnie, osoby, która w Warszawie pojawiła się dopiero przed rozpoczęciem liceum, kwestia kontrastu: Warszawa – prowincja jest niewyczerpalnym źródłem inspiracji. W przypadku Lulu ma to przełożenie na warstwę tekstową, u mnie wpływa to na brzmienie – zauważyłem, że bity tworzone w stolicy bywają zdecydowanie bardziej dynamiczne, choćby dlatego, że wszystko tutaj pędzi.
Czym dla Was są etykietki? U nas łatwo o bycie "przypisanym" do danego rodzaju muzyki, odbiorców i odbiorczyń, a Wy konsekwentnie kierujecie się do queerowych słuchaczy, nie macie obaw?Piotr: Na pewno nie chcielibyśmy być przypisywani jednoznacznie do tego nurtu, bo nasza muzyka, zarówno w warstwie tekstowej, jak i brzmieniowej jest czymś zdecydowanie bardziej uniwersalnym. Objęcie patronatem ostatnią Paradę Równości przez MTV pokazuje, że muzyka i queer mogą, a nawet powinny iść ze sobą w parze. Na Zachodzie to rzecz oczywista, w Polsce wykonawcy boją się takich skojarzeń, co wynika prawdopodobnie z chłodnej kalkulacji. Doświadczenie pokazuje, że tylko autentyczność w przekazie jest w stanie gwarantować długofalową satysfakcję. Dlatego chcemy być sobą.
Co byście doradzili młodym, zaczynającym artystom? Lulu: Nazwałabym to tak: branża muzyczna to branża która, zwłaszcza teraz, wymaga przede wszystkim olbrzymiej pracy nad sobą, stałego rozwijania się, długich godzin spędzonych przy instrumentach, mikrofonach, komputerach, mikserach i gdzie sobie tylko można wyobrazić. Inni idą się bawić, kiedy ty pracujesz. Będzie ciężko, będą wątpliwości, ale na końcu tego wszystkiego jest satysfakcja, której się w żaden sposób nie kupi – to odbiór ludzi. Jeżeli te słowa kogoś motywują, nie odstraszają, to znaczy, że jest na dobrej drodze.