Nie dalej jak pół roku temu czytam w jakiejś gazecie, że młodzi, polscy pisarze gejowscy mają problemy ze znalezieniem wydawcy. Przykład: Żurawiecki, opatrzony najbardziej pikantnym epizodem, z bohaterem rozdartym między dwoma penisami w roli głównej. I oto proszę: znalazł się całkiem przyzwoity wydawca, nie mniej nobliwi patroni, a penisy utonęły gdzieś wśród 140 stron, zyskując przez to zupełnie inny wymiar...
Nie dalej jak pół roku temu czytam w jakiejś gazecie, że młodzi, polscy pisarze gejowscy mają problemy ze znalezieniem wydawcy. Przykład: Żurawiecki, opatrzony najbardziej pikantnym epizodem, z bohaterem rozdartym między dwoma penisami w roli głównej. I oto proszę: znalazł się całkiem przyzwoity wydawca, nie mniej nobliwi patroni, a penisy utonęły gdzieś wśród 140 stron, zyskując przez to zupełnie inny wymiar.
"Trzech panów w łóżku..." nie jest bowiem książką w żaden sposób skandalizującą, no chyba że w oczach zagorzałych homo- i erotofobów. Do swoich bohaterów i ich problemów autor odnosi się z leczniczą dozą dobrotliwej ironii, co z jednej strony uwypukla je i podkreśla, z drugiej konsekwentnie oswaja i swą umownością łagodzi.
Opowieść o Adasiu, co stracił Męża, pracę, mieszkanie i poczucie własnej wartości, nie tracąc przy tym dobrego samopoczucia, toczy się wartko od jednego epizodu do drugiego. Przygarnięty przez zamożną parę zżywa się z nimi w sposób oczywisty, by - w stosownym momencie - z równym spokojem przyjąć informację, że ze względów ekonomiczno-organizacyjnych przekazują go w kolejne, dobrze ustawione ręce.
Proza Żurawieckiego należy do gatunku literatury, której nigdy dosyć, można by czytać w nieskończoność: lotna, potoczysta, dowcipna, obrazowa i wciągająca. Ewenement na poletku polskiej prozy gejowskiej - proza bez zadęcia, tragedii, rozdarcia. Jeśli już, to raczej z zadątkiem, tragedyjką, zadrapaniem. Mało co i kogo w tej powiastce boli: ani rozstanie, ani konieczność zachowania pozorów, ani powierzchowność kontaktów. "To była miłość nieduża" - napisał klasyk i ta konwencja znakomicie się u Żurawieckiego sprawdza.
Siła tej książki stanowi jednak jej podstawowy mankament. Brak właściwości głównego bohatera sprawia, że jego losy ni grzębią, ni zieją. Ot, po prostu przyjmuje się je do wiadomości, tak jak przyjmuje je sam Adaś. Owszem, przeżywa rozterki, popada w melancholijki, może mu i czegoś żal, ale koniec końców znakomicie sprawdza się w roli popychadła. Straciwszy wszystko niemal bez oporu przyjmuje przejście w ramiona innego mocodawcy.
Nie zmieniają tego nawet niepokojące sygnały, odsłaniające poszycie rozedrganego świata. Gdy mimo wszystko bezradny i w gruncie rzeczy zakochany Adaś radzi się przyjaciela, gdzie popełnił błąd, Krzyś podsumowuje go bezlitośnie: "ty nie masz kompetencji, żeby być. Cały wyczerpujesz się w zwyczajnych, duchowych potrzebach. Miłości, bezpieczeństwa, normy." W tym kontekście odejście Adama faktycznie zyskuje li tylko wymiar redukcji kosztów.
Współczesne realia ustawione pod zasadę "nie ufaj ludziom bez pieniędzy i pracy" przerażają, ale tylko przez chwilę. Mimo wszystko najważniejsza wydaje się nie tyle historia Adasia, ile otoczka jego perypetii. Rozpryśnięte krzywe zwierciadełko, w którym (niczym u Andersena) skupiły się wykoślawione okruszki rzeczywistości. Polska, politycy, społeczeństwo, media i przede wszystkim sami geje - dostaje się wszystkim po równo, choć nikomu dotkliwie, czasem wręcz mimochodem. Żurawiecki rozdaje prztyczki celne, ale bezbolesne, bo wszystkie problemy zewnętrzne jego bohaterów właściwie nie dotyczą.
W efekcie otrzymujemy błyskotkę wielkiej urody, o której wartości stanowi przede wszystkim talent językowy autora. Doskonałe wyczucie dialogu, genialne skróty językowe i obrazoburcze parafrazy, autoironia. Pyszne epizody (do moich ulubionych należą spotkania organizacji gejowskiej oraz monologi psychiatry), rozbrajające anegdoty, wyraziste znaki. Niektóre pasaże trącą wprawdzie melodramatycznym kiczem, ale to zabieg celowy - Żurawiecki natychmiast ujmuje je w szyderczy nawias, dekonstruując fragmenty, które sam dopiero co napisał.
Pozostaje jeszcze odniesienie do innych "Trzech Panów..." Jerome'a, tych pierwszych, w łódce, sprzed ponad 100 lat, o której sam autor stwierdził: "Podczas tych letnich miesięcy napisałem książkę. Wydawało mi się to jedynym rozsądnym zajęciem." Podobne wyjaśnienie mogłoby paść z ust Żurawieckiego.
Tamta książka jest zapisem autentycznych wydarzeń, starannie zaplanowanej wyprawy wodami Tamizy, która w miarę upływu czasu staje się coraz mniej przewidywalna na skutek nieprzewidzianych, absurdalnych, acz banalnych zdarzeń. Anglicy dzielnie się z nimi zmagają, nie tracąc przy tym iście brytyjskiego podejścia do życia i poczucia humoru.
Dokąd płyną bohaterowie Żurawieckiego? Co mówią ich losy? Raczej niewiele, może poza walorami poznawczymi dla heteryckiej części czytelników, podobnymi tym, jakie stają się udziałem czytelników powieści Jerome'a, opisującego kolejne szczegóły topografii kolejnych regionów Anglii. Jak napisała w PRZEKROJU Justyna Sobolewska, przez dwie godziny czuła się, jakby sama była gejem. To już nie lada osiągnięcie.
Niektórzy być może westchną, że to czysta rozrywka, maestria dla maestrii, niezobowiązująca lektura i niczym niezbyt pogłębiona literatura. Być może nie bez racji - w końcu podtytuł "romans pasywny" zobowiązuje. Poza tym takich mamy bohaterów, na jakich sami sobie zasłużyliśmy, tempora, mores i te sprawy.
Jak by nie patrzeć: dwie godziny z tą książką naprawdę nie należą do straconych. Oby jak najwięcej zdarzało nam się rozrywki na takim poziomie. Nie tylko gejowskiej.
Marcin Pietras
Bartosz Żurawiecki, Trzech panów w łóżku nie licząc kota. Romans pasywny.
Wydawnictwo SIC, Warszawa kwiecień 2005.
Odradzam, odradzam.