"Czy żałujesz swego grzechu mój synu" - spytał ksiądz.
"Eee, to było właściwie cudowne. - Wyznałem.
"Zrobiłbyś to znowu?" - Ksiądz koniecznie chciał wiedzieć.
Co on ma na myśli? Z nim czy jak? Czy to była nieprzyzwoita propozycja?.
"No, jeżeli mi się jakiś spodoba..." - Odparłem i przez kratki w konfesjonale usiłowałem ocenić stopień atrakcyjności mojego ojca spowiednika. - "Czy ma ojciec niebieskie oczy?"...
Moja przyjaciółka Lola i ja siedzieliśmy popołudniem na jej dywanie (żółty Flokati, oryginalny antyk, rocznik 1973) i graliśmy. Sznipp - sznapp. Każe z nas trzymało przed sobą talię kart, które równocześnie odkrywaliśmy. Gdy karty były różne, mówiło się "sznipp" i grało dalej, gdy były identyczne gracz, który pierwszy zawołał "sznapp" otrzymywał punkt. Był to ulubiony sposób zabijania wolnego czasu w domach starców i u takich ja my ludzi, którzy w trakcie gry w karty tak wiele mają do powiedzenia, że niemożliwością dla nich jest koncentracja na bardziej skomplikowanych regułach.
- Jutro wstępuję do kościoła katolickiego, sznipp - powiedziała Lola.
- Myślałem, że właśnie z niego wystąpiłaś, bo nic chciałaś finansować papieżowi jego klejnotów, sznipp.
- Zgadza się, ale moja siostra Karin, chciała żebym została matką chrzestną jej syna, a do tego muszą być członkinią kościoła. Potem oczywiście znowu wystąpię. Jestem zakłamała, niekonsekwentna i obłudna, sznipp?
Lola położyła przed sobą karty i spojrzała na mnie poważnym wzrokiem.
- Aaa, przykry temat "religia" - westchnąłem. - Lola, skarbie, wiesz przecież, że czczę Jezusa, Pana naszego, nie mniej niż jego ukochanego ucznia Jana, przede wszystkim, gdy wisi nago tak umięśniony na krzyżu. Ale kościół, nio, nio. Gdy miałem siedemnaście lat odbyłem pielgrzymkę do Rzymu. Czegóż tam nie przeżyłem! Rano stałem na placu świętego Piotra, otoczony przez wiernych i nie używające środków dezosdorujących zakonnice z całego świata, wrzeszczące histerycznie "il papa", gdy tylko ten zbliżał się w swoim papamobilu. Zaś po południu zwiedzałem Circus Maximus, przed którym płomiennoocy biznesboye oddawali się swemu procederowi. Gdy zmierzch już zapadał i cienie wydłużyły się, ku memu zdumieniu zobaczyłem tam przejeżdżającą w tempie "patrolowym" limuzynę z numerami państwa watykańskiego...
Przeżegnałem się a Lola spytała:
- Czy to była ta podróż do Rzymu, na której w ogrodach Villa Borghese straciłeś swoją niewinność?
- Dokładnie. Gdy wróciłem do domu, poszedłem oczywiście, jak grzeczny katolicki chłopiec do spowiedzi.
"Czy żałujesz swego grzechu mój synu" - spytał ksiądz.
"Eee, to było właściwie cudowne. - Wyznałem.
"Zrobiłbyś to znowu?" - Ksiądz koniecznie chciał wiedzieć.
Co on ma na myśli? Z nim czy jak? Czy to była nieprzyzwoita propozycja?.
"No, jeżeli mi się jakiś spodoba..." - Odparłem i przez kratki w konfesjonale usiłowałem ocenić stopień atrakcyjności mojego ojca spowiednika. - "Czy ma ojciec niebieskie oczy?"
Ksiądz westchnął poirytowany. " Musisz wyrzec się grzechu." - Wygłosił dramatycznie. "Homoseksualizm jest ropiejącym wrzodem na ciele naszego Pana".
Nie mogłem powstrzymać napadu śmiechu i zakaszlałem. "Wybacz mi ojcze" wypełzłem chichocząc z konfesjonału. Ostrożnie, jestem wrzodem - wyszeptałem w kierunku jakiejś czekającej w kolejce emerytki i wystąpiłem z kościoła, jak tylko osiągnąłem pełnoletniość.
Lola tasowała karty i kontynuowała swoją opowieść:
- No to będziemy się razem smażyć w piekle. Ja miałam bowiem romans z księdzem katolickim.
- Naprawdę - spytałem. Czy on wyglądał jak Gael Garcia Bernal z "Kuszenia ojca Amaro"?
- Raczej jak Heinz Rühmann niż jak ojciec Brown. - westchnęła Lola. - Spotkałam go w domu towarowym. On wystawał po czarne skarpety, ja po czarny biustonosz. Przy kasie zamieniliśmy nasze reklamówki. W chwilę potem, poczułam delikatny dotyk na plecach, obróciłam się i to był on, czerwony na twarzy z biustonoszem w ręce. "Myślę, że to należy do pani" - powiedział. Spojrzałam na jego koloratkę, głośno przełknęłam ślinę i odpowiedziałam: No, ksiądz by w każdym razie dziwnie w tym wyglądał.
Jak się potem okazało wyglądał w biustonoszu całkiem dobrze, gdy w kilka dni później ciupcialiśmy się w zakrystii, ja w komeżce, on w mojej bieliźnie.
- Wymyśliłaś to wszystko! - Zawołałem rozbrojony.
- Ależ skąd - Baby. Naprawdę mieliśmy romansik, aż do czasu, gdy sumienie zaczęło go gryźć a on wyznał wszystko swojemu biskupowi i został przeniesiony.
- Wiesz chociaż, co się z nim później stało? - Spytałem.
- Został misjonarzem w Bangkoku i występuje jako tancerz w Travestie - show. Ostatnio otrzymał propozycję roli tytułowej w tajlandzkiej wersji pornosa "Ciotka Charliego" i poważnie zastanawia się czy nie powiesić sutanny ostatecznie na kołek.
- Lola! - zawołałem - no to to już sobie wymyśłiłaś.
- Zgadza się. - zachichotała i rozdała karty.
- Powinniśmy przejść na buddyzm - zastanawiałem się głośno. - To takie teraz trendy. Tina Turner, Richard Gere, Sharon Stone - wszyscy zostali buddystami, sznipp.
- Wszyscy buddyści odradzają się ponownie Baby, a przy moim szczęściu odrodziłabym się z pewnością jako meduza. A co sądzisz o judaizmie? Jak to Karolek ciągle powtarza: "Nie ma i tak żadnego boga, tylko Barbara Streisand", sznipp.
- Z tobą to żaden problem, ale ja musiałbym dać się obrzezać. Sznipp.
- Sznipp - faktycznie!!! - zawrzeszczała Lola po czym rzuciliśmy się parskając śmiechem wzajemnie w ramiona.
- No to po Pernodzie - zaproponowała Lola i wniknęła do Kuchni.
- Dzwonek do drzwi. Ponieważ Lola zajęta była drinkami drzwi otworzyłem ja.
Na zewnątrz stali dwaj wysocy, przystojni faceci w niebieskich garniturach z tworzywa sztucznego, mieli na sobie dyskretne krawaty i nosili krótko przystrzyżone włosy. Jeden z nich miał okulary niczym Superman, gdy ten przebrany jest za Clarka Kenta, miał też podobną do tamtego figurę. Drugi był trochę niższy, bardziej chudy i miał dziecięcy wyraz twarzy.
- Kto tam? - zawołała Lola z kuchni.
- Superman i Superboy - odkrzyknąłem.
- Nareszcie! Czekałam na to od lat - ryknęła radośnie Lola. - niechże więc wejdą i zdejmą swoje śmieszne kostiumy, a potem chcę z nimi pooooleeecieeeć.
Ze szklanka dużego pernoda w ręce Lola wyszła z kuchni, zmierzyła obu elegancików stojących w drzwiach i wyszeptała: Ach, oni są po cywilnemu. - Poczym wręczyła mi moja szklankę, wzięła większego za ręce i przeciągnęła przez próg: - Proszę wejść Clark.
- Mam na imię Ben - powiedział wyższy z wyraźnym amerykańskim akcentem. To bardzo szlachetne, ze państwo nas przyjmują. To jest mój przyjaciel Tim. Wejdziemy bardzo chętnie.
- Świadkowie Jehowy - bezgłośnie starała się powiedzieć Lola.
- O nie, szanowna pani - sprzeciwił się Ben. Jesteśmy misjonarzami mormonami znad dalekiego słonego jeziora w stanie Utah w Ameryce.
- Au fajnie! - zapiszczała Lola. - O ile wiem, u mormonów panuje wielożeństwo. Mężczyźni muszą mieć u was niesamowitą kondycję. Nie na próżno "mormony" rymuje się z "hormony". Może drinka? Pernoda?
- Nie dziękuję, szanowna pani! - uprzejmie odmówił Ben. - I chciałbym tu wyjaśnić: poligamii od dawna już u nas nie ma.
Lola wprowadziła gości do stołowego i ponieważ stołu tam nie było, zaproponowała im miejsce na dywaniku flokati. Dywan zaiskrzył i zjeżył się w zetknięciu z polyestrem garniturów naszych gości. Naelektryzowane kłaczki oblepiły mormonów.
- Leżeć - skarciła go Lola i dała dywanowi klapsa. Przepraszająco uśmiechnęła się do Bena - myślałam, że od dawna jest już martwy. Może papieroska?
- My nie palimy, proszę pani.
Lola wcisnęła mu zapalonego Gauloisa i szklankę Pernoda do ręki: - czy chce urazić pan moją gościnność?
- Nie, proszę pani - zamruczał Ben.
- No więc... zdrówko! - Powiedziałem i stuknąłem się z mormonikiem.
W czasie, gdy Ben krztusił się i kaszlał Lola zniknęła ponownie w kuchni, po chwili wróciła z butelką Pernoda pod pachą i kieliszkami do drinków dla siebie i Tima. Ten przyjął szkło w wyraźnym uśmiechem, wychylił od razu duszkiem, czemu towarzyszyła krytyczne spojrzenie Bena.
- Jesteśmy tu po to, by pomóc wam znaleźć szczęście, które znajdziecie w miłości naszego Pana - rozpoczął Ben. - Czy jesteście szczęśliwi naprawdę?
- Jeszcze nie, ale proszę spytać ponownie po trzecim kieliszku - powiedziała Lola.
- Alkohol nie może uczynić was szczęśliwymi, ale my możemy - głosił dalej Ben swe kazanie.
- O tym jestem przekonana - przytaknęła uprzejmie Lola, rozpinając na dziesięć centymetrów zamek błyskawiczny w swej spódnicy, po czym nalała sobie ponownie. Tim bez słowa posunął jej swój kieliszek, który został także wspaniałomyślnie napełniony przez Lolę. Ben spoglądał z wyrzutem i perorował dalej. - Szanowna Pani, szanowny Panie, opowiemy wam o księdze Mormona, którą założyciel naszego kościoła otrzymał od anioła, i w której znajduje się mądrość.
- Kochanieńki, to bezcelowe - przerwała mu bezceremonialnie Lola. - Właśnie dziś postanowiłam powrócić na łono, matki naszej - kościoła katolickiego. - Obróciła się do mnie i wyszeptała: - w każdym razie na 24 godziny.
Tim wskazał na moją paczkę papierosów, skinąłem zachęcająco a on poczęstował się z rozbrajająco radosnym uśmiechem wdzięczności.
Wskazałem na karty i spytałem.
- Potraficie grać w Sznipp - sznappa?
- Pan zabrania hazardu - Z obrzydzeniem bronił się Ben.
Tim chrząknął i powiedział cichutko: Ja umiem grać w pokera.
Wściekle miotając gromy w gniewie podskoczył Ben: - Jestem nad wyraz rozczarowany tobą Tim! Picie, palenie i hazard. To przybytek szatana, jak mi się wydaje. Nie dorosłeś jeszcze by stawić czoła pokusie. Natychmiast musimy iść.
- Mam lepszy pomysł - zaproponowała Lola i ściągnęła go na iskrzący dywan. - Zagrajmy w pokera. Jeśli wy wygracie, zostaniemy mormonami.
- Tim spojrzał na mnie promiennie, chwycił karty i ku najwyższemu zdumieniu Bena począł tak profesjonalnie tasować niczym Mel Gibson w filmie "Maverick".
- Well, to jest oczywiście zupełnie, co innego. A z pomocą Pana wygramy - stwierdził z ulgą Ben. I sprowadzimy dwie zbłąkane duszyczki na właściwą drogę.
Lola napełniła jego kieliszek Pernodem po brzegi, pogładziła po polyestrowych plecach, z których sypnęły iskry i powiedziała: - Jeśli przegracie, będziemy grali dalej i to w pokera rozbieranego.
W przeciągu następnych godzin wyszło na jaw, że Lola i ja jesteśmy w pokerze niepokonani - szczególnie grając przeciw dwóm misjonarzom, którzy nie słyszeli nigdy o oszukiwaniu i blefowaniu. To była długa noc, nad którą spuśćmy zasłonę dyskretnego milczenia. Jeszcze tylko krótka uwaga: Całe zapasy Pernoda u Loli zostały wyczerpane do ostatniej kropli, nie zostaliśmy oczywiście mormonami, a gdzieś w długowłosych kłębach dywaniku Flokati kryją się jeszcze do dziś dwie pary elektrycznie naładowanych slipek z polyestru.
Fragment książki: Baby Naumann - "Nicht zu fassen!" ("Nie do wiary!")
Wydawnictwo Querverlag, 2005
Tłumaczenie: Janusz Boguszewicz