Rano szli ulicą, kiedy nagle Don zobaczył z daleka kogoś z biura. Natychmiast obrócił się w stronę Kenta, rzucił: "Zadzwonię wieczorem!" i przestraszony ruszył na drugą stronę zakorkowanej ulicy. Sparaliżowany Kent stał pośrodku chodnika i patrzył jak Don w popłochu przemyka się miedzy samochodami, dając znak dłonią kolejnym kierowcom, by jeszcze przez chwilę nie ruszali z miejsca i dali mu jak najszybciej przedostać się przez jezdnię. Wyglądał jakby właśnie dopiero co dostał wiadomość, że coś tragicznego stało się z jego najbliższymi, wiec wściekli i zniecierpliwieni kierowcy nie mieli nic przeciwko, ze zrozumieniem patrzyli na roztrzęsionego Dona. Jedyną osobą, która nic nie rozumiała, był Kent. Co się mogło stać?...
Dlaczego koniec przychodzi tak szybko, a początek musi być poprzedzony długim czekaniem? Nigdy nie jest wystarczająco późno, by chcieć się pożegnać, choć przez całe życie trwamy w przekonaniu, że czas już najwyższy, by powiedzieć: "Witaj!"...
Wreszcie po dwóch dniach wstał z łóżka. Dwa, trzy może nawet cztery dni, kto wie? - sam nie miał pojęcia jak długo trwał w letargu. Od jakiegoś czasu, żeby zagłuszyć to wszystko w sobie zasypiał i budził się tylko po to by wziąć kolejną porcję środków nasennych, a potem znowu zasnąć. Teraz czuł się okropnie, jeszcze gorzej niż kiedy ten maraton zagłuszania się zaczął. Potworny ból głowy, purpurowe z przekrwienia oczy, kilkudniowy zarost, a przede wszystkim mdłości i ten okropny smak w ustach. Zmusił się żeby wstać i wolno, niepewnie poszedł do łazienki, bojąc się zapalić światło. Wszystko działo się jak na zwolnionych obrotach, nawet szum wody docierał do niego z opóźnieniem. Zaczął myć zęby, patrzył na rozpryskującą się o umywalkę wodę, analizując znowu krok po kroku to, co wydarzyło się parę dni temu... Stracił poczucie czasu i z zamyślenia wyrwał go dopiero piekący ból krwawiących dziąseł i przeraźliwie czerwony kolor piany, jaka ściekała mu po dłoni i kapała do umywalki. "Boże jak to boli..." - krzyczał w duszy do siebie.
Gdyby tego dnia nie zadzwonił, Kent nie pomyślałby nawet, że to już pora, nie liczył czasu już od tygodni, świadomie zapomniał o kalendarzu, patrzył wytrwale w inną stronę, przesadnie koncentrował uwagę na innych detalach. Zamiast tykania zegara wolał słuchać jak bije serce Dona za każdym razem, kiedy kładł głowę na jego piersi, kiedy przytulał ucho do jego pleców, gdy z bliska przyglądał się falującej klatce piersiowej, słyszał miarowy łomot szczęścia, a może strachu przed jego utratą? Dzisiaj ten strach łomotał w jego sercu, a chociaż już dawno oswojony, teraz szarpał się, wył, miotał, kąsał boleśnie, żadną miarą nie dało się go okiełznać. Tylko oczy Kenta zachowały dziwny spokój, opanowanie, wolno wodziły po przedmiotach w pokoju i nawet na chwilę nie przestawały swojej wędrówki. To zupełnie tak, jakby zatrzymanie się ich na jednym przedmiocie miałoby spowodować ostateczny koniec. "Walcz do końca, patrz, póki widzisz - jesteś" - mówił sobie ciągle - "patrz, jeszcze jedno spojrzenie, nie przestawaj, jeszcze jesteś..." - dopingował się, tracąc siły do tej ucieczki-patrzenia. Telefon dzwonił jeszcze parę razy tego wieczoru, ale już go nie mógł odebrać, nasłuchiwał jedynie, czy automatyczna sekretarka nie rejestruje właśnie głosu Dona. Gdyby tylko jeszcze raz mógł usłyszeć ten ciepły głos człowieka pewnego siebie, poderwałby się natychmiast, wyrwałby się z tej bezsiły, podniósłby słuchawkę, zacząłby rozmowę i nie pozwoliłby się Donowi rozłączyć dopóki nie zasnąłby spokojnie. Robili tak zawsze, kiedy Don wyjeżdżał, a Kent nie mógł sam zasnąć. Jak to wyglądało te siedem miesięcy temu, dlaczego wtedy nie potrzebował niczyjego szeptu, by zasnąć?... Najcenniejsze na świecie: "Śpij dobrze" z wczorajszej nocy miało być ostatnim, jakie usłyszał; teraz o wiele mocniej brzmiało" "Kent, już czas, oni przyjeżdżają pojutrze do Nowego Jorku..."
Nigdy miało nie dojść do tego mementu. Cały misterny plan zakładał, że obaj przeskoczą tę fazę, a jednak... Kent czuł, że przegrywa swoją cichą bitwę o Dona. Czy gdyby wiedział jaka wola walki się w nim nagle obudzi, to dopuściłby do tego co potem nastąpiło? Nigdy nie był zaborczy, obce mu było angażowanie się w jakąkolwiek konkurencję o coś, a już z pewnością o kogoś! Uczucia, tak mocno nim teraz powodujące, były równie nowym doświadczeniem, jak cały związek z Donem.
Czasem przychodził już moment pogodzenia się z przegraną - sam śmiał się ze swojej naiwności, jednak szczególnie w ostatnich dniach o wiele więcej było tych chwil, jakie on sam na własny użytek nazwał bataliami ostatniej szansy. "Jakiej szansy, baranie? Nie ma szansy, dla niego to nawet nie ma nic wspólnego z walką... Zachowaj przynajmniej resztki szacunku dla siebie!" - gdyby tylko miał jakiegoś powiernika, kogoś komu mógłby powiedzieć o tym wszystkim. Ale obowiązywała go przecież wielka tajemnica. Przystał na nią w ułamku sekundy, nie spodziewając się nawet części konsekwencji, wtedy liczyło się to jedno "spróbujemy", bo miało gwarantować mu Dona, nie ważne na jak długo, nie ważne za jaką cenę.
Teraz czuł się niesprawiedliwie okaleczony przez to, że nie mógł porozmawiać o Donie nawet ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi. "Pracuje nad czymś" - to musiało im wystarczyć ostatnio, kiedy Mark nie wytrzymał i zapytał: "Kent, co się dzieje? Czy ty przypadkiem nam się nie zakochałeś, biedaku?". O Donie mógłby z nimi rozmawiać godzinami, a teraz musiał zredukować tę lawinę uczuć do tych paru kretyńskich słów: "pracuję-nad-czymś", które i tak zabrzmiały jak najtańszy unik. Żeby jakoś wybrnąć z tej rozmowy, wymusił jeszcze na sobie ten żałosny, tajemniczy uśmiech. Jak oni wszyscy mogliby w tą grę uwierzyć?
Nigdy bardziej nie miał silniejszego poczucia klęski - przegrał już Dona, a teraz przegrywał z samym sobą, co będzie następne do stracenia?
Poprzedniej nocy strasznie się upili. Kent ugotował przepyszną kolację, do której wprost nie sposób było nie wypić większej ilości czerwonego wina. Siedzieli przy stole, rozmawiali, żartowali, zaczęli wspominać jakieś bzdury z dzieciństwa, wybuchając co i rusz śmiechem na myśl jak wiele tych dziecinnych przeżyć było dokładnie takich samych, choć wychowywali się w zupełnie innych krajach, w innych rodzinach a dzielące ich dwanaście lat też zdawało się nie czynić najmniejszej różnicy. Don jadł zdecydowanie mniej, nie tak jak autor tej uczty, który zdążył już pochłonąć ogromną porcję. Z niecierpliwością oczekiwał na ten moment, kiedy Kent nie wytrzyma i nawet nie zapyta, tylko stwierdzi: "nie smakuje Ci". Robił to niemal za każdym razem, a w oczach miał bezkresną nadzieję, że usłyszy szybkie zaprzeczenie, komplementy i zapewnienia, że to najlepszy posiłek, jaki do tej pory dla Dona ugotował. Don szybko połapał się w regułach tej gry i nie miał nic przeciwko niej, tym bardziej, że grając według właściwych zasad, mógł liczyć na fantastyczna nagrodę. Tym razem jednak, rozochocony winem zaryzykował utratę nagrody: "Kent, błagam, tylko nie zrozum mnie źle..." - w duszy zacierał już ręce na widok unoszącego się czoła Kenta, chichotał wewnątrz, kiedy źrenice Kenta coraz bardziej rozszerzały się z zaskoczenia, z trudem hamował się od śmiechu, widząc jak milimetr po milimetrze uśmiech Kenta zapada się pod ciężarem kulinarnej klęski, której ten obawiał się najbardziej - "ta pasta..." - nadludzkim wysiłkiem zachował powagę - "...sam zresztą wiesz..." - czuł wprost jak serce Kenta wprawia w wibracje naczynia na stole, ba, nawet meble w promieniu kilku metrów - "...to najlepsza rzecz, którą dla mnie zrobiłeś! Tylko, widzisz, ja mam jeden żołądek, nie tak jak Ty, jakieś dwanaście..." - z ulgą mógł wreszcie śmiać się do woli, a tryumf nad kokieterią Kenta dostarczał jeszcze większej radości. Kent rzucił w niego serwetką i nieco zawstydzony, ratował sytuację: "No to się świetnie składa, bo już nigdy dla Ciebie nic więcej nie ugotuję! Biorę sobie dokładkę." Dalej jedli w ciszy, bawiąc się równie dobrze co wcześniej, po prostu patrzyli na siebie i chichotali jak nastolatki bez powodu. Don czuł jak bardzo miał teraz ochotę podejść do niego, położyć dłonie na jego policzkach wypełnionych zbyt dużymi porcjami pasty i ucałować go, mówiąc: "Kocham Cię, wiesz...", jednak nie był w stanie tego zrobić. Do oczu nabiegły mu łzy szczęścia, nie pamiętał, kiedy ostatni raz był skłonny to komuś powiedzieć. A jednak nie uległ tej fali ciepła, nie mógł pozwolić sobie na to jedno proste wyznanie, które już teraz mogłoby bardziej Dona skrzywdzić niż uszczęśliwić...
"Nie chcę, żebyś tam jechał. Don, wiem, że nie powinienem tego mówić, bo się umawialiśmy..., ale nic na to nie poradzę, boję się tego Twojego wyjazdu..." - nigdy nie przypuszczał, że odważy się to wreszcie powiedzieć, ale wzbierający w nim lęk od paru dni go zabijał. Nie spał poprzedniej nocy, przeleżał te najdłuższe w jego życiu siedem godzin, wpatrując się w twarz śpiącego Dona. Zachodził w głowę jak może go odwieść od tej podróży, jaką siłą mógłby choć jeszcze o parę dni odwlec wyjazd. W innych okolicznościach cieszyłby się nawet, że przez moment nie będą razem, bo powroty były cudowne. Odbierali się nawzajem z lotniska, wyczytywali informacje z porami przylotów, czekali zawsze w tym samym miejscu, wracali razem do domu i kochali się, tulili się do siebie, czując niesłabnące podniecenie. Potem tacy głodni siebie i po prostu, prozaicznie głodni, jedli kolację w mieście, wymieniając spojrzenia, które nie pozostawiały wątpliwości co robili jeszcze pół godziny temu. Dopiero wtedy na dobrą sprawę mieli okazję, żeby zamienić parę pierwszych zdań. Ani jeden, ani drugi nie przywiązywał jednak wagi do samej zawartości rozmowy, miło było słyszeć głos, a na poważniejsze tematy i tak już tego dnia zazwyczaj nie mieli siły. Przed każdą podróżą Kent czuł tęsknotę za tym właśnie momentem - powrotem, nie mógł się już doczekać tego przypływu namiętności, zanim jeszcze Don miał spakowane walizki.
Dzisiaj czuł się kompletnie bezsilnie. Wiedział, że nic nie wskóra. "Kent, proszę! Pójdę już do siebie, muszę się jeszcze spakować" - Don starał się przygasić tę dyskusję zanim się jeszcze rozpoczęła. Nie chciał już nawet nic mówić, bojąc się konsekwencji każdego kolejnego zdania. Kent nie dawał jednak za wygraną, nalegał, by spędzili jeszcze razem parę godzin i tak już było bardzo późno. "Chcesz pojechać do mnie, pomóc mi się spakować i przenocować u mnie?" - Don zadał pytanie z góry znając odpowiedź. Kent jak ognia unikał jego mieszkania, nigdy tam nie był, kiedyś nawet miał odebrać Dona przed wyjściem do restauracji, ale tylko nacisnął nerwowo guzik domofonu i poprosił go o zejście na dół.
Za żadne skarby nie przekroczyłby progu tego mieszkania. Za dużo tam przeszłości i ich... Każdy przedmiot przypominałby mu o tym, co tak zawzięcie wypierał przez ostatnie tygodnie, odkąd zdał sobie sprawę, jak daleko sprawy zabrnęły między nim, a Donem.
"Pójdę już, ale zadzwonię do Ciebie jeszcze z domu, O.K. Kent, to tylko parę dni...". Nie obchodziła go długość pobytu, gdyby nie chodziło o nich, zniósłby nawet o wiele dłuższą rozłąkę. To każda minuta spędzona z nimi tak bardzo go bolała. Od paru dni czuł już wyraźnie, tłamszoną dotąd gdzieś w środku, irracjonalną niechęć, która później przerodziła się w złość, by następnie być już wprost zdefiniowana jako nienawiść wobec ludzi, których przecież nigdy nawet nie widział na oczy. Nic mu nie zrobili, niczego nie mógłby im zarzucić, poza tym, że kiedyś pojawili się w życiu jego Dona. Miał im za złe, że odebrali mu Dona zanim on sam zdążył go jeszcze spotkać.
"Dobranoc, śpij dobrze." - Don pocałował go na pożegnanie i zaczął zakładać płaszcz. Został jednak tego wieczoru, położyli się razem - Don w poczuciu, że byłoby nieludzkie zostawić Kenta w tym momencie i tak krzywdził go już bardzo. Kent - z cieniem satysfakcji, bo chociaż na moment zatrzymał Dona przy sobie. Czy powinien mieć jeszcze jakąkolwiek nadzieję?
Leżeli milcząc, wpatrywali się w siebie, Don czuł już kolosalne zmęczenie. Wieczór cięższy niż zwykle od emocji i lęku, pozbawił go resztek energii. Kent patrzył na niego tak łapczywie, jakby Dona ubywało z każdą minutą i za chwilę miał już całkowicie się rozpłynąć. Patrzył i tym patrzeniem zadawał sobie coraz większy ból, ale przecież sam na ten ból się zgodził, świadomie narażał się na to cierpienie. Oni zrodzili się z cierpienia...
Zasypiając Don planował następny poranek z konieczności bardziej zwariowany niż zakładał. Bał się przebudzenia i kolejnego pożegnania, które wcale nie będzie łatwiejsze. "Co ja Ci robię, człowieku..." - myślał zasypiając; Kent nie zasnął tej nocy, wciąż patrzył.
"Tak, to ten, poproszę dwa flakony". Kobieta za ladą zrobiła minę jakby znalazła rozwiązanie najtrudniejszej na świecie zagadki. Uprzejma, doskonale zorientowana, jednak zaczynała zdradzać oznaki zniecierpliwienia. "Mówił Pan, coś o słodkim zapachu, a ten jest zdecydowanie korzenny"- powiedziała z karcącym go uśmiechem. Tym jednym zdaniem wyraziła sympatię i pogroziła mu palcem, dając wyraźnie znać, jak mało wie na temat perfum. Nie miał jej tego za złe, rzeczywiście nie miał o nich bladego pojęcia. Zdecydował się na całe to zapachowe dochodzenie, bo chciał odnaleźć w tajemnicy przed Donem wodę toaletową, której ten używał. "Korzenny. Tak, ma pani rację, ten zapach zapuszcza w człowieku korzenie!" - zakończył rozjemczym dowcipem i poczęstował ją uśmiechem typu: "nie-znęcaj-się-nade-mną-już-więcej-O.K.-jesteś-niekwestionowanym-geniuszem-węchowym!".
"Chanel - ALLURE, niech pan zapamięta. Dwa flakony?". Nie dbał o to jak dziwnie brzmiało takie zamówienie, choć rzeczywiście mało kto kupował dwa flakony tej samej wody toaletowej. "Tak, to prezent, gdyby mogła pani mi je jakoś razem zapakować" - zdał sobie sprawę z mierności swojego kłamstewka, ale było za późno. Kobieta o nic więcej na szczęście nie pytała i zabrała się do pakowania.
Ten zapach rozpoznałby wszędzie, jak nikt miał ogromną zdolność do zapamiętywania sytuacji, miejsc, ludzi, smaków właśnie poprzez zapachy. Wiele zapachów kojarzyło mu się traumatycznie i czując je cierpiał z powodu silnych skurczy żołądka, inne, takie jak ten odszukany po blisko godzinnym pobycie w perfumerii, przyprawiał go o to błogie mrowienie wewnątrz całego ciała, nagłą słabość w nogach, czasem nawet gęsią skórkę. A więc Don używał ALLURE. Zerknął na podświetlaną reklamę ALLURE ze zdjęciem klasycznie przystojnego, dojrzałego mężczyzny, który w przeciwieństwie do innych modeli nie cieszył oka uśmiechem. Jak to rozumieć? Na jakiej zasadzie ludzie wybierają sobie takie zapachy?
Wychodząc z drogerii upewnił się, że spryskany testerem lewy nadgarstek pachniał wystarczająco mocno. Wracał teraz pieszo do biura i czuł się jakby Don szedł o krok za nim. Odtąd będzie przy nim kiedy tylko Kent tego zapragnie...
Postanowili uciec, znaleźć miejsce, gdzie nie trzeba by było razem przemykać się pod ścianami. Dokąd mogli się wybrać, by móc wreszcie chodzić razem, rozmawiać swobodnie, bez obaw, że nagle natkną się na kogoś znajomego. Potrzebowali miejsca, w którym niemożliwe było spotkanie, jakie mogło zburzyć cały ustalony porządek, kontrolowany z ogromną pieczołowitością przez nich obu. Obaj obawiali się podejrzliwych i dociekliwych spojrzeń.
Rano szli ulicą, kiedy nagle Don zobaczył z daleka kogoś z biura. Natychmiast obrócił się w stronę Kenta, rzucił: "Zadzwonię wieczorem!" i przestraszony ruszył na drugą stronę zakorkowanej ulicy. Sparaliżowany Kent stał pośrodku chodnika i patrzył jak Don w popłochu przemyka się miedzy samochodami, dając znak dłonią kolejnym kierowcom, by jeszcze przez chwilę nie ruszali z miejsca i dali mu jak najszybciej przedostać się przez jezdnię. Wyglądał jakby właśnie dopiero co dostał wiadomość, że coś tragicznego stało się z jego najbliższymi, wiec wściekli i zniecierpliwieni kierowcy nie mieli nic przeciwko, ze zrozumieniem patrzyli na roztrzęsionego Dona. Jedyną osobą, która nic nie rozumiała, był Kent. Co się mogło stać? W jednej minucie szli razem, rozmawiali, w następnej już Dona nie było. Nauczony doświadczeniem Kent nie szukał dalej odpowiedzi, wolał czekać na ten obiecany wieczorny telefon. Zamiast niego wieczorem pojawił się sam Don. Jak wystraszony, a zarazem zawstydzony chłopiec stał oparty o framugę i skubał wystający fragment zaschniętej farby. "Nie mogę już tak dłużej, Kent! To było takie upokarzające. Zobaczyłem tego człowieka z firmy i natychmiast pomyślałem - uciekaj!. Ja nawet nie byłem pewny, czy to on, rozumiesz? To nie ja...". Kent bał się nawet podejść do niego. Siedział naprzeciwko i tylko przytakiwał. Obawiał się, że jeden fałszywy ruch spłoszyłby go dokładnie tak samo jak dzisiaj rano na ulicy. Wolał poczekać. Trwało to strasznie długo - on siedział przy stole, Don tkwił odwrócony do okna, wciąż spięty, z przykurczonymi ramionami. Normalnie odbyliby tę rozmowę w uścisku, dotykali się nawzajem... normalnie... ale ich układ przecież z założenia nie miał być normalny.
W pewnym momencie Kent podniósł się z miejsca, wziął do ręki kluczyki i powiedział cicho: "Chodź ze mną". Don ufnie poszedł za Kentem, wiedział, że ten zna reguły gry, wiec nie zrobi niczego, co mogłoby mu .... im zaszkodzić. Wsiadł do samochodu na miejsce pasażera obok Kenta, wyglądał wciąż przez okno milcząc. Słuchał muzyki, która zdawała się nadawać rytm pojawiających się jeden za drugim odcinków przerywanej linii po prawej stronie samochodu. Niespodziewanie odkrył coś uspokajającego w prawidłowości wyłaniających się z ciemności białych pasków, oświetlonych reflektorami samochodu. Za każdym zakrętem, który oddalał ich od głównej drogi prowadzącej do miasta, czekał na Dona coraz większy spokój. Był teraz taki wdzięczny Kentowi za te zakręty, jeszcze parę bocznych dróg i znajdą się w miejscu tak odległym, że nawet ich dotyk byłby w pełni bezpieczny. Nie przestawał obserwować białej linii od strony pobocza, zupełnie tak, jakby to ona prowadziła go do utęsknionego wyciszenia. Gdy mijali granicę stanu czuł się spokojny i znów szczęśliwy.
Obudził się zziębnięty, bo wczoraj wieczorem był zbyt leniwy, by wstać i zamknąć uchylone okno w sypialni. Było bardzo wcześnie, a październik nie rozpieszczał ciepłymi porankami, choć w ciągu dnia było jeszcze bardzo ciepło. Uwielbiał to wczesne wstawanie w sobotę, czuł się jakby miał cały czas tego świata dla siebie i nie musiał się nigdzie spieszyć. Odczekał do 7:59 i wybrał numer Kenta. "Dzień dobry, tu ekipa remontowa Don&Co., czy jest pan gotowy na nasze usługi?". Kent o dziwo wcale nie był zaspany: "Nie wygłupiaj się, już od dwóch godzin pakuje wszystko do pudełek i okręcam folią meble. A może się jeszcze wstrzymać z tym remontem?". To byłoby największe rozczarowanie dla Dona. Cały tydzień planował jak razem spędzą wolne dwa dni na odnawianiu mieszkania Kenta. Tak jak większość mieszkań na Manhattanie, tak i to nie przytłaczało swoimi rozmiarami. Rzeczywiście wciąż zadbane i czyste nie błagało desperacko o remont, ale perspektywa wspólnej pracy bardzo spodobała się Donowi i nie miał zamiaru sobie odpuścić: "Słuchaj, zaczniemy od dobrania kolorów, pomalujemy wszystko razem, a jutro wieczorem pomogę Ci sprzątać. Zamówimy pizzę, odłączymy telefon, nikt nie będzie nam przeszkadzał - tylko my, farba, wałki, pędzelki, a raz na jakiś czas ... odpoczniemy sobie..."
Kent nie poznawał samego siebie. On, który nigdy dotąd nie pozwalał przejąć kontroli nad jakimkolwiek aspektem swojego życia, nagle miękł jak wosk urabiany w rękach Dona. To Don zaplanował ten cholerny remont, to Don, wybrał się z nim na zakupy i wpakował do koszyka wszystko, czego potrzebowali do odnowienia mieszkania. Nikt inny tylko Don ustalił datę i cały plan działania, a Kent posłusznie kiwał głową jak w jakimś amoku, nie wydając z siebie nawet jednego słowa. Kent miał wiele wątpliwości i dotyczyły one nie tylko bieli lekko przełamanej błękitem w części sypialnianej jego mieszkania, ale również tego, czy powinien godzić się tak łatwo... Czy iluzoryczność tego wspólnego remontu wcale nie wspólnego przecież mieszkania, to początek końca ich pełnego jeszcze niewiadomych związku?
"Jak to niebieski to nie do końca twój kolor? Kent, ty cały jesteś niebieski, w Tobie jest tyle niebieskiego, że Twoja sypialnia może mieć tylko taki kolor!"
Pośpiesznie pakował książki, odsuwał od ścian półki, kanapę, fotele, szukając w panice rzeczy, których Don nie powinien zobaczyć. Co by było, gdyby nagle zza któregoś z mebli wypadła jakaś infantylna maskotka - relikt przeszłości, stary list, kartka z wakacji, torebka po kilogramowym opakowaniu batoników Bounty - pamiątka po ostatnim rozstaniu z jego facetem. Spłonąłby ze wstydu, a Donowi dostarczyłby tematu do żartów na następne tygodnie... Nagle zatrzymał się z owiniętym gazetą wazonem w ręku i zdał sobie sprawę, ze te "następne tygodnie" to już ich ostatnie chwile razem...
Kent nie byłby w stanie odmówić Donowi, nawet jeśli by chodziło o dokonanie dekapitacji przy wykorzystaniu noża kuchennego: "Masz dwadzieścia minut, żeby tu dotrzeć i zaczniemy od ... odpoczynku!"
"Kent, dzwoni Andrew Blatz, jest wściekły i prosi o natychmiastowe połączenie z tobą. Próbowała go zapytać o co chodzi, ale ryknął na mnie, że nie ma zamiaru mi się tłumaczyć" - Ann-Marie była rzeczywiście wystraszona nie na żarty. Była sekretarką Kenta od ponad dziesięciu lat i znała go jak własnego syna. Kent nie mógł być dla niej lepszym szefem, a obserwując go na co dzień Ann-Marie w skrytości ducha marzyła, że jej syn kiedyś stanie się taki jak Kent. Nigdy nie wdawali się w dłuższe rozmowy o życiu prywatnym, ale praktycznie wiedzieli o sobie wszystko. Jeszcze w poprzedniej firmie Kent uratował ją przed zwolnieniem, kiedy redukowano etaty i dał jej pracę u siebie w dziale. Najstarsza z całego działu, mało dyspozycyjna, bo samotnie wychowywała dziecko, a do tego z nadwagą, nagle znalazła się pośrodku grupy młodych, nastawionych na karierę yuppies, którzy byli maniakami zdrowej diety i idealnej linii. Kent w gruncie rzeczy nie potrzebował asystentki, bo doskonale ze wszystkim sobie radził, ale kiedy przyszła do niego na rozmowę już po pierwszych paru zdaniach wiedział, że zatrudnia sobie ciepłą, wyrozumiałą i oddaną matkę, której nigdy nie miał.
Jeśli Ann-Marie nie poradziła sobie z Blatzem, wiedział, że nie jest dobrze. Ją uwielbiali wszyscy klienci Kenta i czasem miał wrażenie, że dzwonili tylko po to, żeby usłyszeć je głos w słuchawce, a zawstydzeni tym faktem, pro forma prosili o połączenie z szefem. Andy Blaztz był wszystkim tym, kim Ann-Marie nie była - jeden z tych klientów, którzy zostawiają cię z ogromną sumą na koncie i paroma wrzodami żołądka w prezencie. Kent żałował, że przyjął zlecenie Blatza od samego początku ich współpracy.
"O.K., połącz go" - położył dłoń na słuchawce, nie podnosząc jej jeszcze przez moment, zupełnie tak jakby chciał upewnić się, że sama się nie podniesie, przełknął ślinę, wziął głęboki wdech, uśmiechnął się najmniej naturalnie jak tylko potrafił i zaczął: "Andy, jak się masz, w czym Ci mogę pomóc?". Ann-Marie zerkała przez szklane drzwi jego pokoju, obserwując dalszy rozwój sytuacji. Nagle przyczepiony do twarzy uśmiech zamienił się w coś szczerego, twarz nie była już nienaturalnie wykrzywiona, tylko znowu wyglądała jak prawdziwa twarz Kenta, mało tego - teraz wyglądała jak wówczas, gdy przychodził rano do biura po udanej randce poprzedniego wieczora. Kent musiał już rzucić trzeci dowcip - tę minę też doskonale znała. Ich spojrzenia spotkały się przez szybę, a Kent pokazał jej tylko kciukiem, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. "On jednak jest genialny, potrafi urobić nawet największego sukinsyna i trzymać go za jaja aż do końca! Uwielbiam go. Taka szkoda, że nie układa mu się w związkach. Od tego ostatniego Ralfa nie było chyba nic poważniejszego, żadnych telefonów. Gdzie Ci geje mają oczy? Przecież to jest idealny kandydat, kobiety rozszarpałyby go gdyby tylko był osiągalny. Ja bym mu mogła nawet własnego syna..." - poczuła, że chyba za bardzo się zagalopowała, czasem trochę ją ponosiło. Z uśmiechem wróciła do internetowej aukcji bujanego fotela, który wypatrzyła jakieś trzy dni temu.
"W czym możesz mi pomóc? Spotykamy się już od trzech miesiecy, a ty wciąż nie wiesz?" - głos Dona zabrzmiał w słuchawce. Kent poczuł się nagle jakby dostał podwójny zastrzyk rozkurczowy. Pierwszy raz Don odważył się zadzwonić do niego do biura. Jeszcze parę sekund temu czuł jakby za moment miał dostać zawału, a teraz miał ochotę klaskać w dłonie. "Don, już nigdy nie będę rozmawiał z Tobą o pracy, ty jesteś niebezpieczny, człowieku. Teraz zapłacisz za moją wizytę u kardiologa, a biednej Ann-Marie zafundujesz wczasy odchudzające, bo pewnie do tej pory pochłonęła już ze trzy Big Macki". Uwielbiał myśl, iż być może od tej pory będzie mógł kontaktować się z Donem także w ciągu dnia. To wciąż on musiałby dzwonić do Kenta, ale dzisiejszy telefon świadczył o tym, że jest na to gotów. Pewnie, było coś smutnego w tym podawaniu się za kogoś innego, w tym niby niewinnym dowcipie biurowym, ale może kiedyś zadzwoni jako Don, a Kent wreszcie będzie mógł powiedzieć Ann-Marie: "Jeśli ten facet będzie dzwonił w przyszłości, to łącz mnie natychmiast, żeby nie wiem co się działo" - mrugnie porozumiewawczo i doda: "V.I.P!".
Poranki są najgorsze. Zasypiasz w poczuciu spełnienia i zadowolenia z udanego wieczoru, kiedy wszystko jeszcze wydaje się niemal idealne. Gorzej jest się obudzić obok swojego kochanka z nieświeżym oddechem, "pogniecioną" twarzą, sterczącymi włosami. Kent budził się zawsze pierwszy. Właściwie nie budził się sam, budziła go obawa pokazania się w takim stanie śpiącemu obok niego facetowi. Oczywiście i ten wcale nie wyglądał lepiej, jednak Kent nigdy nie dostrzegał podobnych mankamentów u innych, był zbyt zajęty strategią naprawiania porannej rzeczywistosci wobec swojej osoby. Wymykał się rano do łazienki pod pozorem pierwszego, spowolnionego, dokonywanego z konieczności sikania i przyglądał się sobie w lustrze, pośpiesznie usuwając najbardziej wstydliwe dla niego oznaki zaspania. W szafce pod umywalką zawsze stała butelka z płynem do płukania ust (umycie zębów trwałoby zbyt długo i pewnie obudziłoby partnera), przemycie twarzy chłodną wodą miało pozbawić go przynajmniej części nocnej opuchlizny na twarzy, najgorszą częścią były włosy, które czasem sterczały tak uparcie, że tylko długi prysznic mógłby je ujarzmić, wtedy decydował się na desperacki krok i mokrą dłonią dokonywał totalnego bałaganu na swojej głowie, a taki nieład miał w jego przypadku swoisty urok i wyglądał całkiem naturalnie. Wszystko załatwione w ułamkach sekund, precyzyjnie zaplanowane, trwało dokładnie tyle co oddanie moczu i umycie rąk po. Potem nieco już spokojniejszy mógł wrócić do łóżka. Dalej mowy nie było o ponownym zaśnięciu, bo druga część strategii zakładała, że nie doprowadzi się ponownie do poprzedniego stanu aż do momentu przebudzenia partnera. Zazdrościł Donowi, że tak bezstresowo budzi się rano i o tak po prostu zaczyna dzień.
To Kent zazwyczaj przygotowywał śniadania, choć Don również lubił uczestniczyć w procesie przygotowań. Bardzo szybko wypracowali ścisły podział zadań - Kent zajmował się jedzeniem, Don parzył kawę i nakrywał do stołu. Na nim także spoczywał obowiązek wyboru odpowiedniej muzyki, która miała pobudzić zanim jeszcze zaczęła działać poranna kawa. Weekendowe śniadania były dla nich rytuałem, a ich obfitość pozbawiała ich głodu na długie godziny. Kent już wczoraj zaplanował, że upiecze rano babeczki z kawałkami czekolady - jego popisowy numer w kuchni. Miał w tym pieczeniu już taką wprawę... tyle razy w końcu dochodził do tego momentu w znajomości z nowym facetem... Czas babeczek był jednym z kroków milowych i Kent miał swoją teorię - jeśli w przeciągu następnych dwóch tygodni na stole nie lądowały po raz drugi babeczki z czekoladą, koniec związku był już bardzo bliski. Tym razem było inaczej - wiedział, że koniec jest bliski, chociaż już trzeci raz robił dla Dona te pieprzone babeczki. Przygotował ciasto, foremkę, zostało tylko dołożyć czekoladę, wrzucić wszystko do piekarnika i czekać na ten charakterystyczny, drażniący pusty żołądek zapach w mieszkaniu. Sięgnął po opakowanie z czekoladowymi chipsami i odruchowo zerknął na datę przydatności do spożycia - grudzień 2003. Syknął ironicznie i zaczął się głośno śmiać, co wzbudziło zainteresowanie Dona. "Zobacz, ta gorzka czekolada to my, Don. Na początku słodka, potem zostawi gorzki smak w ustach, a wszystko tylko do grudnia - MY z datą przydatności..."
Dlaczego ich zdradzał? Gdyby biegał do sauny co wieczór i pieprzył się z kim popadnie przy założeniu, że nigdy nie pozna nawet imienia tysięcznego kochanka, nie miałby najmniejszego poczucia winy. Bycie z Kentem, coraz większe przywiązanie do niego, nierównowaga zainteresowania nimi i Kentem, przechylająca szalę na stronę jego kochanka, paliły go jak zgaga - niewinna przypadłość, która jednak potrafi zatruć życie. Najbardziej uwierało go chyba to jak bardzo szczęśliwy czuł się teraz. Miał wprawdzie jeszcze trochę czasu, żeby beztrosko korzystać z nowego układu i nie martwić się konsekwencjami, ale niestety życie nauczyło go bardzo dogłębnie myśleć o tym co będzie za chwilę. Podziwiał zawsze tych unoszących się na powierzchni teraźniejszości, co nigdy nie mieli potrzeby sprawdzać jak daleko wyniósł ich nurt i nie martwili się, czy starczy im sił, by wrócić do brzegu. Zazdrościł im, bo sam oglądał się nie trzy, a pięć razy zanim dał pierwszy krok przechodząc na drugą stronę jezdni.
Przyzwyczaił się, że jego szczęście może być w życiu tylko chwilowe i uczył się powoli, by nie zatruwać tego szczęścia świadomością nieuchronnego jego końca. Tak było i teraz, starał się nie myśleć o tym co będzie za sześć miesięcy, kiedy wrócą, miał przecież aż sześć miesięcy, inni nie mają nawet tego. Może tym razem się uda?
Rano to on zadzwonił do Dona i poprosił go, żeby wpadł i porozmawiał z nim jeszcze raz. Co miał do stracenia? To, że się zdenerwuje? Wciąż był spokojny. To, że będzie zły na siebie za ten cholerny brak logiki? A ile razy ta logika mu w życiu pomogła? To, że rozpadnie się na kawałki, kiedy Don stanie w drzwiach? Nigdy nie był jedną całością.
"Jak my to zrobimy, Don?", byłby skłonny przyjąć nawet najbardziej absurdalne rozwiązanie, byle tylko wyszło od Dona. Dla obu było jasne, że jeśli się na coś zdecydują, to oznacza to życie w strefie tajemnicy. Następne sześć miesięcy, miało być walką nie o ich szczęście, tylko o przekonanie świata, że ich szczęście nie istnieje.
"W grudniu, bez względu na to jakie to będzie ciężkie, któregoś dnia powiem Ci - wracają, a Ty bez cienia sprzeciwu znikniesz. Ja zniknę. Pojawią się oni. Ale zanim wrócą do Nowego Jorku będziemy tylko my. Nie odchodź, Kent, ja przecież jestem w twoim życiu.".
To wszystko wydawało się banalnie proste - jasne reguły, żadnych niewiadomych, a poza tym tajemnica, która mogła ich tylko jeszcze bardziej do siebie zbliżyć. Pamiętał doskonale, jak parę lat temu Mark opowiedział mu o swoim romansie z żonatym facetem. Wydarł się na niego wtedy jak oszalały i kazał natychmiast z tego wycofać. Chcąc go uchronić przed zbyt wysoką ceną, jaką musiałby zapłacić za taki związek, zaryzykował nawet ich przyjaźń. Wtedy nie miał cienia wątpliwości co doradzić skołowanemu emocjonalnie Markowi, dzisiaj oddałby wszystko, żeby Mark siedział obok niego i z równą stanowczością udzielił mu rady. Jak by zareagował? On, zwolennik braku podziału na czarne i białe, orędownik prawa do szarych stref w życiu, bojownik na rzecz rozgrzeszenia życiowych pomyłek, uwielbiany przez innych za swoją dojrzałą wyrozumiałość, wychwalany za umiejętność ujęcia najbardziej pogmatwanego problemu w jedno zdanie, teraz stał sam, bez głosu, niepewny i zakochany tak jak nigdy dotąd.
"Jacy oni są?" - kiedy Don nabierał powietrza, by odpowiedzieć, Kent przerwał mu zanim zdążyłby jeszcze bardziej wszystko skomplikować - "Nie, nie ważne, spróbujemy..."
Nie czuł rozczarowania, złości, był dziwnie spokojny, opanowany. Wchodził wolno o schodach do swojego mieszkania. Przecież spodziewała się jakiejś informacji, która wyjaśni dziwne napięcie u Dona tego wieczoru. "Przynajmniej ze mną nie zerwał! Alleluja! Boże, jednak istniejesz!" - ta autoironia, to wszystko, na co mógł się teraz zdobyć. Czuł jak pulsują mu skronie, jak zaczyna mu braknąć oddechu, ale nie ze zdenerwowania, szoku, zaskoczenia, jakkolwiek by tego nie nazwał, tylko zwyczajnie ze zmęczenia wspinaniem się po schodach na górę. Chciał się jak najszybciej znaleźć w domu, wejść pod prysznic i spłukać z siebie mijający właśnie dzień. Już dzisiaj nic nie wymyśli, nie chciał nawet próbować.
"Za piętnaście minut w naszym miejscu, O.K? Tylko błagam, wyjdź już z biura! Jest piątek, Don, zrób to dla mnie."- po pięciu minutach zadzwonił kontrolnie pod ten sam numer, nikt nie odpowiadał - dobry znak, jednak wyszedł tak jak obiecał. Kent popędził do windy. Był już gotowy od pół godziny i czuł się trochę jak biegacz w blokach startowych, gdy sędziemu raz po raz zacina się pistolet, z którego ma oddać strzał do startu. Całe szczęście, że w windzie jechał sam, bo miał jeszcze parę sekund, by sprawdzić jak się prezentuje i czy ostatnie minuty nie pozbawiły go idealnego wyglądu.
Spotykali się już od trzech tygodni, a Kent wsiąkł w tą znajomość szybciej niż zwykle. Don był kolejnym przystankiem w jego życiu, na którym rozglądał się wokoło z nadzieją i cieszył się, że pierwsze widoki są tak obiecujące. Można powiedzieć, iż odważył się już nawet postawić walizkę na chodniku i dać parę kroków wokoło przystanku, przypatrzył się pierwszym przechodniom, a nawet odważył się zapytać niezobowiązująco jednego z nich ile kosztowałoby wynajęcie pokoju na parę dni w tej okolicy. Nie miał pojęcia jak duże jest to miejsce, choć widział zadbane ulice, wypielęgnowaną zieleń, a przede wszystkim wyczuwał spokój i bezpieczeństwo jego mieszkańców. Wiedział, że do następnego autobusu ma jeszcze sporo czasu, wiec był skłonny przejść się na dalszy spacer....
Poczuł, jak winda wytraca prędkość, ostatni raz zerknął w lustro, uśmiechnął się do siebie i pomyślał: "Może tym razem się uda?"
Był tak podekscytowany, że przegadał prawie całą kolację, a Don wcale nie walczył o swoje pięć minut, pozwolił mu wypełnić czas dowcipami, opowieściami, dzisiaj wyjątkowo było mu to na rękę. Dał krok w tył, jakby chciał się upewnić, że ma wystarczająco przestrzeni do skoku, z zamiarem którego nosił się od paru dni. Nie był tchórzem, wiedział dokładnie jak nabrać rozbiegu, z którego punktu się wybić, a ryzyko wylądowania w niewłaściwy sposób było przecież czymś normalnym.
Zapłacił rachunek i nawet nie chciał słyszeć, że Kent źle się czuje będąc wciąż jego gościem. "Hej, jutro zrobisz dla mnie jeszcze raz te babeczki z czekoladą i będziemy kwita." - złożył portfel i schował go do wewnętrznej kieszeni marynarki - "chodźmy już, O.K.". Kent nie mógł oderwać od niego oczu, każdy gest, nawet to jak chował ten portfel, wydawało mu się atrakcyjne. "Jeśli myślisz, że jestem typem kobiety, która lubi być utrzymywana przez starszego od siebie faceta, to się mylisz. Na dowód tego nie prześpię się dzisiaj z tobą, jestem niezależną, uznaną, odnoszącą sukcesy, młodą businesswoman - wygłupiał się, imitując ton rozhisteryzowanej, desperacko manifestującej swoje stanowisko panienki - i nie mam zamiaru do końca życia piec ci babeczek z czekoladą. Jeśli tak wyobrażasz sobie nasze szczęście, to przemyśl sprawę jeszcze raz, bo nie mam zamiaru z kimś taki zakładać rodziny..." Don nie wytrzymał i zdecydował się na skok - zatrzymał Kenta w połowie drogi do stacji metra, spojrzał niepokojąco poważnie i nie było już odwrotu: "Kent, ja mam już rodzinę... nie powiedziałem ci wcześniej, bo to trudne, rozumiesz...mam rodzinę, mam żonę, mam dwoje dzieci, a teraz mam też ciebie... muszę ci to teraz powiedzieć, bo nigdy byś mi nie wybaczył... kocham ciebie, ale mam też ich... ich teraz nie ma i dlatego jesteś ty... kocham cię... przepraszam..."
MK
Opowiadanie nadesłane na konkurs literacki Tęczowego Pióra 2004, zorganizowany przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Gejów i Lesbijek na rzecz Kultury - ILGCN.
naserio dobre...
praeie sie poryczelem...
papa