Około 1712 roku ukazał się w Londynie anonimowy traktat zatytułowany "Onania - albo ohydny grzech samogwałtu". Czegoś podobnego jeszcze nie było! Autor broszurki twierdził, że świat jest pełen onanistów, których los jest żałosny. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi, te wynaturzone kreatury narażają swoje zdrowie a nawet życie na najwyższe niebezpieczeństwo.
Broszurka okazała się niebywałym wydawniczym sukcesem a jej przedruki w wielu językach zalały całą Europę. Dziesiąte wydanie opublikowane zostało w Stanach Zjednoczonych. Bardzo rychło, oświecona "opinia publiczna" przyjęła do wiadomości i zaakceptowała fakt, że niewinne manipulacje męskim (albo żeńskim) organem płciowym są niesłychanie szkodliwe...
Co ma wspólnego onanista ze spekulantem giełdowym, trwoniącym swój wartościowy pakiet akcji? Jak pokazują badania nad historią masturbacji - zdumiewająco dużo.
Około 1712 roku ukazał się w Londynie anonimowy traktat zatytułowany "Onania - albo ohydny grzech samogwałtu". Czegoś podobnego jeszcze nie było! Autor broszurki twierdził, że świat jest pełen onanistów, których los jest żałosny. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi, te wynaturzone kreatury narażają swoje zdrowie a nawet życie na najwyższe niebezpieczeństwo.
Broszurka okazała się niebywałym wydawniczym sukcesem a jej przedruki w wielu językach zalały całą Europę. Dziesiąte wydanie opublikowane zostało w Stanach Zjednoczonych. Bardzo rychło, oświecona "opinia publiczna" przyjęła do wiadomości i zaakceptowała fakt, że niewinne manipulacje męskim (albo żeńskim) organem płciowym są niesłychanie szkodliwe. W odpowiedzi na oczekiwania rynku, wynalazcy konstruowali wymyślne urządzenia, uniemożliwiające dostęp do części intymnych w nieautoryzowany sposób. Były to rozmaite koszyczki i klatki na genitalia dla chłopców, pasy cnoty dla dziewcząt, skórzane uprzęże i metalowe pułapki.
Jakie źródła miała ta niesłychana i w dzisiejszych czasach zupełnie niezrozumiała histeria na tle masturbacji? Czy to możliwe, żeby w prącym lawinowo do wiedzy, oświeconym wieku osiemnastym wywołała ją cieniutka książeczka nieznanego autora? To właśnie pytanie postawił sobie Thomas Laqueur, historyk z uniwersytetu w Berkeley/Kalifornia. Wyniki jego długoletnich badań, zawarte są w opublikowanej właśnie pracy, zatytułowanej "Solitary Sex".
Zacząć trzeba od tego, że wzmiankowany traktat ukazał się w czasach niezwykle burzliwych dla cywilizacji europejskiej. Zaledwie dwadzieścia lat wcześniej założony został Bank of England - instytut finansowy, który był filarem rozwoju nowego systemu społeczno-politycznego: kapitalizmu. To w tych właśnie czasach dochodziło do tragikomicznych afer spekulacyjnych, takich jak "holenderska afera tulipanowa". Opisuje ją niezwykle barwnie Zbigniew Herbert w książce "Barbarzyńca w ogrodzie". Chodziło o to, że cebulki tulipanów stały się przedmiotem hazardu. Rzadkie odmiany tych kwiatów osiągały zawrotne ceny. W końcu, jedna jedyna cebulka kosztować mogła tyle, ile spora kamienica w Amsterdamie. Niezliczeni spekulanci dorobili się na handlu cebulkami tulipanowymi majątków, inni tracili wszystko - w jednej chwili.
Tulipanowa histeria brała się oczywiście z chciwości, z czysto kapitalistycznej chęci posiadania i - nierzadkiemu również dzisiaj - przekonaniu, że wystarczy jedna trafiona transakcja, by poza wszelką kontrolą władzy świeckiej czy kościelnej stać się milionerem. Podobnie jak onanista, który swoją orgiastyczną przyjemność czerpie w samotności i wbrew wszelkim przyjęty zasadom.
Przed rokiem 1712, termin "onanizm" był zupełnie nieznany. Nikt nie zajmował się tak banalną przyjemnością jak masturbacja. Co prawda w Biblii figuruje przypowieść o Onanie - ale przecież odnosi się ona do "stosunku przerywanego (coitus interruptus), a dobry Bóg miał uśmiercił nieszczęsnego Onnana za to, że nie chciał zapłodnić żony swego zmarłego brata. Masturbacja nie była uznawana za czynność grzeszną. Przeciwnie! Zabawy z penisem były patentowaną metodą mamek, wychowujących małych chłopców we Francji aż do wieku XVII. Przyjemności tej doświadczał sam król Ludwig XIII, o czym wiemy z zapisków jego nadwornego medyka.
I nagle - wraz z ukazanie się jednej, jedynej broszurki wszystko się odmieniło. Jak wspomnieliśmy, autor dziełka "Onania - albo ohydny grzech samogwałtu" pozostawał nieznany. Laqueur twierdzi, że był nim niejaki John Marten, konował, zarabiający na życie płodzeniem pseudomedycznych opracowań na temat chorób wenerycznych, opatrzonych w szczegółowe opisy okoliczności, w jakich można się było tych przypadłości nabawić. Także i w interesującym nas przypadku, opisy grzesznych onanistycznych praktyk niegrzecznych chłopców i dziewcząt wywoływały u czytających niezdrowe stany podniecenia. Ot, choćby historia o nieszczęśliwym młodzieńcu, który doprowadzał się do orgazmu aż osiem razy w ciągu godziny! - czy nie pobudzała wyobraźni w stopniu przynajmniej takim, jak dzisiejsze "świerszczyki" i "fotki"?
Po drażniących zmysły opisach, Martens przechodził do wniosków. Twierdził, że onanizm skutkuje ślepotą, obłąkaniem i wyniszczeniem organizmu prowadzącym do przedwczesnej śmierci. Zrozpaczonym rodzicom i bliskim ofiar zgubnego nałogu oferował od razu rozmaite proszki i kropelki swojej własnej produkcji.
Historyk Laqueur pisze, że John Marten miał niesłychany, genialny pomysł marketingowy, dzięki któremu zarabiał krocie. Takiego pomysłu nie miał nawet Kościół katolicki, który opatentował zakazy i klątwy dotyczące niemal wszystkich dziedzin ludzkiej seksualności.
Rychło, twierdzenia nieznanego nikomu szarlatana zaakceptowały tak zwane "autorytety" moralne i naukowe. Słowo "onanizm" trafiło do encyklopedii. W 1760, słynny szwajcarski lekarz Samuel Tissot (pionier w dziedzinie walki z ospą) opublikował epokowe dzieło pod tytułem "L'Onanisme". Na czterystu stronach wywodził w nim że w przypadku onanizmu nie chodzi wcale o grzech, albowiem jest to problem wyłącznie medyczny. Nic nie działa tak niszczycielsko na organizm jak samogwałt - nawet ospa! Szczególnie dotknięty jest mózg - pisał Tissot - który zostaje odwodniony (!) i w końcu wysycha (!!!). "Pewien człowiek - pisał słynny medyk - doprowadził się do takiego stanu, że jego mózg grzechotał w czaszce jak wyschnięty orzech w skorupie".
Samuel Tissot napisał bestseller i znów zadźwięczała kasa. Od tej pory, brednie wymyślane na temat onanizmu uzyskały naukową otoczkę. Na rynku zaroiło się od dysertacji znanych i nieznanych urologów, ginekologów i psychiatrów którzy również pragnęli zarobić. W zmysłowych obrazach opisywali oni cierpienia masturbantów: usychające kończyny, zmętnienie wzroku, włosy wyrastające na dłoniach. Do tego chóru ignorantów przyłączył się nawet słynny filozof Immanuel Kant, który czuł się w obowiązku potępić "lubieżne samozbrukanie, tak zdrożne jak zwierzęce chucie".
Nowoczesna medycyna już dawno zrehabilitowała onanizm, jako całkowicie nieszkodliwą a nawet pożyteczną metodę rozładowania napięcia seksualnego. Ale głęboko zakorzenione stereotypy twardo tkwią w ludzkich umysłach. Wbrew faktom uważa się że samozaspokajanie się jest "formą zastępczą", dowodem niedojrzałości. Psychoanalityk Zygmunt Freud był zdania, że onanizm jest fazą przejściową w procesie dojrzewania płciowego. Uprawianie onanizmu przez dorosłych miało być zatem dowodem na brak dojrzałości. Kościół katolicki uczy, że onanista ubożeje uczuciowo, bo przecież tylko seks małżeński którego celem jest "nowe życie" jest prawidłowy i zbożny itd., itp.
Jak pisze Laqueur, na progu trzeciego tysiąclecia pozostały w sferze intymnej dwa tematy, o których się wstydliwie nie mówi: wysokość zarobków i onanizm. Ma rację.
Na podstawie Der Spiegel opracowała Gabriela Ruszkowska-Meier