Jeszcze tylko dni i godziny pozostały do otwarcia w Sydney słynnej gejowskiej Olimpiady Gay Games 2002. W chwili, kiedy przesyłam tę korespondencję, w dalszym ciągi trwają rozpaczliwe próby zapewnienia pełnego finansowania dla tej mamuciej imprezy. Aż 13 tysięcy atletów, gejów i lesbijek z ponad 60 krajów zgłosiło udział w zawodach w 31 dyscyplinach. Koszt organizacji Gay Games obliczany jest na około 30 milionów złotych. Ceremonia otwarcia odbyć się ma na olimpijskim stadionie piłkarskim a pływacy ścigać się będą w "najszybszym basenie świata", czyli w Sydney Aquatic Center. Igrzyska otworzyć ma pani Marie Bashir, gubernator stanu Nowa Południowa Walia, zaś na estradzie pojawią się gwiazdy tej miary, co Jimmy Sommerville, Tina Arena czy kanadyjska piosenkarka i zadeklarowana lesbijka KD Lang. Tymczasem, szefowie komitetu organizacyjnego Gay Games w dalszym ciągu nie wiedzą, czy uda im się znaleźć sponsorów i zapewnić kredyty bankowe.
Jeszcze kilka dni temu, w kasie brakowało około miliona dolarów. Potem zgłosił się jeden z australijskich banków, oferując gwarancję kredytową. Jednak tak szybko jak się pojawił - tak rychło się wycofał. Komercyjne instytucje obawiają się ryzyka, mimo iż sprzedaż biletów na imprezy sportowe i festiwalowe idzie doskonale. Przewodnicząca Gay Games, Judith Fletcher twierdzi, że trwającej od drugiego do dziewiątego listopada Olimpiady i towarzyszącego mu festiwalu kulturalnego odwołać już nie można. Ale - możliwy jest też najczarniejszy scenariusz w postaci totalnego bankructwa i niewypłacalności.
W ciągu niewielu lat, Sydney zyskało sobie opinię gejowskiej stolicy świata. Nawet trwający dobę lot z Europy nie zniechęca turystów z Niemiec i innych krajów naszego kontynentu do odwiedzenia Australii. Najwięcej przybyszów jest jednak z Ameryki Północnej. Dziesiątki tysięcy młodych ludzi przyjechało na tegoroczny festiwal Mardi Gras i przez dwa tygodnie imprezowało na słynnej Oxford Street w pubach zwanych tu "hotel". Słynna "parada", czyli wielogodzinny przemarsz przez miasto kolorowego korowodu gejów i lesbijek przyciągnął setki tysięcy widzów.
Gejowska Olimipada to oczywiście dużo więcej niż tylko impreza rozrywkowa. W wielu ekipach występują znane gwiazdy sportu. Drużyna z Niemiec liczy ponad tysiąc osób, z czego 250 przylatuje z Berlina. Skąd więc problemy? Niestety - nie są one nowe i dotykają wszystkie niemal "branżowe" przedsięwzięcia na masową skalę. Już cztery lata temu Gay Games w Amsterdamie przyniosły deficyt. Podobnie jak igrzyska w Nowym Jorku osiem lat temu. Kilkanaście tygodni temu, festiwal Mardi Gras zakończył się finansową katastrofą. Największa w tym roku impreza gejowska w Europie, Europride w Kolonii, była co prawda wielkim sukcesem organizacyjnym i propagandowym, ale wpadką, jeśli chodzi o wpływy do kas organizatorów. Z każdego z tych wydarzeń wyciągnąć można naukę, że środowisko uwielbia sił bawić, ale nie lubi płacić. O środowiskowej solidarności nie ma co wspominać. Nadto, wiele imprez dawno straciło swe ideowe oblicze i stało się po prostu jeszcze jedną wielką party pod gołym niebem - w rodzaju berlińskiej Love Parade.
Krytycy mamucich imprez gejowskich zarzucają ich organizatorom egoizm, chciwość i brak ideowego profilu. Hasłem Gay Games Sydney 2002 jest "Uczestnictwo przede wszystkim". Z drugiej strony, udział w zawodach kosztuje i to sporo. Zatem na start w zawodach mogą sobie pozwolić tylko atleci z bogatych krajów, głównie USA (aż 4 tysiące zgłoszeń!). Reprezentantów z krajów Trzeciego Świata próżno szukać na liście uczestników. Tylko trzydzieści procent zawodników to kobiety. Cztery lata temu było ich 12 procent więcej. W ostatnim czasie, atmosfera wokół masowych imprez gej&les zaczęła się zagęszczać. Ideowi przywódcy ruchu "gejowskiej dumy" czują się wymanewrowani, zepchnięci na margines. Twierdzą, że imprezy naszpikowane do granic dobrego smaku seksem i nagością, wcale nie służą poprawieniu dobrego wizerunku mniejszości seksualnych. W ich pełnych goryczy słowach jest sporo racji. Organizatorzy wielkim wydarzeń komercyjnych odpowiadają im, że czas walki minął i nikt nie ma ochoty na budowanie barykad a młodzież chce się bawić.
Nawet Federation of Gay Games (FGG), coś w rodzaju gejowsko-lesbijskiego Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego nie jest zgodna co do wyboru marszruty. Czy Gay Games powinny stać się imprezą masową? Czy w poszczególnych krajach powinny powstawać gejowskie kluby sportowe, gejowskie drużyny piłkarskie i pływackie? Tak dzieje się już w USA i w Niemczech. Z drugiej strony, zamykanie się w mniejszościowym getcie jest zdaniem wielu drogą do nikąd.
Jak na razie, na masowych imprezach gej&les skorzystała tylko branża turystyczna. Australijscy hotelarze i restauratorzy oceniają, że Gay Games przyniesie obrót rzędu 100 milionów dolarów. 620 Tysięcy dolarów zainkasuje FGG z opłat licencyjnych.
Czy udało się urzeczywistnić ideę pierwszej gejowskiej Olimpiady w San Francisco w roku 1982? Jej hasło brzmiało "Gay Games zmienia świat". Świat się zmienił po 20 latach - to nie ulega wątpliwości. Młodzi ludzie, przybywający teraz do Sydney nie myślą o ideologii. Cieszą się na dobrą zabawę, zdrową rywalizację, słońce i noce przetańczone w dyskotece. A propos: Taniec towarzyski jest jedną z najpopularniejszych imprez Gay Games. W parach jednopłciowych oczywiście!
Jerzy Świerżeński