Mieszkając długie lata na Zachodzie, dziewczyny les spotykałem bardzo często. Raz była to siostra faceta, który z ogromnym uporem, choć bezskutecznie, usiłował mnie zaciągnąć do łóżka. Była bardzo silna, męska, jeździła na motorze, wielkiej maszynie (chyba Harleyu) i nosiła skórzaną kurtkę. Jej oblubienica, na odwrót, wyglądała niczym łania z filmów Disneya. Była śliczna, delikatna i sprawiała wrażenie niewinnej anielicy. Kochały się bardzo i były strasznie o siebie zazdrosne. Później poznałem właścicielkę popularnej dyskoteki, do której regularnie chodziłem. Był to lokal kultowy. Nazywał się, tak jak jego gospodyni: "Cosy", mieścił się w piwnicy i przypominał nieco warszawski "Fantom". Towarzystwo przychodziło mieszane, tak więc zawsze można tam było spotkać kogoś interesującego. Cosy królowała przy barze, otoczona wianuszkiem dziewczyn i chłopaków. Jej przyjaciółka, upozowana na wielką damę, obwieszona kosztownościami, rozdawała dworkom i paziom łaskawe uśmiechy. Moja znajomość z Cosy, na początku dość powierzchowna, przekształciła się potem w trwałą przyjaźń. Piło się mnóstwo alkoholu, głównie modnej wówczas tequilli. Dość powiedzieć, że Cosy wpadła w alkoholizm i pewnego dnia postanowiła gruntownie przemeblować swoje życie. Zerwała z damulką (zostawiając jej intratny lokal) i została artystką. W typowy dla ludzi przedsiębiorczych sposób dość rychło odniosła sukces, którego szczytowym momentem było zamówienie na wystrój stacji metra w mieście M.!!! Wyprowadziła się z swego luksusowego apartamentu i zamieszkała w starej kamienicy bez łazienek. Przytaszczyła do domu starą wannę, która stała na podwyższeniu w kuchni. Cosy często przyjmowała gości, siedząc w tej właśnie wannie po szyję w wodzie. Zawsze, kiedy jestem w mieście M., przypominam sobie stare czasy.
Cosy wprowadziła mnie w hermetyczny świat lesbijskich barów i dyskotek. Faceci byli tam rasą nie istniejącą - chyba, że w drodze absolutnego wyjątku i tylko w damskim towarzystwie. Zresztą, lokale te były świetnie zakamuflowane i niełatwo było je znaleźć. Często byłem tam świadkiem dramatów, gwałtownych scen zazdrości, kiedy powietrze świdrowały przenikliwe wrzaski, pazury były w robocie a kłaki fruwały po parkiecie. Takich bijatyk jak w knajpach les nigdy w męsko-gejowskich lokalach nie widziałem. Nie przypuszczałem nawet, że kobiety potrafią być tak agresywne.
Jeszcze później poznałem w Niemczech najpopularniejszą tam parę les, czyli popularną gwiazdę telewizji Hella von Sinnen i jej przyjaciółkę Cornelię Scheel, córkę byłego prezydenta RFN.
Kiedy więc kiedy na mej drodze życia pojawiła się Rosel (o której szeptano że jest z branży), znana i bardzo cenioną aktorka, miałem już niejakie pojęcie o życiu kobiet "kochających inaczej". Weronika była panią po pięćdziesiątce, fantastycznie zadbaną. Dla utrzymania sylwetki nie jadała mięsa i chodziła wszędzie na piechotę, choćby lało jak z cebra lub sypał śnieg. Chodziła - to za mało powiedziane. Zasuwała galopem. Miała świetne nazwisko, grała główne role w najlepszych teatrach i pracowała z najlepszymi reżyserami. Światową sławę zdobyła kreacją w filmie R.W. Fassbindera "Podwójne życie Weroniki". Słynny reżyser, który umarł młodo, bo w wieku chyba trzydziestu sześciu lat, zapisał jej w spadku skórzaną sofę. Siedzieliśmy na niej często w luksusowym, dwupoziomowym mieszkaniu Weroniki i gadaliśmy o wszystkim i o niczym.
Któregoś dnia, Weronika zadzwoniła do mnie i zapytała czy nie miałbym ochoty pójść na koncert znanej piosenkarki "kejdilang".
"Kejdikto?" - zapytałem. Nigdy nie słyszałem tego nazwiska. Oburzona taką ignorancją Weronika objaśniła, że K.D.Lang jest wschodzącą gwiazdą country, że pochodzi z Kanady i że jest jej dobrą znajomą, bo właśnie skończyły kręcić za oceanem jakiś film.
OK - powiedziałem i w ten sposób wzbogaciłem się o fascynujące i niezapomniane przeżycie.
Koncert odbywał się w miejscowej Filharmonii, ogromnej supernowoczesnej budowli z salą na ponad trzy tysiące miejsc. Kiedy stawiłem się na miejsce z Weroniką uczepioną mego ramienia, zorientowałem się, że coś jest nie tak. Przede wszystkim, przy położonym z tyłu gmachu wejściu dla artystów kłębił się dziki tłum młodych dziewcząt. Każda trzymała fotografię K.D.Lang lub zeszycik do wpisania autografu. Kompletny brak chłopców rzucił mi się od razu w oczy, (bo jestem na to dość uczulony). W foyer ten sam obrazek. Wszędzie tylko dziewczyny - młode i starsze. Same i z partnerkami. W stadkach, podniecone, ubrane w najlepsze ciuchy, kupujące plakaty, programy, płyty i gadgety. Niektóre z nich w męskich garniturach, obcięte na krótko, wyglądały na pierwszy rzut oka na facetów. Inne podkreślające swą kobiecość, w sukienkach lub obcisłych dżinsach. Dopiero wtedy, Weronika powiedziała mi, że K.D.Lang uznawana jest za lesmegastar, królową lespop, władczynię serc, uwielbianą przez setki tysięcy i miliony dziewczyn na całym świecie.
Gdy wszedłem na salę, zatkało mnie. Zobaczyłem wypełnioną do ostatniego miejsca widownię, trzy tysiące lesbijek - radosnych, na pełnym luzie, czekających na koncert niczym na swoją Love Parade, na wielkie święto. Here we are!!! Mężczyzn zliczyć było można na palcach jednej ręki. A i ci byli w większości nieprzyzwoicie wręcz wygięci.
Sam koncert był po prostu świetny. Już po pierwszej piosence zorientowałem się, że K.D.Lang jest niezwykłą, wspaniałą artystką. Śpiewała przeboje z płyty "Ingenue", za którą dostała potem aż pięć Grammy Awards, jedną z najbardziej prestiżowych fonograficznych nagród.
Trudno powiedzieć, by K.D. miała pociągającą powierzchowność - przynajmniej, jeśli oglądać ją oczyma faceta. Jest duża, potężnie zbudowana niczym drwal z kanadyjskich lasów. Nosi dżinsy z wypuszczoną na wierzch koszulą. Ale ten głos! I ten wdzięk! Podrywała wszystkie dziewczyny na sali. Tarzała się po scenie, tańczyła, skakała, schodziła ze sceny do publiczności, zmieniała rytmy i nastroje. Publiczność wyła, ryczała, słychać było histeryczne krzyki, nawoływania "I love you, I love you". Omdlenia i histeryczne zapaści były na porządku dziennym.
Było to chyba jedno z najbardziej niezwykłych wydarzeń artystycznych, w jakim mogłem uczestniczyć. Gdy w końcu, po długich bisach zgasły światła, trzy tysiące dziewczyn rozproszyło się, rozeszło, wtopiło się w ciemność nocy. I pomyślałem sobie - już chyba nigdy więcej w życiu nie zobaczę trzech tysięcy rozszalałych les w jednym miejscu.
Ale to nie koniec. Rosel (a ja z nią) zaproszeni zostaliśmy na małe przyjęcie, tak znane "after show". Za kulisy zaprowadziła nas młoda, ubrana na czarno dziewczyna. Garderoby strzegły inne dziewczyny, ubrane w czarne stroje ochroniarzy. Stały w rozkroku przy wszystkich wejściach z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Miały śliczne, cherubinkowate buzie i smukłe sylwetki. Nie wyglądały wcale groźnie, choć jestem pewien, że w razie potrzeby dałyby radę niejednemu facetowi. Niedługo potem zjawiła się sama gwiazda. Piliśmy szampana i gawędziliśmy. Zorientowałem się, że między Weroniką a K.D. coś było - było, ale już nie jest. I że obie starają się ten romans, (który wydarzył się podczas pracy nad wspomnianym filmem), przenieść na płaszczyznę przyjaźni. K.D. podarowała Weronice egzemplarz swej złotej płyty a mnie wypytywała o Polskę. Przyznała się, że była już w naszym kraju, bo miała w swej kolekcji dziewczynę z Polski, scenografkę (chyba z Torunia). Podarowała mi też płytę. Mam ją do dziś.
Kiedy słucham "Constant craving" przypomina mi się to wszystko - i żal mi się robi, że tu, w Polsce kontakty z naszymi siostrami z wyspy Lesbos są tak sporadyczne i powierzchowne. Kiedy będziecie przechodzić koło sklepu z płytami - wstąpcie i zapytajcie o K.D.Lang. Naprawdę warto.
Janusz Marchwiński