"Bruksela narzuciła Polsce, aby środowiska homoseksualistów zostały dopuszczone do dotacji UE przeznaczonych dla organizacji pozarządowych" - napisała niedawno prawicowa gazeta "Życie". Zaś Marta Fogler, zastępca przedstawiciela polskiego parlamentu w konwencie UE nie mogła się nadziwić, "dlaczego akurat mniejszości seksualne." Rzeczywiście - Unia Europejska dba o to, by na jej obszarze chronić mniejszości (nie tylko seksualne) i przeciwdziałać instytucjonalnej, państwowej hipokryzji. W Polsce, hipokryzja ta wyraża się w tym, że w uchwalonej zaledwie kilka lat temu Konstytucji znajduje się co prawda zakaz dyskryminowania kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu. Jeśli jednak zapytać, jakie kroki są podejmowane, by zapis ten wprowadzić w życie - trudno otrzymać zadowalającą odpowiedź.
W istocie - władze Unii Europejskiej są przekonane, że dyskryminacja "różnych środowisk z powodu ich płci, rasy, wyznania czy orientacji seksualnej" jest w Polsce takim samym problemem jak wszędzie indziej. Nie jest to jakieś szczególne potępienie naszego kraju, a raczej zachęta do działania. Reakcja prawicowej prasy, ale też urzędników państwowych również nie musi nikogo dziwić. Najwidoczniej ani dziennikarze "Życia" ani pani Fogler nie czytali Konstytucji RP. Hasło "homoseksualizm" jest w pojęciu bardzo znacznej części polskiego społeczeństwa kojarzone z dewiacją i grzechem. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że tego typu rozumowanie, wynikające z niewiedzy i głęboko zakorzenionych stereotypów, jest doskonałą glebą dla dyskryminacji. A przecież członkostwo w Unii obliguje wszystkie kraje, ich instytucje państwowe, społeczne i całe środowiska do stosowania obowiązujących standardów. Ich osiągnięciu w krajach kandydujących służą programy dostosowawcze - w tym wypadku program Access 2000. Umożliwia on stowarzyszeniom mniejszości seksualnych ubieganie się o dotacje na równi z innymi organizacjami społecznymi.
W krajach Unii, standardem jest wprowadzanie do ustawodawstwa antydyskryminacyjnych przepisów szczegółowych. Nie chodzi tu o tak zwane "małżeństwo gejowskie", czyli partnerstwo zarejestrowane. Do lata roku 2003 wszystkie kraje członkowskie UE przyjąć mają akty prawne zabraniające dyskryminacji ze względu na pochodzenie etniczne i rasę. Sześć miesięcy później takie same uregulowania obowiązywać muszą w prawie pracy. Znaczy to, że nikt nie będzie mógł odmówić zatrudnienia kogokolwiek, ponieważ jest gejem lub lesbijką. Same ustawy oczywiście niewiele znaczą, jeżeli nie są przestrzegane. Zaś ich wdrożenie, wymaga zaangażowania publicznych pieniędzy. Celowości takiego wydatku nie kwestionuje żadna poważna siła polityczna.
Już w 1989 roku, powstała w berlińskim ratuszu pierwsza placówka, która z urzędu zajmować się miała problemami gejów i lesbijek. Za skomplikowaną nazwą "Fachbereich für gleichgeschlechtliche Lebensweisen" (referat do spraw jednopłciowych form życia) kryje się biuro, którego zadaniem jest przeciwdziałanie dyskryminacji i promowanie postaw tolerancyjnych. Od 1995 roku, w stolicy Niemiec obowiązuje nowa ustawa zasadnicza (Berlin jest jednym z krajów związkowych RFN), w której znalazł się zapis, że nikt nie może być dyskryminowany ze względu na swą orientację seksualną (artykuł 10, punkt 2). Czterech urzędników miejskich troszczy się już od niemal 13 lat o prawa berlińskich gejów i lesbijek. Do dyspozycji referatu stoi rocznie suma ok. 320 tysięcy euro z której finansowane są różne projekty, składane przez organizacje gejowskie i lesbijskie. W ostatnich latach były to m.in.: Centrum Poradnictwa Mann-O-Meter, przy którym działa telefoniczna centrala rejestrująca przypadki czynnych napaści na gejów (Überfalltelefon), berlińska Lambda, projekt Kombi. Jak wszystkie urzędy publiczne, tak i "referat do spraw jednopłciowych form życia" musi rozliczyć się z każdego wydanego grosza. Zaś kiedy kasa miasta świeci pustkami - budżet jest obcinany (w tym roku o około 60 tysięcy euro).
Biuro nie powstało naturalnie dzięki dobrej woli urzędników czy polityków. Jego utworzenie poprzedziła dość długa walka. Tworzyły się grupy gejowskie i lesbijskie, trwały rozmowy, na ręce władz składano petycje, projekty, domagano się pieniędzy. Wśród tzw. "decydentów" przeważyła w końcu opinia, że należy utworzyć coś w rodzaju punktu "pierwszego kontaktu", placówki pośredniczącej pomiędzy władzą a przedstawicielami mniejszości seksualnej. Aby zaspokoić roszczenia finansowe grup, przeznaczono w budżecie pewną stałą sumę, która jest rozdzielana pomiędzy petentów. 320 tysięcy euro może wydawać się kwotą olbrzymią. W budżecie Berlina jest ona jednak mikroskopijna. Jest to niewiele także w porównaniu z możliwościami niektórych berlińskich organizacji, na przykład komitetu organizacyjnego parady gejowskiej, który obraca milionami euro. Dotacje pozwalają jednakże sfinansować cenne projekty niekomercyjne. Dodatkowo umożliwiają ubieganie się o pieniądze z innych źródeł, bowiem uzyskanie 100% finansowania od jednej tylko instytucji jest niemożliwe.
Model berliński sprawdził się doskonale. Śladem Berlina poszło wiele innych krajów związkowych Republiki Federalnej. Podobne do berlińskiego biura działają w niemal wszystkich większych miastach - nawet tam, gdzie u władzy są partie prawicowe, sprzeciwiające się przyjętej w ubiegłym roku przez niemiecki Parlament ustawie o konkubinacie. Miasto Kolonia wspomaga działalność centrum kulturalnego dla gejów i lesbijek SCHULZ dotacją wysokości ok. 40 tysięcy euro rocznie. W Monachium, komunalna placówka, powołana w celu nawiązania współpracy z środowiskami gej&les nazywa się "biurem koordynacyjnym".
Ciekawą formą instytucjonalnego wsparcia mniejszości jest działalność grup studenckich, które istnieją na wszystkich niemal niemieckich uniwersytetach. Są one częścią studenckich parlamentów i korzystają z pieniędzy przewidzianych na ich projekty. Wiele z nich ma bardzo radykalne programy działania - mimo to nie odmawia się im prawa do istnienia i realizowania swych statutowych celów.
Nie jest moją intencją przedstawienie w krótkim tekście całego bogactwa gejowskiego życia w Niemczech i Europie Zachodniej. Pragnęłam jedynie pokazać, że jeśli współpraca grup gejowskich i lesbijskich z urzędami państwowymi i komunalnymi możliwa jest w Niemczech, to powinna być możliwa także w Polsce. Nawiązanie współpracy z urzędnikami i politykami wymaga czasu, cierpliwości i wielu zabiegów. Sądzą jednak, że jeśli nagrodą mogłaby być zgoda na wywieszenie podczas obchodów CSD gejowskiej flagi na warszawskim ratuszu (tak, jak ma to miejsce na przykład w Frankfurcie nad Menem), to warto ten wysiłek podjąć. Sądzę, że polskie organizacje są już gotowe, by przystąpić do szturmu.
Gabriela Ruszkowska-Meier - Berlin