Byli polscy robotnicy przymusowi tłoczący się przy okienkach kasowych, by odebrać rekompensatę za niewolniczą pracę w czasie drugiej wojny światowej, z pewnością nie wiedzą, że ten późny akt sprawiedliwości zawdzięczają w dużej części Volkerowi Beckowi - niemieckiemu politykowi, który zasiada w niemieckim parlamencie z ramienia partii Zielonych. Partia ta w koalicji z socjaldemokratami sprawuje obecnie władzę w Republice Federalnej. Ale nie przeforsowanie odszkodowań przysporzyły Beckowi popularności - lecz status pierwszego, całkowicie otwartego geja na szczytach władzy politycznej. Na swej orientacji seksualnej Beck oparł kampanię wyborczą do Bundestagu, a w dokumentach, przy pytaniu o stan cywilny, wpisuje: "partnerstwo homoseksualne". Jak pisze gazeta Süddeutsche Zeitung, przeciętnemu niemieckiemu zjadaczowi chleba Beck kojarzy się przede wszystkim pozytywnie z homoseksualizmem.
Odmienna orientacja seksualna to oczywiście o wiele za mało, by zrobić karierę w niemieckiej polityce. W końcu w Bundestagu zasiada lesbijska posłanka, członkini PDS, czyli partii tzw. postkomunistycznej, a mało kto o niej słyszał. Gejów nie brakuje też w szeregach pozostałych partii - chrześcijańskich demokratów czy liberałów. Volker Beck nie pozostawia wątpliwości: "Pewnie, że znam posłów-gejów, którzy nie chcą się ujawnić. Znam nawet takich, którzy ze strachu rozpowiadają o tym, że są heteroseksualni." No cóż, ktoś, kto od początku żyje w kłamstwie, ma wszelkie powody do obaw, że prawda - zamiast pomóc - może zniszczyć karierę.
Oficjalnie, w niemieckim świecie politycznym - pisze Süddeutsche Zeitung - orientacja seksualna nie jest żadnym tematem. Gej? A kogo to obchodzi? Niech sobie będzie, kim chce! Po spektakularnym outingu obecnego nadburmistrza Berlina, Klausa Wowereita, Volker Beck musiał jako dyżurny gej Republiki Federalnej udzielać bez ustanku sążnistych wywiadów prasie i ma serdecznie dość sztucznej wrzawy wokół jego osoby. Chciałby, by media obiektywnie oceniały jego polityczny dorobek. A jest on znaczny. W partii Zielonych jest ekspertem w sprawach prawnych. Oprócz wspomnianej ustawy o odszkodowaniach dla robotników przymusowych, zajmował się w ostatnich miesiącach reformą systemu prawnego i systemu bezpieczeństwa państwa. Ma niezwykłe umiejętności jako wytrwały negocjator. W oku cyklonu najostrzejszych kłótni nigdy nie traci nerwów.
Mimo wszystko jednak, powszechnie uważa się, że największym sukcesem Becka w obecnej kadencji parlamentarnej jest przeforsowanie ustawy o partnerstwie zarejestrowanym, czyli tzw. "małżeństwie gejowskim". Po ogłoszeniu wyników głosowania Bundestagu nad tą ustawą późnym latem ubiegłego roku, widać było, jak jest wzruszony. Jak zwykle ubrany w elegancki garnitur, stał tuż obok ławy rządowej i przyjmował gratulacje koleżanek i kolegów. Nikt nie miał wątpliwości, kto jest duchowym ojcem równouprawnienia dla niemieckich gejów i lesbijek, choć przecież nad ustawą pracowało wiele osób. On sam - paradoksalnie - nie skorzystał jeszcze z dobrodziejstwa ustawy, choć już od wielu lat żyje z przyjacielem, a symbolem tego związku jest złota obrączka, jaką nosi na palcu. Ale - Beck bardzo niechętnie mówi o swym życiu prywatnym. "Homoseksualizm nie ma nic do szukania w polityce" - powiada. Kiedy otrzymuje standardowe zaproszenia, adresowane do "pana i pani Beck", ironicznie zapytuje, czy "pani Beck to mamusia?" I wyjaśnia, że nie ma pani Beck. Jest natomiast pan, ale nie nazywa się Beck.
Z dobrze poinformowanych źródeł wiadomo, że w polskim Sejmie nie brak osób o odmiennej orientacji seksualnej. Żadna z nich nie wyróżniła się dotąd ani pozytywnie, ani negatywnie. Szkoda. Znaczy to po prostu, że polska demokracja nie dojrzała do tolerancji nawet dla najodważniejszych.
Gabriela Ruszkowska-Meier - Berlin