Tak w ogóle to musicie wiedzieć, że mam aktualnie straszną depresję - nic mi się nie chce i najchętniej przez cały dzień nie wychodziłbym z łóżka. Nie mam po co żyć, jestem gejem i takie tam, inne banały, z którymi na ogół jakoś sobie radzę.
Dzisiaj mam ten dzień, kiedy nie potrafię sobie poradzić. Nie mam jeszcze najgorzej. Jest co włożyć do garnka i gdzie się ogrzać... ale apetyt rośnie przecież w miarę jedzenia. A ja się już najadłem wszystkiego oprócz miłości.
Jadłem ją tylko przez trzy miesiące. Tak naprawdę nie zdążyłem nawet zaspokoić tego pierwszego, najważniejszego głodu, który męczy najbardziej. Byłem z kimś blisko i dałem się zwieść myśli, że będzie tak już zawsze. Okazało się, że nie. Od tamtego czasu minął już prawie rok - rok, od kiedy ostatni raz trzymałem kogoś w ramionach. Później już tylko leczyłem swoje złamane serce. Leczę je nadal, ale chyba nigdy nie uda mi się skleić go tak dokładnie, jak dokładnie gładkie było gdzieś tak około grudnia 2000; wtedy czułem, że wystarczy kochać, żeby dostać to samo. Teraz rozumiem, że kochać i być kochanym to dwie zupełnie różne sprawy.
W sumie nie mogę powiedzieć, że przez tamte trzy miesiące nie byłem kochany. Wręcz przeciwnie: nie rozpaczałbym tak bardzo, gdybym nie czuł, że tamten ktoś dał mi z siebie wszystko, co mógł mi dać. Nie mógł dać więcej, bo przestał czuć to, co ja czułem do niego jeszcze pół roku po tym, jak sobie poszedł. Wiem, to wszystko jest okropnie zawiłe... jak całe moje życie, zwłaszcza psychiczne ;)
Zdecydowanie nie wyrażam się zbyt jasno. Przepraszam. Wszystko przez to, że dziś mam pecha. Tak samo jak wczoraj - może jutro będzie lepiej... Wstanę wcześnie i będę tryskał energią, jak przystało na moje dwadzieścia jeden lat. Naprawdę nie powinienem być smutny - mam wszystko, czego dwudziestojednolatkowi może brakować do szczęścia. Wszystko oprócz kogoś, komu można by szepnąć do ucha "kocham Cię".
Wiem, że się nie poddam. Będę szukał i szukał, aż wreszcie znajdzie się ktoś, kto pokocha mnie tak samo, jak ja jego. Nie cierpię chodzić na spotkania, wystawać w umówionym miejscu, zastanawiać się, czy ten ktoś podejdzie albo jak wygląda. Nienawidzę tego wszystkiego i kocham to... jednocześnie. I nigdy z tego nie zrezygnuję. Prowadzę zbyt bujne życie emocjonalne, w przeciwieństwie do życia erotycznego ;) Czasem myślę, że od czasu do czasu wystarczyłoby się po prostu z kimś puścić (oops!) - udać, że to ktoś, z kim jestem na stałe, oszukać własne myśli i skupić się tylko na tym, co mam przed sobą: czyjeś ciepłe ciało, które da mi sto razy większą rozkosz, niż moja własna ręka. Nie, nie jestem tak zwany "zepsuty" (jakie to śmieszne określenie ;) Otrzymałem wychowanie w duchu katolickim. Przez dziesięć lat byłem ministrantem, odszedłem, kiedy już nie mogłem znieść własnej obłudy.
W ogóle kiedyś wydawało mi się, że przejdę przez życie samemu. A potem nagle wszystko się zmieniło - zapragnąłem miłości jak niczego innego na świecie. Zrozumiałem, jak wiele stracę, jeśli nie uda mi się spotkać nikogo, kto będzie chciał iść ze mną przez życie. Kogoś, kto rozumie, że miłość to nie jest nieustanna zmysłowa ekscytacja, tylko wspólne budowanie swojej przyszłości na fundamencie wzajemnej tolerancji i wierności. Zaczynam brzmieć jak jakiś Doktor Psychologii... hm... ale tak to po prostu już jest. Nie ja wymyślałem zasady prawdziwej miłości.
Myślę zbyt perspektywicznie a jednocześnie za bardzo się spieszę. Patrząc na kogoś, kto mi się podoba, zastanawiam się, czy byłby w stanie wytrzymać ze mną dłużej niż parę miesięcy, staram się ocenić, czy nie byłbym dla niego zbyt nudny. Z drugiej strony wiem, że nie odpowiem sobie na to pytanie po dwóch, trzech spotkaniach. Czas jest w tym przypadku czymś niezbędnym, a ja wciąż jestem zanadto niecierpliwy. Chciałbym "Księcia od zaraz". Wiem, że to nie dobre, ale nie potrafię w sobie tego zmienić. W każdym bądź razie pracuję nad tym i może za jakieś pięć lat będę mógł wreszcie zupełnie ukrywać swoje uczucia. Nie pokazywać nikomu, że mi na nim zależy, dopóki ten ktoś sam mi czegoś takiego nie powie. Wtedy z radością objawię mu, że czuję dokładnie tak samo. I zaczniemy być ze sobą w sposób, o jakim marzę: będziemy dla siebie zwyczajnie, każdego dnia...
Co jeszcze mogę o sobie dodać na początek, droga Potomności? Może na przykład to, że uwielbiam się całować. Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego pocałunku, bo to było... tak... nieziemskie uczucie. Myślałem, że zemdleję, a moje serce biło tak mocno, że mało nie musiałem go łapać, żeby mi nie wypadło. To było jedno z tych nielicznych wydarzeń w moim życiu, które zapamiętam na zawsze - tak jak na przykład dzień, w którym powiedziałem do mojej siostry: "jestem gejem".
Już prawie nie pamiętam, jak smakuje pocałunek.
Kiedy się kładę spać, usiłuję to sobie jakoś przypomnieć... ale po kilku miesiącach to naprawdę trudne. Właściwie to pamiętam po prostu, że czułem wtedy szczęście. I tyle. W końcu robiłem to z osobą, która była dla mnie całym moim życiem, nie ciałem do całowania. Spojrzał na mnie, jak się patrzy tylko wtedy, gdy się kocha :) Nachylił... a potem zamknąłem oczy. Później, gdy pocałunki powinny były mi już spowszednieć - stało się wręcz odwrotnie: wiele razy, po takich bardzo długich, zdarzyło mi się zapłakać ze szczęścia. On obcierał moje łzy i szeptał: "Nie płacz, Kochanie".
Aż wreszcie przyszedł ten czas, kiedy już nie mogłem liczyć na to, że jeszcze kiedyś mi tak powie. Mimo wszystko nadal w to wierzyłem, resztką sił, które mi zostały. Płakałem znowu ale innym już płaczem. Moja siostra płakała razem ze mną, widząc, w jakim jestem stanie. Przemywałem twarz lodowatą wodą, spoglądałem do lustra i pytałem sam siebie: gdzie się podział ten ładny człowiek... To śmieszne, ale kiedy czułem, że jestem kochany, sam zacząłem się sobie podobać! Sama świadomość tego, że jest ktoś, kto daje mi odczuć, jak bardzo jestem mu potrzebny, dodawała mi we własnych oczach odrobinę uroku. Dowiedziałem się, co to znaczy: "przeglądać się w kimś, jak w lustrze". Ja przeglądałem się w moim Miłym.
Wiem, że piszę trochę chaotycznie, ale nic na to nie poradzę. To wszystko siedzi we mnie jednocześnie i - uwierzcie - robię, co mogę, żeby i tak posklejać jakoś te moje odczucia w coś przynajmniej w miarę uporządkowanego. Mam nadzieję, że ktokolwiek to przeczyta, nie pomyśli o mnie strasznie źle. I tak sam już się nie lubię wystarczająco bardzo ;) Nie lubię się za to, że tak się wszystkim przejmuję!!! Że chciałbym dogodzić najpierw całemu światu, a dopiero później sobie... a kiedy już nie mogę tego znieść, kolejność odwraca się na chwilę i robię coś, czego cholernie żałuję. Ale o tym... może kiedy indziej ;)
Oto ja - w "ogólnym zarysie" ;) Jestem właśnie taki... i proszę nie kłamać, że nie ma wśród Was kogoś tak samo zakręconego :)
Andy Backett [email protected]
Moim zdaniem nie powinnes sie juz ta sytuacja az tak przejmowac bo zwariujesz a to i tak juz do niczego nie p\rowadzi.... Trzymaj sie :)
Sam napisales ze to nie Ty wymysliles zasady prawdziwej milosci. A wiec kto to jest ? Spytaj sie swej duszy, serca, rozumu? Jak Ci odpowiedza szczerze w cichosci i spokoju Twego ja to pozniej pytaj sie tworcy tych zasad prawdziwej milosci o nia sama, o ta milosc, ktora jest prawdziwa miloscia...
Ściskam Cię mocno i życzę Ci wszystkiego dobrego, mam nadzieję że znajdziesz swoje szczęście gdziekolwiek by się nie ukrywało.
najbardziej mnie boli to ,ze to co dajeszz najcenniejszego z siebie-serce-milosc.wcale w pewnym momencie nie jest juz mu potrzebne,widzimy czlowieka takiego jak chcemy by byl wady sa zaletami i itp.a pozniej budzimy sie juz rano sami:(pozdrawiam jaro
i zechcę dotknąć
natrafię na miedziany drut
przez który biegnie elektryczny prąd
posypie się
popiołem
w dół
fizyka jest prawdziwa
biblia jest prawdziwa
miłośc jest prawdziwa
i prawdziwy jest ból.
(Halina Poświatowska)
... a potem odrodzisz się jak feniks z popiołów.
p.s. co nas nie zabije, to nas uzdrowi