Na jeden wieczór, krakowska dyskoteka "Cocon" przemieniła się w paryskie varieté. A to za sprawą piękności o dźwięcznych imionach Nicol, Sindy, Felon i Dafne. W minioną sobotę, mroźnego i zimowego 1 grudnia roku 2001, podczas występu czeskiej grupy travestie "Królowe Nocy", Kraków po raz drugi przeżył egzotyczną, przedkarnawałową gorączkę. Na sali kłębił się tłum oceniany (na oko) na jakieś 600 osób. Nie sądzimy żeby ktokolwiek wyszedł znudzony. Były przepiękne kostiumy, światła, sztuczne ognie, niekończące się bisy i mnóstwo zabawnych sytuacji. Szampańska zabawa trwała do białego rana.
Czteroosobowy zespół "Królowe Nocy", którego założycielem i szefem jest Zoltan, występujący na scenie jako Madame Dafne istnieje już od ponad czterech lat. Jego własny życiorys sceniczny jest znacznie dłuższy (choć dam o wiek się nie pyta). Ponad dziesięć lat temu Zoltan po raz pierwszy zmienił się w niebiańskiego ptaka i postanowił zbudować na tym ziemską egzystencję. Nie było to łatwe, choć Czechy są krajem znacznie liberalniejszym niż Polska i już pod koniec lat 80-tych zaczęły powstawać w Pradze zręby gejowskiej kultury. Jeśli ktoś widział legendarny film "Priscilla królowa pustyni", może sobie wyobrazić cygański żywot, jaki prowadzą artyści travestie. Także nasi czescy przyjaciele są ciągle w trasie, występując nie tylko w własnym kraju, lecz także na Słowacji i na Węgrzech oraz w Niemczech. Występy w klubach gejowskich należą zresztą do rzadkości - "Królowe Nocy" grają zwykle dla publiczności "heteryckiej" w teatrach, nocnych klubach i domach kultury. Podczas ostatnich prestiżowych Targów Erotycznych w Pradze, zespół zdobył w zaciętej rywalizacji wielu grup travestie pierwszą nagrodę.
Każda z "królowych" ma swoją specjalizację. Dafne jest perfekcyjną Tiną Turner. Z wieku, urzędu (i postury), naśladowanie "babci Tiny" wychodzi jej doskonale. Najmłodszy, 19-letni Petr jest anielskolicą Felon, która z kolei świetnie parodiuje Madonnę. Bezlitośnie wyciąga na scenę chłopaka z publiczności, demonstrując na nim akt płciowy z taką intensywnością, że biednej ofierze pot kropli się na czole. Sympatyczny blondynek Jindra uzupełnia repertuar "królowych" o żelazny punkt programu, czyli piosenki popularnej i w Polsce Heleny Vondračkovej. W "Coconie" bisować musiał aż trzy razy. I wreszcie Rene, z wykształcenia tancerz baletowy, z upodobaniem wciela się w rolę i powierzchowność gwiazd międzynarodowego show biznesu.
Czym różnią się "Królowe Nocy" od polskich drag queens? Na pewno profesjonalizmem. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro profesjonalne jest tylko to, co przynosi wystarczający do życia dochód. Nie można liczyć na pojawienie się w Polsce zawodowych grup travestie, dopóki sztuka ta będzie tylko hermetyczną rozrywką dla gejów. Najwidoczniej także, Czesi potrafią lepiej współpracować z sobą, mniej się kłócą i nie mają gwiazdorskich humorów, które pogrzebały niejeden polski zamysł stworzenia czegoś trwałego. Profesjonalizm to też umiejętność poskładania poszczególnych numerów w spójną dramaturgicznie całość. No i wreszcie ogromny zasób wspaniałych kostiumów, własnoręcznie projektowanych i szytych. Czego tam nie ma! Ogromne pióropusze, peruki przyozdobione owocami, cekiny i brokaty, futra i aksamity.
Wieczór w "Coconie" był bardzo udany, w czym także zasługa właściciela Grzegorza i konferansjerów. Ponad wszystko zaś - publiczności krakowskiej, która dała się porwać zabawie. A może inni właściciele lokali gejowskich w Polsce zechcą zaprosić "Królowe"? Zróbmy coś dla pogłębienia przyjaźni polsko-czeskiej!
Janusz Marchwiński
Zdjącia: Paweł