Strona główna Aktualności Społeczność
Profile Grupy Przewodnik Wydarzenia Wsparcie
Ogłoszenia
Towarzyskie Pokoje i mieszkania Praca Ogłoszenia drobne Edukacja Pozostałe Dodaj
Queeroteka
Książki Filmy i seriale Quizy Patronat Queer.pl
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Kontakt Reklama Regulamin
Queer.pl Portal osób LGBT+
Menu
Logowanie Rejestracja
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Poniedziałek, 19.11.2001 00:00

Lekcja tolerancji - webnowela

Podziel się Tweetnij Skomentuj (5)
Podziel się Tweetnij Skomentuj (5)

Odcinek siódmy

Gdy byłem młodszy rzadko pamiętałem sny i bardzo mi się to nie podobało. Ludzie opowiadali co im się śniło i pytali co mi się śniło, a ja mówiłem, że nic i było mi smutno, że inni mają sny a ja nie. Chociaż zwykle zostawało w mojej głowie przynajmniej jakieś wrażenie snu, jakiś jakby posmak, to znaczy, chociaż nie pamiętałem co mi się śniło, to jednak miałem wrażenie, że jakiś sen miałem i zwykle pamiętałem, czy był przyjemny, czy nie. W końcu ktoś kiedyś zauważył, że budząc się mam przed sobą okno. Podobno, gdy zaraz po obudzeniu spojrzy się przez okno, nawet mimowolnie, cały sen wylatuje z głowy. Od tamtej pory zasłaniałem żaluzje na noc i następnego dnia zwykle pamiętałem swoje sny, co mnie cieszyło.
Ale dzisiaj nie chciałem pamiętać swojego snu. Miałem dość tych koszmarów, które nękały mnie ostatnio po nocach, więc w sobotę postanowiłem po prostu nie zasłaniać żaluzji na noc, obudzić się z widokiem zza okna przed oczami, który skutecznie wymazywał z mojej pamięci sny. I tym razem, podobnie jak w dzieciństwie, sen szybko wyleciał z mojej głowy. Pozostawił w niej tylko jakieś niejasne wspomnienie, tylko świadomość, że w ogóle miałem jakiś sen i że był to sen nieprzyjemny.
Poszedłem do łazienki, a gdy wróciłem, mama zajrzała do mojego pokoju i powiedziała, że śniadanie czeka na mnie na stole. Odpowiedziałem, że za chwilę przyjdę.
Przy śniadaniu znowu atmosfera była jakaś pusta i nijaka. Po pewnym czasie do salonu weszła trochę jeszcze zaspana Monika i usiadła z nami do stołu.
- Tata wraca w czwartek, czy w piątek? - spytała.
- Nie wiem - odpowiedziała mama. - Dzwonił wczoraj wieczorem znowu i mówił, że znowu mu się wydłużyło.
- Dzwonił? Dlaczego mnie nie zawołałaś?
- Było już późno i już spaliście. Macie od niego ucałowania.
Poczułem swego rodzaju ulgę, że powrót taty znowu trochę się opóźnił. Niewątpliwie bałem się tego momentu, kiedy tata miał się pojawić w domu, który był właściwie domem już innym. Bałem się, czy mama utrzyma przed nim tajemnicę, czy też wszystko mu powie? A jeśli będzie wolała mu nie mówić, to czy on sam czegoś nie wyczuje? A gdy już się w ten czy inny sposób czegoś dowie, jak zareaguje? Były to bardzo dręczące pytania. Ale pomyślałem, że lepiej nad tym na razie nie myśleć i skupić się na moich obecnych problemach: na naprawieniu kontaktu z mamą i wyzbycia się z podświadomości lęków, których wyrazami są moje sny. Przemknęła mi przez głowę myśl o psychologu.
- O kurde! - krzyknęła Monika. - Już dziesiąta? Ja jestem za pół godziny umówiona z Izą.
- Dlaczego tak wcześnie? - spytała mama.
- Mam jutro decydującą klasówkę z historii. Będziemy się cały dzień u niej uczyć. W każdym razie taką mamy nadzieję - mówiła wpychając w usta na szybko kanapkę.
Wypiła duszkiem herbatę, a potem pobiegła do łazienki, więc zostałem przy stole znowu sam z mamą.
- Jak tam nauka? - spytała.
- Powoli - bąknąłem. Przez chwilę zastanawiałem się czy powinienem powiedzieć coś więcej. Postanowiłem kontynuować: - To wszystko trochę mnie przytłacza i ciężko mi jest się skupić na nauce.
Mama przez chwilę milczała i nie wiedziała co powiedzieć. Wydawało mi się, że wpędziłem ją swoimi słowami w swego rodzaju poczucie winy: "widzisz? Taką atmosferę tworzysz w domu tym swoim histeryzowaniem, że nie mogę się skupić!". Po chwili odezwała się:
- Zauważyłam, że ci z tym ciężko. Nie uczysz się, mało jesz. Boję się, że to się odbije na Twojej sesji. Ty chyba nigdy nie przeżywałeś takiego stresu.
- Przeżywałem.
- W czasie sesji?
- Tak.
- Kiedy? Ja nie pamiętam.
"Wtedy, gdy rozeszliśmy się z Piotrkiem" - pomyślałem i nie wiedziałem czy mam jej to powiedzieć czy nie. W tym momencie do pokoju wbiegła z łazienki Monika, chwyciła za telefon i uprzedziła Izę, że spóźni się kilka minut. Trochę się pośmiały i Monika odłożyła słuchawkę. Miała już pognać do swojego pokoju, ale spojrzała na nas i spytała:
- Ktoś umarł?
- Nie - odpowiedzieliśmy razem z mamą.
- To co macie takie miny?
- A tak jakoś - odparła mama, przywołując na twarz sztuczny uśmiech.
Monika jak najbardziej zauważyła sztuczność tego uśmiechu, ale chyba nie miała czasu, żeby drążyć ten temat i poszła do swojego pokoju się ubrać. A między mną a mamą znowu zapanowała cisza. Pamiętałem pytanie mamy, ale postanowiłem na nie nie odpowiadać. Podjąłem inny temat.
- O której idziemy do kościoła?
- Jak to my? - zapytała niepewnie mama. - To ty pójdziesz do kościoła?
- A dlaczego miałbym nie iść?
- No przecież... sam mówiłeś, że Kościół...
- Potępia gejów - dokończyłem za mamę po cichu, tak, żeby Monika nie usłyszała.
- No właśnie - odparła z zapałem.
- Tak, ale ja tam nie idę spotkać się z szanownym księdzem i posłuchać co on ma do powiedzenia z w sprawie polityki, aborcji, rodziny i innych rzeczy, w których ma zerowe doświadczenie. Idę tam spotkać się z Bogiem. Porozmawiać z Wszechmogącym.
Monika wyszła ze swojego pokoju i biegnąc w stronę drzwi wyjściowych krzyknęła "Wrócę późno!", po czym trzasnęła drzwiami.
Ja i mama chwilę milczeliśmy. Ja patrzyłem na nią, a ona miała wzrok utkwiony gdzieś daleko, zdawała się być nawet trochę nieobecna. W końcu powiedziała po cichu i powoli:
- Ja się w takich momentach zastanawiam... czy ten Bóg to naprawdę istnieje? Jak on może pozwalać, żeby coś takiego mnie spotkało? Czy ja czymś zgrzeszyłam?
- Może zgrzeszyłaś - powiedziałem trochę nieśmiało.
- Ale czym mogłam zgrzeszyć tak bardzo, że dostaję karę, która... która będzie trwała do końca życia!
- Mamo... - zacząłem i nie wiedziałem co dalej powiedzieć. To znaczy wiedziałem, ale trudno było mi to ubrać w jakieś słowa, które ona byłaby w stanie zrozumieć i które by do niej dotarły. - Proszę cię, nie odwracaj się teraz od Boga. Poproś go o... o zrozumienie. O szacunek dla tego co daje ci w życiu, niezależnie od tego, czy subiektywnie to coś wygląda na złe czy dobre. Spróbuj znaleźć w tym trochę... jakby nauki. Potraktuj to może jako lekcję tolerancji od Boga... Nie wiem...
Mama nic nie odpowiedziała, ale wiedziałem, że wysłuchała mnie uważnie i nawet jeśli teraz moje słowa do niej nie dotarły i ich nie zrozumiała, lub nie miała siły zaakceptować, to na pewno zachowa je w pamięci, żeby potem móc je przemyśleć. Po chwili ciszy powtórzyłem swoje pytanie sprzed momentu:
- No więc o której pójdziemy do kościoła.
- Ja nie wiem czy pójdę - powiedziała drżącym głosem.
- Nie wiesz czy w ogóle pójdziesz, czy nie chcesz się pokazywać w kościele w towarzystwie zboczeńca? - spytałem nie ukrywając kąśliwej ironii.
- Synku, proszę cię, nie mów tak, bo ja to teraz już sama nie wiem, czy ty to mówisz poważnie. Czy ty też to uznajesz za zboczenie?
- Mamo! No skąd? Przecież to była ironia! I co miało znaczyć to "też"? Mam rozumieć, że nasze ostatnie rozmowy, za przeproszeniem, gówno dały i że dalej patrzysz na mnie jak na człowieka nienormalnego?
Mama patrzyła na mnie wzrokiem trochę przestraszonym moim tonem, trochę zdziwionym, bo w końcu nie zrozumiała dlaczego sam o sobie powiedziałem "zboczeniec" i trochę zawstydzonym, bo gdy już zrozumiała moją ironię, zrobiło jej się głupio, że ciągle uznaje mnie za jakiegoś patologicznego odmieńca. Ale tym razem było w tym spojrzeniu już trochę siły. Czułem, że to już jest inna mama, niż trzy, cztery dni temu. Zdawała się mieć więcej odwagi, żeby stawić czoła temu "czemuś", może nawet żeby zadać pytania, na które wcześniej bałaby się poznać odpowiedź. Miałem nawet wrażenie, że za chwilę zapyta o coś.
- Przepraszam cię, synku. Po prostu wiem jeszcze bardzo mało i bardzo mało rozumiem. I chyba jeszcze trochę to potrwa; będziesz musiał mi to po prostu wybaczyć.
- A nie sądzisz, że w takiej ciężkiej chwili nie jest dobrze odwracać się od Boga, ale właśnie u Niego szukać odpowiedzi na niektóre pytania? I od Niego czerpać siłę na przetrwanie okresu, który wydaje się nam trudny i bolesny?
- Nie wiem kochanie... Ty nie miałeś chwil zwątpienia? Nie czułeś do Boga nigdy żadnej pretensji, że ot na ciebie akurat trafiło?
- Czułem. Ale wtedy pojawił się Piotrek. I, można powiedzieć, otworzył mi oczy na niektóre sprawy.
Mamie prawie stanęły w oczach łzy. Widziałem, że powstrzymywała się trochę przed łkaniem, gdy słuchała jak jej pierworodny mówił o swoim kochanku, zamiast o dziewczynach. Wydawało mi się, że w tej chwili myślała sobie "bądź silna i nie uciekaj od prawdy, ale miej odwagę poznać ją w pełni!". Poczułem się z niej jakby dumny i czekałem aż coś powie. Po chwili odezwała się:
- A co teraz z tym... Piotrkiem?
- Już nie jesteśmy razem - odpowiedziałem i po chwili dodałem:
- Powiedziałem przed chwilą, że doświadczyłem już kiedyś stresu w okresie sesji. To było właśnie wtedy, kiedy się rozstaliśmy z Piotrkiem.
- Zostawił cię?
- Nie do końca. Szczerze mówiąc mamo, nie chcę o tym rozmawiać. Powiem ci tylko, że... można powiedzieć, że obydwaj w pewnym momencie stwierdziliśmy, że nasz związek to nie to. Ale było to dla mnie trudne.
- No i między innymi właśnie dlatego mnie to boli, synku...
- To znaczy dlaczego?
- No na przykład właśnie ty z Piotrkiem... To przecież nie był taki związek jak inne związki. Nie mogliście się razem nigdzie pokazać, musieliście się na pewno powstrzymywać i w ogóle.
- Mamo, może trochę cię to zdziwi, ale to było w pewnym sensie piękne. To właśnie, że się musieliśmy powstrzymywać.
Mama milczała, tak jakby chciała mi powiedzieć "faktycznie mnie to dziwi". Mówiłem więc dalej:
- Chodzi mi o to, że rozłąka jest jakby nieodłącznym elementem związku. Tęsknota jest piękna właśnie dlatego, że po niej następuje powrót i radość z bliskości tej drugiej osoby. I radość ta jest większa, niż gdy mamy tę osobę koło siebie non-stop. Wtedy jakby bardziej się docenia to, że ten ktoś jest. I chyba podobnie jest z bliskością i tęsknotą fizyczną. Po tych wszystkich dniach, czy nawet tygodniach, kiedy nie mieliśmy z Piotrkiem możliwości się do siebie przytulić, nie mówiąc już o pocałunku, czy... - w tym momencie zrobiłem pauzę, bo nie miałem pewności, czy mogę tak śmiało powiedzieć to, o czym myślałem. Postanowiłem jednak ująć to dyplomatycznie i kontynuować - ... czy o czymś więcej, po tym długim okresie powstrzymywania się od fizycznej bliskości ze względu na to "co powiedzą ludzie", po tym czasie nasza bliskość była jakby... piękniejsza, doskonalsza, jeszcze bliższa. Nie byłoby jej, gdybyśmy tak codziennie mogli normalnie, tak jak heteryckie pary, wyrażać sobie swoją miłość na co dzień. To piękne tęsknić za czymś, o czym się ma świadomość, że powróci.
Rozgadałem się, wpadłem nawet w swego rodzaju trans wspominając te wszystkie chwile o których właśnie mówiłem mamie, a ona się zasłuchała w moje słowa i zdawała się je z jednej strony podziwiać, a z drugiej nie rozumieć. Po chwili jakby ocknęliśmy się i mama zaczęła szukać w pamięci wątku naszej rozmowy, na którym zbudowałem swój krótki wykład o tęsknocie.
- No dobrze, może to, że się musieliście powstrzymywać było w pewnym sensie piękne i może nawet dobre, choć przyznam, że nie do końca to rozumiem. Ale nie byliście inni tylko dlatego, że się musieliście kryć i powstrzymywać. Przecież to było jakby skazane na rozpad.
- Dlaczego skazane na rozpad?
- No bo przecież nie mogliście się zaręczyć, nie mówiąc już o ślubie.
Uśmiechnąłem się lekko. Rozmowa ta mi sprawiała podwójną przyjemność. Po pierwsze mama w końcu zadawała dość ważne dla mnie pytania. Pytania, które były choć w części takie, jakie chciałem. Po drugie jej typowo heteryckie poglądy na tematy, z którymi nie miała do tej pory styczności czasem mnie śmieszyły.
- Mamo, a czy tata był pierwszym chłopakiem z jakim kiedykolwiek chodziłaś?
- No... nie, ale to przecież co innego.
- Dlaczego co innego?
- No bo gdy w końcu spotkałam tatę, to chociaż nie był moim pierwszym mężczyzną, to w końcu się z nim zaręczyłam, ożeniłam i wiedziałam, że spędzę z nim resztę życia. Miałam swego rodzaju komfort. A ten wasz związek nie miał przecież nawet szans na coś takiego.
- Masz trochę racji, ale zapominasz o... jakby to nazwać? O elemencie ryzyka, że tak powiem.
- To znaczy?
- Ty i tata pobraliście się i jesteście szczęśliwi. Różnie między wami bywa, taty często nie ma, czasem się posprzeczacie, ale przyznasz chyba, że... - zawiesiłem ton dając do zrozumienia, że ciąg dalszy jest dla nas obojga oczywisty.
- Nie wyobrażam sobie bez niego życia - dokończyła moje zdanie mama.
- No właśnie. Mieliście szczęście. Ale spójrz na przykład na ciocię Hanię. Po roku znajomości, wyszła za wujka i od czterech lat przeżywa można powiedzieć koszmar. Przecież to jak on ją przy nas traktuje to już są rzeczy poniżej pasa, to co ona nam o nim opowiada jest po prostu przerażające, a i tak uważam, że ciocia nie mówi nam wszystkiego i naprawdę jest u nich w domu jeszcze gorzej.
Mama posmutniała i zamyśliła się trochę. W końcu opowiadałem o tym, jak bardzo jej siostra jest nieszczęśliwa.
- Ale dlaczego mi to wszystko mówisz? - spytała wycierając łzę, której nie mogła już powstrzymać.
.- Chodzi mi o to, że gej, nie mając ślubu, ma zawsze jakieś wyjście. Nie jest związany. Chociaż papierek świadczący o małżeństwie to w sumie nic. Można się rozwieść i po sprawie. Ale gdy pojawiają się dzieci... Przecież ciocia mogłaby tak naprawdę odejść od wujka, rozwieść się z nim, gdyby nie dzieci.
Mama jeszcze bardziej posmutniała i pogrążyła się w melancholii. Siedziała przez chwilę patrząc przed siebie pusto. Po policzku spłynęła jej kolejna łza, której nawet nie wytarła. W końcu odezwała się po cichu:
- Jak ja współczuję tym dzieciom... przecież ten jej Jurek to po prostu tyran... Jakie one będą miały dzieciństwo.
Przez jakiś czas siedzieliśmy tak w ciszy myśląc o nieszczęściu cioci Hani. Po chwili jednak mama przypomniała sobie, że rozmawialiśmy przecież na inny temat i odbiegliśmy od niego.
- Przepraszam kochanie - powiedziała. - Ty mi mówiłeś o...
- O elemencie ryzyka.
- No tak! Chyba już rozumiem o co ci chodzi.
- Po prostu o to, że nie biorąc ślubu i nie mając dzieci, nie będę nigdy tak mocno przywiązany do swojego partnera, i jeśli coś nie wyjdzie, to nie będę musiał siedzieć przy nim, męczyć się, bo trzeba odchować latorośl.
- Nie lubię tego słowa - uśmiechnęła się mama. - Ech, może masz trochę racji...
- Pomyśl o tym, mamo. Szczerze mówiąc, mam sporo znajomych, których rodzice się kłócą, męczą się ze sobą, męczą dzieci. Mam też kolegę, dla którego ulgą było, gdy jego rodzice się rozwiedli. Kto wie, kogo ja spotkam w życiu? Może kogoś z kim byłbym szczęśliwy tylko przez kilka lat, a potem to była by już męczarnia?
Mama milczała. Miałem wrażenie, że mnie rozumie, że przyznaje mi rację, ale nie chce, żebym o tym wiedział. Pewna jej część podpowiada jej ciągle, że gej po prostu nie może być szczęśliwy w życiu, że jest skazany na swego rodzaju moralną banicję w społeczeństwie.
- No to jak z tym kościołem? - zapytałem po chwili ciszy.
- Może pójdziemy na 12.30. Pod wieczór idę jestem zaproszona na kawę do koleżanki.
Spędziłem resztę niedzieli w miarę normalnie. Byliśmy w kościele o umówionej porze, a potem usiadłem do podręcznika i nie miałem już większych problemów z koncentracją.
Wieczorem, kładąc się spać odruchowo zasłoniłem żaluzje. Zaraz po tym uświadomiłem sobie, że właśnie wykonałem tę rutynową czynność i stwierdziłem, że powinienem je jednak odsłonić i pozwolić przestrzeni za oknem rozwiać moje poranne wspomnienia snu. Pomyślałem jednak przez chwilę i stwierdziłem, że może tym razem nie przyśni mi się koszmar, ani żaden sen związany z orientacją. Postanowiłem zostawić żaluzje zasłonięte, bo wydawało mi się, że idę spać w zbyt dobrym humorze, żeby miało mi się przyśnić cokolwiek nieprzyjemnego.


(Mozart)

W kolejnym odcinku już za tydzień: Decydująca rozmowa Filipa z jego najlepszą przyjaciółką Sylwią:
- No to opowiedz mi teraz o tych wszystkich swoich problemach, które są tak wielkie, że aż dręczą cię po nocach.
- Ech! - westchnąłem głęboko. - To nie jest takie łatwe...

OCEŃ ARTYKUŁ
Podoba mi się (2)
Nie podoba mi się (0)
Komentarze (5)
HEJT STOP!Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Komentuj
Moja ikona
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
Ikona
22.11.2001 22:47 Fisken
No nie wiem, z tymi ślubami... W mojej egzystencjalistycznej głowie powstaje duży wykrzyknik ( ! ); znaczy: uwaga! Dwa pytania: Funkcja czy forma? Ja wybieram, czy wybiera się mi?

1. Po co brać ślub? By wyznać sobie miłość? Przysią(dz/c) sobie coś, co może trzeba będzie odszczekać po czasie [ - realizm]? Poczuć uroczysty nastrój i rozpocząc nowy etap związku [ - formalizm] ?

2. A jeśli już zdecydujemy się na trwały związek, czy koniecznie biec trzeba w ołtarz? Po co te formy, zwyczaje... Decydując się na wspólne życie - trzeba koniecznie przypieczętować to jakimś symbolicznym wydarzeniem, żeby wszyscy widzieli i podziwiali? Moim zdaniem, w dzisiejszych czasach za dużo się gada, za mało robi [ - autokrytycyzm :) ] I zbyt wielki wpływ ma środowisko na jednostkę. Moje na mnie, na przykład, ale walczę z tym. Successfully jak na razie.
F.
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
21.11.2001 20:59 Azombi
"Lekcja tolerancji", to mówi samo za siebie. Na ostateczny komentarz jest jeszcze za wczesnie. Dobrze, ze znajduje sie coraz wiecej osób, ludzi, którzy nie boja sie wyznac, ze ich zycie zwiazane jest z ta sam plcia. Dzieki nim udaje sie przelamac bariery dziesiatek lat nietolerancji w stosunku do homoseksualistów. Do tego dochodzi jeszcze wplyw nietolerancji kosciola, pomimo tego, ze wlasnie tam homoseksualizm ma najwiekszy wplyw.
Poczekajmy na dalszy rozwój wydarzen.
Mysle jednak, ze czytajac to opowiadanie , wiekszosc z nas wraca w przeszlosc, gdzie znajduje podobne sytuacje, okolicznosci konfrontacji z rodzina i otoczeniem. Problemów w kregu przyjaciól. Które nie zawsze sa, albo które nie zawsze byly latwe do pokonania. Tolerancja, zrozumienie oraz przyjazn to to, czego potrzebujemy wszyscy. Poczekajmy co przyniesie ciag dalszy....
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
21.11.2001 12:04 Niezalogowany
dzięki
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
19.11.2001 20:40 Szymon Niemiec
uhhhhhh....z jednym sie tylko nie zgodze :-))))
Z tym, ze brak slubow wychodzi nam na dobre....wedlug mnie jest akurat odwrotnie...i tutaj poparlbym Mame....ale to oczywiscie moje prywatne zdanie
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
19.11.2001 20:14 Fisken
Tylko jak mi się to skończy w przyszłym tygodniu to: pozabijam! Nie kończyć tak szybko! Więcej! No. :)
cytuj zgłoś 0 0
Autor
Redakcja Queer.pl
Pierwszy polski portal ludzi LGBT
Inne tematy
Prezydent Nawrocki zapowiada weto ws. ustawy o statusie osoby najbliższej. Będzie projekt prezydencki? Czwartek, 28.05.2026 Prezydent Nawrocki zapowiada weto ws. ustawy o statusie osoby najbliższej. Będzie projekt prezydencki?
Eurowizja 2026: największy bojkot w historii wydarzenia od 1970 roku. Kto i dlaczego odwrócił się od konkursu? Sobota, 16.05.2026 Eurowizja 2026: największy bojkot w historii wydarzenia od 1970 roku. Kto i dlaczego odwrócił się od konkursu?
Eurowizja 2026: Finlandia faworytem bukmacherów. Jakie szanse ma Polska? Piątek, 15.05.2026 Eurowizja 2026: Finlandia faworytem bukmacherów. Jakie szanse ma Polska?
Kontakt Reklama Regulamin
Social media
Polub na Facebooku Obserwuj na Twitterze Instagram WhatsApp
© 1996-2026 Queermedia.pl, ISSN 2299-9019 Polityka prywatnościUstawienia prywatnościPrzerwij abonamentOdstąpienie od umowy







🌈
Odkryj więcej na Queer.pl
Zalogowani użytkownicy mogą oglądać zdjęcia innych osób, zakładać profile, komentować artykuły i oceniać filmy.
Dołącz do nas Zaloguj się