Kolejna noc, kolejny nieprzyjemny sen. Nie powiem, że koszmar, ale wolałbym, żeby mi się nie śnił. Byłem z jakimś chłopakiem w łóżku. Trudno powiedzieć kto to był. Czasem upodabniał się do Piotrka, a czasem do Marcina (chłopaka z roku, który bardzo mi się podoba, a z którym nie umiem znaleźć wspólnego języka), raz nawet wydawało mi się, że to sam Val Kilmer, ale zaraz potem znów przypominał Piotrka. Trudno powiedzieć co robiliśmy w tym łóżku. Trochę przytulania, trochę pettingu, jakieś pocałunki, niby jakiś seks, ale jednak nie seks. W każdym razie przez cały sen słyszałem głosy ludzi dochodzące jakby zza drzwi i również przytłumiony płacz mamy. Z jednej strony chciałem przerwać te igraszki, z drugiej nie chciałem, a do tego mój partner cały czas dawał mi do zrozumienia, że ciągle mu mało. Potem śniły mi się jakieś dziwne rzeczy, które nie za dobrze pamiętam.
Gdy obudziłem się, pierwszą myślą było to, że męczą mnie już te sny. To był już trzeci z rzędu nieprzyjemny sen dotyczący mojej orientacji seksualnej. Słyszałem, że marzenia senne są wyrazem tego, co siedzi w nas głęboko, naszych lęków i pragnień. Poczułem się tak, jakby moja orientacja, a raczej podejście mojej mamy do niej zaciskała mi pętlę wokół szyi i powoli zaczynała dusić. Poczułem w tej chwili, że potrzebuję zdjąć z siebie tę pętlę, ale nie wiedziałem jak. "Sny są wyrazem tego, co siedzi w nas głęboko" - pomyślałem. Więc może to była kwestia otworzenia się, zwierzenia komuś, opowiedzenia o swoich problemach. Oczywiście natychmiast pomyślałem o Sylwii i dość szybko podjąłem decyzję, że dzisiaj po zajęciach opowiem jej wszystko. W chwile potem przypomniałem sobie, że dzisiaj jest sobota, więc zwierzanie się Sylwii musiałem przełożyć na poniedziałek.
Miał zacząć się kolejny dzień. Zbliżała się sesja, więc dzień ten miałem spędzić na uczeniu się. Do pokoju weszła mama:
- Nie śpisz już? Śniadanie jest na stole.
- Dzięki.
Gdy wyszła z pokoju, pomyślałem, że mam już przynajmniej jako taki komfort psychiczny w domu, że najgorszy etap już jest za nami. Szczerze pogadałem z mamą o gejach, o tym co myślę, o tym co ona myśli, wyjaśniliśmy sobie wiele spraw i po wczorajszej rozmowie na pogodzenie mam wrażenie, że teraz zacznie się wszystko normować, że może mama w końcu zacznie to akceptować i nauczy się z tym żyć. Ale przypomniałem sobie siebie samego sprzed kilku lat. Gdy wiedziałem już, że wolę mężczyzn, ale nie umiałem jeszcze się z tym pogodzić. Gdy wydawało mi się, że może to jeszcze minie, gdy traktowałem gejów jedynie jako grupę, z którą przelotnie mam coś wspólnego, podobnie jak niejeden nastolatek w okresie dojrzewania. Przypomniałem sobie, jak wiele czasu mi samemu zajęło dojście do tego, że homoseksualizm to nie zboczenie, nie jakaś śmiertelna choroba, czy przekleństwo, że można z tym żyć i być szczęśliwym. Piotrkowi otworzenie mi oczu na te wszystkie sprawy zajęło przecież kilka miesięcy. A był wspaniałym przewodnikiem dla mojej duszy. Odniosłem w tej chwili wrażenie, że jakby przejmuję po nim pałeczkę, że teraz ja muszę być podobnym przewodnikiem duchowym, człowiekiem, który ma za zadanie uświadomić innemu człowiekowi prawdę na temat związku homoseksualizmu ze szczęściem i stosunkiem do innych ludzi. Z tą różnicą, że ja będę uświadamiał heteryka.
Wydawało mi się, że normalny kontakt z mamą został już jakoś nawiązany. Ale przy śniadaniu wrażenie to minęło. Z mamą znowu nie zamieniłem praktycznie ani słowa. Nie wiem dlaczego ona do mnie nie zagadała. Może nie wiedziała jaki temat poruszyć; a może nie chodził jej po głowie żaden inny temat poza moją orientacją, a o tym nie chciała mówić. Ja nie odzywałem się pierwszy, bo czułem się jakby zdławiony atmosferą w pokoju. Miałem wrażenie, że cokolwiek powiem, spotka się to z wymijającą albo suchą odpowiedzią. Raz tylko zapytałem, gdzie jest Monika, na co mama odparła, że poszła na miasto.
Nauka jakoś w ogóle mi nie szła. Starałem się skupić nad książką, ale ciągle myślałem o mamie, o tym, czy dotarła do niej istota naszej wczorajszej kłótni i rozmowy, czy może dalej uważa, że jej syn stał się teraz zboczeńcem, na którego ludzie będą pluć, gdy tylko o "tym" się dowiedzą. Siedziałem tak nad tą książką chyba z godzinę, nie mogąc zmusić się do koncentracji, aż w końcu stwierdziłem, że nie ma to sensu i że muszę coś ze sobą zrobić. Postanowiłem wyjść na miasto. Gdy zacząłem kręcić się koło drzwi i powiedziałem, gdzie idę, mama spytała:
- A nauka?
- Nie mogę się dzisiaj uczyć.
- Ale przecież sesja...
- Mamo, czy ja oblałem kiedyś sesję?
- No nie, ale...
- Ale co?
Czekałem aż odpowie, że nigdy w domu nie było jeszcze tak ciężkiej i napiętej atmosfery, że nigdy nie byłem w tak złym stanie, że zawsze miałem spokój. Ale mama chyba bała się mówić o tych rzeczach, bała się nazwać je po imieniu. Po chwili głuchego wpatrywania się w siebie nawzajem, spytała:
- Kiedy wrócisz?
- Nie wiem.
- Masz pieniądze, żeby sobie coś kupić do jedzenia w razie czego?
- Mam.
Wyszedłem. Stanąłem przed blokiem i nie wiedziałem, w którą stronę mam iść. Postanowiłem iść na plażę, tam gdzie zawsze z Sylwią gadaliśmy o wszystkim i niczym, o rzeczach poważnych i błahych. Pomyślałem, że może będzie tam panowała atmosfera zadumy i uda mi się wymyślić coś mądrego w sprawie moich aktualnych problemów w domu. Ale "zaduma" była chyba ostatnim określeniem pasującym do atmosfery na plaży. Podobnie jak przez cały tydzień, również dzisiaj był upał i plaża była zapełniona ludźmi. Postanowiłem połazić więc ulicami miasta. Jako, że była dzisiaj sobota, ulice też nie były puste; ludzie robili zakupy na weekend. Kręcenie się po mieście przestało mi sprawiać przyjemność i nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Miałem ochotę pojechać do jakiegoś lasu, ale nie sam. Najlepiej z Sylwią. Albo nawet niekoniecznie jechać z nią do lasu, po prostu spotkać się z nią i z nią pochodzić po tych zatłoczonych ulicach. Przynajmniej mógłbym z nią porozmawiać. Stwierdziłem, że gdybym tylko ją spotkał, to na pewno bym się przed nią otworzył i wszystko jej powiedział. Mogłem niby do niej zadzwonić i po prostu poprosić, żeby wyszła na miasto, ale wiedziałem, że przecież sesja lada dzień, a nie wszyscy mają problemy ze skupianiem się nad podręcznikiem, tak jak ja.
Jednak Opatrzność postanowiła chyba wystawić na próbę moją siłę, zaufanie wobec Sylwii i wierność swoim myślom, bo oto kilkanaście metrów ode mnie zauważyłem w tłumie moją przyjaciółkę. Uśmiechała się do mnie, bo chyba zauważyła mnie wcześniej, niż ja ją.
- No witam, witam. Nie zakuwamy do sesji? - spytała mnie z uśmiechem.
- No cześć. Nie; jakoś tak...
- Jak?
- Nie mam ochoty.
- Rozumiem - roześmiała się.
- Wiesz, ten problem, który mnie tak nękał, to tak naprawdę nie był mój problem, tylko mojej mamy.
- Twoja mama miała problem?
- Tak.
- Rozwiązała go już?
- No mam nadzieję, że w większej części tak.
Prowadziłem tę rozmowę i jednocześnie miałem sobie za złe, że mówię to wszystko. Przecież dosłownie kilkanaście sekund temu mówiłem sobie, że gdybym tylko mógł spotkać Sylwię, to bym jej od razu wszystko powiedział i ze wszystkiego się zwierzył.
- Wiesz, że Marta i Tomek już nie są razem? - spytała mnie.
- Żartujesz!
- Nie.
- Skąd wiesz???
- Wczoraj jak byliśmy w pubie zerwali ze sobą.
- Tomek pewnie jak zwykle sobie popił.
- Właśnie nie! On jest teraz podobno na antybiotykach.
- I był trzeźwy, gdy zrywali?
- Tak.
- Niewiarygodne. Przecież oni wydawali się być sobie przeznaczeni. Człowiek myślał, że to będzie trwało w szczęściu już do końca świata, albo i dłużej.
- No dokładnie.
- Ale o co poszło?
- Tego właśnie nikt nie wie.
- Jak to?
- W pewnym momencie Tomek poprosił Martę do innego stolika. Chwilę sobie przy tym stoliku we dwójkę posiedzieli, coś pogadali i wrócili już jako dwie niezależne osoby. Tomek miał w oczach ogień a Marta łzy. Wzięła plecak i wyszła.
"No i jak tu mówić o swoich problemach - myślałem - gdy Sylwia opowiada o rozpadzie jednego z najwspanialszych związków wśród naszych znajomych?" Tak mi się wydawało podczas tej rozmowy, takie usprawiedliwienie sobie znalazłem, żeby o tym nie mówić. Dopiero po chwili zorientowałem się, że jest to błaha wymówka, żeby się przed Sylwią nie otwierać. Czasem tak jest, że żeby nie stawać twarzą w twarz ze swoim strachem, żeby nie przyznawać się przed sobą, że czegoś się boimy, wymyślamy różne wymówki, żeby tylko nie podejmować się jakiegoś zadania.
- Gadałaś z nią? - spytałem.
- Nie, no co Ty? Nie miałam kiedy.
- Może to tylko tymczasowe nieporozumienie. Oni często się kłócili, a potem godzili.
- Tak, ale nigdy się nie rozstawali.
- To fakt. Aż trudno mi w to uwierzyć...
- Mi też. A wiesz, śnił mi się ostatnio sen. Tomek i Marta stali tak daleko od siebie. Ni to na plaży, ni to na ulicy. I patrzyli na siebie tak dziwnie.
"Sen... Ni to na plaży, ni to na ulicy" - to mi przypomniało o moim niedawnym śnie i moich problemach. Zamilkłem i nie wiedziałem co powiedzieć. Chciałem zacząć o tym mówić, ale ciągle brakowało mi odwagi. Ciągle jeszcze w głowie kołatała wymówka "jak tu mówić o swoich sprawach, gdy Sylwia opowiada o rozejściu się Marty i Tomka?", ale tak naprawdę doskonale wiedziałem, że byłem Sylwii bliższy niż tamta para i gdybym tylko zechciał pogadać z nią o moich osobistych problemach, natychmiast zarzuciłaby inne tematy. A jednak miałem opór.
- Ale ja zapomniałam o tym śnie - kontynuowała. - I przypomniałam go sobie dopiero wczoraj w tym pubie no i oczywiście opowiedziałam wszystkim, że mi się to śniło.
- Znów miałaś proroczy sen?
- Tak. Pamiętasz, jak mi się przyśnił Twój wypadek samochodowy.
- Pamiętam. Całe szczęście, że tylko złamałem rękę.
- No właśnie. Ale ludzie nie wierzą mi w to.
- To znaczy w co?
- W to, że mam prorocze sny.
- Dlaczego?
- A ja wiem? To jest taka specjalna zdolność, to chyba jakiś taki dar. Dość rzadko się zdarza, ale jednak. Ale ludzie tego nie rozumieją dopóki sami czegoś takiego nie doświadczą. Mają swoje przekonania i im ślepo wierzą, chociaż nie posiadają żadnych dowodów, że senni "prorocy" kłamią. Mają swoje chore poglądy.
"Mają swoje chore poglądy" - słowa Sylwii znowu zahuczały mi w głowie i przypomniały o koszmarze ostatnich dni. Kolejna okazja, żeby zagadać, żeby opowiedzieć o swoich sprawach... i znowu jakaś wewnętrzna bariera, jakaś zła siła powstrzymująca mnie przed odtworzeniem ust.
- Ale wracając do Tomka i Marty - podjęła na nowo Sylwia - to może faktycznie się między nimi poukłada.
- Też mi się tak wydaje. To jest po prostu niewiarygodne, że oni mogą nie być razem. Przecież oni są ze sobą już od liceum.
- No dokładnie! Ja sobie po prostu nie wyobrażam tego teraz. Marta nieraz jak gadała z dziewczynami to mówiła, jaki to Tomek jest wspaniały i jak ona go kocha i w ogóle. Ona nie wytrzyma bez niego. Przecież on był całym jej życiem.
- A ona dla niego kim była?
- Nie wiem. To ty powinieneś wiedzieć.
- Dlaczego ja?
- No bo kobiety gadają w swoim gronie o kobiecych sprawach, a faceci w swoim gronie o męskich sprawach - uśmiechnęła się.
- Nigdy nie miałem zbyt dobrego kontaktu z Tomkiem. Lubiliśmy się zawsze, ale nie żeby aż tak.
- No w sumie to on w ogóle jest dość skryty. Szczerze mówiąc to lepiej go można było poznać z opowieści Marty niż z bezpośredniego przebywania w jego towarzystwie.
- Pewnie tak...
- Może Marta po prostu na coś się obraziła. Ona jest taka trochę obrażalska. Często jej coś strzeli głowy i się potrafi nie odzywać, a następnego dnia już jej przechodzi.
- Myślisz, że gdyby się obraziła na Tomka aż tak, żeby z nim zerwać, to by jej to następnego dnia po prostu przeszło? To musi być coś naprawdę poważnego.
- No masz rację. Może Tomek jest o coś zazdrosny? On podobno jest zazdrosny.
- Nie wiem, mówiłem, że prawie go nie znam.
- Marta mówiła, że jest zazdrosny. Zresztą wszyscy faceci to zazdrosne świnie.
- Hej! - wzburzyłem się. - Wypraszam sobie.
- Oj przestań, wiesz przecież, że żartuję - uśmiechnęła się do mnie.
- No wiem, wiem. Ciekawe, kto z kim zerwał.
- Pewnie Tomek z Martą. W końcu to ona miała łzy w oczach.
- Może miała łzy w oczach bo trudno było jej powiedzieć mu coś takiego "słuchaj koniec z nami".
- Tere fere. Chyba trzy czy cztery dni temu jeszcze go wychwalała pod niebiosa. Ona nie będzie umiała się z tym pogodzić. Będzie płakała teraz dniami i nocami.
Te słowa znowu przypomniały mi o moich problemach. A konkretnie przedstawiona przez Sylwię wizja Moniki, która "nie będzie umiała się z tym pogodzić, płacząc dniami i nocami" przywiodła mi przed oczy obraz mamy, tej, którą zastałem w domu płaczącą na łóżku przy moich gazetach oraz tej, z którą rozmawiałem następnego dnia, przekonując ją, że szczęście w życiu nie polega jedynie na pobieraniu się i płodzeniu dzieci.
- To mój autobus - powiedziała Sylwia wskazując zbliżający się pojazd. Rozmawiając doszliśmy na przystanek i rozmawialiśmy stojąc na nim. Nie zwróciłem na to uwagi i nie przyszło mi do głowy, że Sylwia może czekać na jakiś autobus. Ciągle myślałem o tym, że przecież obiecałem sobie zwierzyć się Sylwii ze wszystkiego gdy tylko ją spotkam, że chciałem jej wszystko opowiedzieć, ale brakowało mi odwagi. I wydawało mi się, że sam Bóg chciał mi jej dodać kierując rozmowę z Sylwią tak, żeby moje problemy ostatnich dni ciągle kręciły mi się po głowie, i wołały "zagadaj do niej; przecież tego właśnie chciałeś".
- Gdzie jedziesz? - spytałem.
- Do koleżanki. Podobno zwolniło się miejsce na jakimś tanim obozie wakacyjnym w Hiszpanii i miałam się do niej zgłosić jeśli będę chciała jechać. To ma być dwa tygodnie, czy nawet więcej za jakąś bajecznie niską sumę. A okazji nie wolno przepuszczać. Jak tylko się nadarza trzeba ją chwytać, nie? Jedziesz ze mną?
- Nie.
- To do poniedziałku - powiedziała znikając w tłumie pchającym się do drzwi autobusu.
I znowu nieodparte wrażenie, że to spotkanie zaaranżował sam Bóg. Podsunął mi kilka okazji, kiedy mógłbym zacząć rozmowę z Sylwią o tym, co się działo ostatnio w domu, o koszmarach, które mnie prześladują. A gdy zauważył, że nie wykorzystałem szansy - upomniał mnie przez mojego Anioła, że okazji nie wolno przepuszczać, gdy się nadarzają.
Czułem się lekko załamany. Nawet chyba więcej niż lekko. Na takie samopoczucie złożyła się po pierwsze sytuacja w domu, która, jak się okazało dziś rano, wcale nie zmierza w kierunku poprawy, a po drugie moje uświadomienie sobie przed chwilą, że jestem mięczakiem. Że nie mam odwagi, żeby porozmawiać ze swoim Aniołem o swoim wnętrzu; wnętrzu, które przeżywa ciężki okres, że wmawiałem jej, że to moja mama miała problem nie ja. Może w podstawach faktycznie tak to wyglądało, ale to, że ona miała kłopoty ze zrozumieniem i zaakceptowaniem inności swojego syna, zaczęło mnie dręczyć i boleć, zaczęło się odbijać w mojej duszy i moich snach, a to już był mój problem. Byłem mięczakiem, bo nie umiałem porozmawiać z Sylwią o tym, co dla mnie ważne, chociaż obiecałem sobie, że jej to opowiem. Zupełnie nie wiedziałem już co mam ze sobą zrobić. Byłem przekonany, że nie będę mógł się teraz skupić na nauce, więc nie było sensu wracać do domu. Dalsze wałęsanie się po mieście też nie przyniosłoby mi niczego, bo cały czas myślałbym o swoich problemach i o swoim braku odwagi. Miałem ochotę zniknąć z tego świata, zapaść się pod ziemię, umrzeć. Nie na zawsze. Na dwa dni. Narodzić się potem ponownie, powrócić w poniedziałek, kiedy miałem zobaczyć się z moim Aniołem.
Wróciłem po krótkim namyśle do domu, włączyłem muzykę i słuchałem do późnego wieczora. Mama tylko raz mi przeszkodziła wołając mnie na kolację. Ale nie miałem ochoty jeść. Zwykle gdy zdarzała się taka sytuacja, mama się o mnie martwiła, pytała, czy wszystko w porządku, jak się czuję i tak dalej. Tym razem jednak zdawała się rozumieć, że mam problemy z jedzeniem ze względu na napiętą sytuację panującą od wtorku w domu i nie przywiązała do tego większej wagi, co mnie trochę zabolało gdzieś tam w środku. Po przesłuchaniu chyba dziesięciu płyt zrobiłem się w końcu śpiący i poszedłem spać. Nie miałem większych problemów z zaśnięciem.
(Mozart)
W kolejnym odcinku już za tydzień: Jest niedziela. Niespodziewanie Filip postanawia pójść z matką do kościoła. "To ty pójdziesz do kościoła?" - pyta matka. "A dlaczego miałbym nie iść?" W rezultacie, wywiązuje się dyskusja na temat religii. W jej trakcie wypływa jeszcze jedna sprawa: Filip mówi matce, że miał już chłopaka, który miał na imię Piotrek...