Jak wszędzie na świecie, tak brytyjscy geje w Manchesterze mają swoje kluby, w których celebrują swe tajemne i niezrozumiałe dla heteryckiego świata rytuały. I mają święty spokój. To znaczy - mieli... spokój. Bowiem od czasu, gdy telewizyjny kanał ITV wyświetlił serial pod tytułem "Bob and Rose" (Bob i Róża), wszystko się zmieniło. Serial opowiada historię heteroseksualnej kobiety i geja, którzy zakochują się w sobie. Część akcji toczy się właśnie w Manchesterze, przemysłowej metropolii brytyjskiej. A ściślej, na Canal Street, uliczce w centrum dzielnicy gejowskiej z jej klubami i dyskotekami. "Bob and Rose" to już drugi po "Queer As Folk" telewizyjny serial autorstwa Russella T. Daviesa, poświęcony życiu gejów. "Gejowska wioska" przy Canal Street stała się po emisji serialu celem inwazji bardzo szczególnego rodzaju, mianowicie kobiet w różnym wieku, które marzą o zdobyciu przepięknego gejowskiego Adonisa, którego mogłyby "nawrócić" a następnie posiąść. W gejowskim światku panuje zamieszanie...
O całej tej sprawie przeczytać można było w przezabawnym reportażu w gazecie "The Guardian", którego reporterka zapuściła się na Canal Street. W popularnym klubie "Via Fossa" spotyka najpierw paplającą jak najętą Irenę. Irena uwieszona jest u ramienia młodego geja, ma karminowo czerwone wargi, grubą warstwę makijażu na twarzy i srebrzystą, lureksową bluzkę na obfitych kształtach. Irena jest zachwycona chłopakami zaludniającymi bar, twierdzi że są "fa-ta-stycz-ni!" i że heteryccy mężczyźni przy nich to łamagi. "Via Fossa" jest miejscem magicznym, tu bowiem toczyła się duża część akcji "Bob and Rose". Dla bywalców klubu, fakt ten oznacza totalną katastrofę. Mark, jeden z regularnych bywalców mówi: "Wpadają tu całymi stadami jak oszalałe, drą się "O, jak to podniecające!", są tłuste i brzuchate i nie mam pojęcia, gdzie kupują swoje ciuchy. Tańczą tak, że cycki obijają się o sufit i podłogę. A wczoraj było ich tak dużo, że nie mogłem dostać się do środka. Nie mam pojęcia, czego tu szukają?"
Efekt "Bob and Rose" jest szczególnie widoczny w sobotę około godziny 22.00. Wybrukowana kamienną kostką Canal Street zaludnia się grupkami kobiet w szpilkach i w wyszywanych cekinami kostiumach. Niektóre "dla zgrywy" noszą na głowach podświetlane od wewnątrz lampkami diable rogi. Bezwiednie nasuwa się na myśl, że część z nich to konkurencja dla lokalnych drag queens. Po co tu przychodzą? Odpowiedź jest zawsze jedna: "Super atmosfera! Jak na wakacjach". Jedna z pań powiada, że zawsze już wiedziała o "tym miejscu" ale było "gejowskie". A teraz jest bardziej "kosmopolityczne i modne".
Większość gejów nie zgadza się z tą opinią. Bywalec klubu "Spirit" skarży się, że "baby nie znają panujących tu zasad. Oburzają się, jak faceci wchodzą do damskiej toalety. Nie mają po prostu pojęcia jak funkcjonuje gejowski lokal." Na zewnątrz "Spirit", reporterka "The Guardian" spotyka 21-letniego studenta, którego bramkarz nie wpuścił do środka. "Od czasu 'Bob and Rose' - pieni się chłopak - każdy nastolatek chce się ujawniać ze swym gejostwem. Przychodzą tu 16-latkowie z mamusią i kumplami. Zobacz tylko - w każdej grupie tych kobiet zobaczysz jakiegoś chudego jak patyk małolata, który służy im jako przepustka. Heterycy wychodzą do klubów bardzo wcześnie bo w domu czeka rodzinka. I zanim porządny gej zacznie się zastanawiać co na siebie założyć, tu jest już taki tłok, że nie można wejść do środka!"
Gejowska dzielnica w Manchesterze zawsze była atrakcją dla niewielkiej grupy kobiet zwanych "ciotolubkami" (po angielsku fag hags). Ale to, co dzieje się tam teraz, to zupełnie nowe zjawisko. Podchmielona kobitka w średnim wieku ochoczo odpowiada na pytanie: Czego tu właściwie szuka: "Chciałyśmy zobaczyć to zabawne miejsce. Uśmiałyśmy się strasznie - ale uważaj, tam nie ma toalet dla pań i panów, wszyscy idą gdzie chcą! To naprawdę szokujące!". Grupa studentek przyznaje, że w gejowskich klubach podobają się im faceci. "Tak, oni są przystojniejsi niż chłopcy w studenckim pubie. Lepiej się ubierają i lepiej tańczą." Dla tego widoku, dziewczyny są gotowe zaakceptować nawet brutalnego kosza. Wspomniana na początku Irena przychodzi z grupą koleżanek do "Via Fossa" od czasu, gdy zobaczyła w telewizji "Bob i Rose". "Tu wszystko jest takie dwuznaczne" - chichocze - "Dwa tygodnie temu widziałam tego słodkiego faceta. Moja przyjaciółka powiedziała mi, że on jest gejem. Jak poszłam do toalety, ona spytała go, czy mu się podobam. I on powiedział że tak! Wiesz, coś takiego liczy się podwójnie!"
Jeszcze niedawno, heterycy automatycznie nie byli wpuszczani do gejowskich klubów przy Canal Street w Manchesterze. Także i teraz zdarza się, że bramkarz odmówi wpuszczenia kobiet do środka. Te, które spotka ten los, są dotknięte do żywego. Jakaś dziewczyna w mini krzyczy "To skandal, my przecież kochamy wszystkich. Gej czy hetero - nam jest wszystko jedno. Nie mam z tym problemu. Dlaczego oni mają problem ze mną?" Wielu właścicieli barów stosuje politykę elastyczną. a powód tego jest prosty: kasa. Jeszcze kilka lat temu, przy Canal Street było tylko kilka lokali gejowskich, teraz jest ich ponad dwadzieścia. Niektóre narzekają na brak klientów z środowiska gejowskiego. W klubie "Essential" odbywa się co piątek party pod nazwą "babylon", od niedawna reklamowane "Babylon znana z Bob i Rose". Bramkarz klubu "Spirit" tłumaczy: "Wpuszczamy fajnych ludzi. Jak wyglądają fajnie - wchodzą." Dla właściciela "Via Fossa" sprawa jest jasna. "Robimy biznes. Gdybyśmy wpuszczali tylko gejów, lokal o północy byłby pusty, bo wszyscy idą tańczyć."
Geje, którzy tworzą klimat Canal Street mają bardzo mieszane odczucia w obliczu inwazji "tłustych bab" na ich kluby. Jeden z nich filozoficznie stwierdza: "One są koszmarne. Ale lepiej że są, niżby ich nie było. Nie możemy domagać się tolerancji i otwartości a sami się zamykać. Znacznie bardziej wolę, żeby dresiarz ze swoją dziewczyną przyszli tu się bawić, niżby miał napadać na gejów na swoim osiedlu."
I tym optymistycznym akcentem, kończy się wycieczka do gejowskiej wioski w Manchesterze, która padła ofiarą "babskiej inwazji".
Opracował: Waldek Czyżowski - Londyn