A teraz, drodzy czytelnicy, zasiądźcie grzecznie wokół komputera, bo przyszedł czas na nową cyber-baśń. Włączcie wszystkie modemy, aby sieć je mocą magiczną napełniła. A gdy już przestaniecie się wiercić, bajkę opowiadać zaczniemy:
Za siedmioma górami, za siedmioma borami, w pewnym szczęśliwym królestwie żyli sobie król i królowa. Król miał na imię Roger; królowa też jakoś miała na imię, ale kto by pamiętał takie drobiazgi... Pewnego dnia królowa wraz ze swoją przyjaciółką doszły do wniosku, że chciałyby mieć dziecko, i pomysł ten spodobał się także królowi Rogerowi i jego przyjacielowi. I tak, w oznaczonym przez naturę czasie, na świat przyszedł królewicz Filip. Dumni rodzice, chcąc się pochwalić pięknym chłopczykiem, zaprosili znajomych i przyjaciół, a trzeba wam wiedzieć, że nie byle jacy to byli przyjaciele: sam król Roger znał dwunastu supermęskich czarodziejów! Przybyli oni do królewskiego pałacu, mając nadzieję na niezłą, jak to mówili niektórzy z nich, imprezę; inni woleli mówić o królewskim party, a jeszcze inni o nieziemskiej balanżce.
W każdym razie, przybyli i postanowili obdarować małego Filipa najwspanialszymi darami, oczywiście przy pomocy swych czarów (gwoli ścisłości: różdżek NIE używali, bo to nie byli żadni pedofile, tylko porządni supermęscy czarodzieje). Dali mu więc zdrowie, inteligencję, zamiłowanie do sztuki, muskulaturę, zgrabny tyłeczek itd., tak że Filip stał się po prostu ideałem. A kiedy wszyscy bawili się w najlepsze, rozległ się nagle huk, słyszeć dał się strzał z bicza i pojawił się trzynasty czarodziej, nie zaproszony przez króla - gdyż był to SMaster, a król nie lubił tego typu zabaw. W ogóle nie podobały mu się tatuaże, skórzane spodnie, kolczyki w pępku itp., a poza tym miał kiedyś przykre przejścia z trzynastym magiem. "Ha!" - ryknął SMaster - "Ładnie to tak? Wszyscy się bawią, a mnie nikt nie zaprosił?! Ja wam pokażę, wy ciotowate pedały!" Z tymi słowami stanął nad kołyską, w której słodko sobie spał mały Filip, i z przewrotnym uśmiechem powiedział: "Ja też mam prezent dla tego chłopaczka: kiedy skończy 19 lat, ukłuje się igłą do tatuażu i umrze, hahahaha!" Wszyscy zamarli z przerażenia, a SMaster tylko klepnął się po udach i zniknął. Królowa, oczywiście, zaczęła płakać, ale czego można by się spodziewać... Król Roger zbladł i nie mógł wykrztusić ani słowa, bo bał się, że królowa może chcieć następnego dziecka... Wtedy powstał jeden z dwunastu dobrych supermęskich czarodziejów i powiedział: "No cóż, nie jestem tak silny jak SMaster, ale mogę trochę pomóc. Sprawię, że królewicz nie umrze, gdy ukłuje się igłą do tatuażu, tylko zaśnie na 100 lat".
Mijały lata. Filip wyrósł na wspaniałego młodego mężczyznę, muskularnego bruneta o błękitnych oczach, będącego przedmiotem westchnień całej męskiej populacji królestwa. Uwielbiał pływać, jeździć konno i strzelać z łuku, potrafił grać na flecie i na skrzypcach, pisywał rozkoszne limeryki i sonety... Był idealny. Król Roger tymczasem usunął z królestwa wszystkie salony tatuażu i zabronił komukolwiek wspominać o czymś takim jak tatuaż w obecności młodego księcia... Ale cóż mógł zrobić przeciw losowi?
Pewnego dnia książę Filip zauważył na plecach służącego, który - jak to się fachowo mówi - służył pod nim, mały obrazek: błękitnego delfina. "Co to jest, Janie?" - spytał. "Nigdy czegoś takiego nie widziałem". Jan zmieszał się, miał bowiem w pamięci królewski zakaz, i nie chciał nic powiedzieć księciu. "Jeśli mi nie powiesz, nigdy więcej nie pozwolę ci bawić się moimi rodowymi klejnotami!" - zagroził książę Filip. Wtedy służący ugiął się i powiedział: "To sekret, książę, twój ojciec nie byłby zadowolony, że się o nim dowiedziałeś. Otóż ten obrazek to tatuaż, zrobił mi go pewien Tom, który mieszka w wieży zamkowej. Widzisz, niektórym podobają się takie obrazki na skórze, to takie podniecające..." Książę Filip bardzo się zaciekawił i przyznał, że taki delfin na łopatce może rzeczywiście być dosyć podniecający, i kazał zaprowadzić się do tajemniczego Toma. Niechętnie, służący spełnił polecenie, gdyż był to mimo wszystko bardzo dobry sługa. Filip wspiął się po schodach na szczyt wieży, zobaczył tam czarne, żelazne drzwi z kołatką i zapukał. "Wejść!" - usłyszał. Otworzył drzwi i wszedł do środka. A tam czekał na niego SMaster, ubrany tylko w czarne skórzane spodnie - chociaż, oczywiście, książę nie wiedział, że to SMaster. "Aaa, czekałem na ciebie, mój królewiczu" - uśmiechnął się Tom-SMaster. "Pewnie chciałbyś sobie zrobić tatuaż, co?" "W rzeczy samej" - odparł Filip - "Chcę mieć na ramieniu takiego ładnego delfina, o, tu dokładnie" - i obnażył swe muskularne ramię. "Jak sobie życzysz" - odpowiedział Tom-SMaster i ukłuł księcia igłą do tatuażu. W tym samym momencie zamek zatrząsł się w posadach, książę Filip padł bez czucia na leżankę, a SMaster śmiejąc się okrutnie zniknął (najpierw, rzecz jasna, klepnąwszy się porządnie po udach, to była taka jego magiczna sztuczka). Trzeba wam wiedzieć, że nie tylko książę Filip zapadał w sen: wraz z nim wszyscy mieszkańcy zamku zasnęli, niezależnie od tego, co robili i w jakich byli pozycjach w momencie złowróżbnego ukłucia...
I tak minęło sto lat. Po stu latach przejeżdżał tamtędy pewien uroczy książę, imieniem Eryk. Był, oczywiście, doskonałym jeźdźcem, a jako że pochodził ze Skandynawii, był cudownym blondynem o błękitnych, romantycznych oczach. A ponieważ był głodny i zmęczony długą podróżą, postanowił zatrzymać się w mijanym właśnie zamku. Ze zdumieniem jednak spostrzegł, że nie ma go kto obsłużyć: zamek pełen był nieruchomych postaci... Zaciekawiony Eryk chodził z komnaty do komnaty, aż wreszcie dotarł na szczyt wieży i ujrzał pogrążonego we śnie Filipa. "Jakiż piękny młodzian!" - pomyślał. "Muszę go koniecznie pocałować, jest tak słodki, że nie mogę się powstrzymać..." Zbliżył się więc, wziął księcia Filipa w ramiona i pocałował. W tym samym momencie Filip ocknął się, otworzył oczy - i gdy zobaczył przed sobą, a właściwie nad sobą, Eryka, natychmiast wpakował mu swój język do ust. Eryk nieco się zdumiał, ale ponieważ podobało mu się to, nie miał zamiaru przerywać, i zaczął całować Filipa z języczkiem, a potem zaczął go całować niżej, i niżej... A kiedy skończyli (trwało to dosyć długo, gdyż Eryk był naprawdę głodny, a Filip chciał nadrobić 100 lat swego przymusowego snu), obudzili się wszyscy mieszkańcy zamku. Wtedy Filip przedstawił tatusiowi (a może i mamusi, nie wiem) swojego wybawcę, który zgodził się z nimi zamieszkać, i żyli wszyscy długo i szczęśliwie.
Bajkę dla niegrzecznych czytelników IS opowiedział: Edmund Mazur