Strona główna Aktualności Społeczność
Profile Grupy Przewodnik Wydarzenia Wsparcie
Ogłoszenia
Towarzyskie Pokoje i mieszkania Praca Ogłoszenia drobne Edukacja Pozostałe Dodaj
Queeroteka
Książki Filmy i seriale Quizy Patronat Queer.pl
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Kontakt Reklama Regulamin
Queer.pl Portal osób LGBT+
Menu
Logowanie Rejestracja
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Środa, 31.01.2001 00:00

Czytelnia IS

Podziel się Tweetnij Skomentuj (6)
Podziel się Tweetnij Skomentuj (6)

Mozart - "Przyjaciel".


1

o autorze
Mozart (ksywa) jest 19-stoletnim uczniem szkoły średniej.
"Przyjaciel" jest po "Tomku" jego drugim opowiadaniem, publikowanym na łamach IS.
Zadzwonił budzik. Musiałem jak najszybciej zejść po drabince ze swojego łóżka i dobiec do biurka, zanim Jacek by się obudził. Gdyby alarm wyrwał go ze snu, znowu słuchałbym jego narzekań na moją nieporadność, wolne tempo i tak dalej. Oczywiście gdy go prosiłem, żeby pozwolił mi spać na dolnym łóżku, to bez żadnej dyskusji odmówił. Nie kłóciłem się, bo w końcu jest starszy. Wyłączywszy budzik powtórzyłem codzienny rytuał: upadłem na kolana, posiedziałem chwilę z zamkniętymi oczami próbując dojść do siebie po nagłym wyrwaniu ze snu. Potem poszedłem do łazienki załatwić się, umyć, po czym ubrałem się i, jak co dzień, poszedłem do sklepu po świeże pieczywo na śniadanie. Schodząc po klatce myślałem o tym co zwykle: dlaczego to ja codziennie chodzę po poranne zakupy? Dlaczego to ja musze przygotowywać śniadania? Dlaczego w ogóle musieli mieć na śniadanie świeżutkie bułeczki? Tak, jakby wczorajsze pieczywo zupełnie się nie nadawało do spożycia. I przypominała mi się rozmowa, którą już tyle razy odbyłem na ten temat z ojcem:
- Ja pracuję, twój brat studiuje, a ty chodzisz dopiero do szkoły średniej. Po prostu my potrzebujemy więcej wypoczynku niż ty.
- A Jacek nie mógłby odsypiać po południu?
- Nie mógłby! Rano musi iść trzeźwy na uczelnię, a po południu się musi dalej uczyć. Nie myśl, że ekonomia to łatwe studia.
- Ale on po powrocie za szkoły siedzi przy komputerze, a nie przy książkach.
- Po prostu ściąga z Internetu materiały.
"Nie materiały, tylko gołe baby" - pomyślałem.
- On potrzebuje - ciągnął tata - mieć usystematyzowany rozkład dnia. Musi mieć zdrowy tryb życia.
- A ja to nie muszę?
- Nie pyskuj, gówniarzu!
I rozmowa w ten sposób się kończyła. Po każdym argumencie zbyt silnym do zbicia, tata oskarżał mnie o pyskowanie, bez względu na to, jak łagodnie i uprzejmie starałem się rozmawiać.
- Ciężarówka z piekarni się zepsuła - usłyszałem w sklepie - nie będzie świeżego pieczywa gdzieś do jedenastej.
Poszedłem więc do innego sklepu kupić świeże bułki. Wróciwszy do domu, obudziłem tatę, a potem brata i w czasie gdy oni okupowali łazienkę i ubierali się, zrobiłem śniadanie. Gdy skończyłem - była siódma dziesięć, i do autobusu miałem jeszcze dwadzieścia minut. Czas ten jak zwykle marnotrawiłem oglądając "Kawę czy herbatę". Tata zabrał się za śniadanie i po kilku kęsach zauważył, że pieczywo jest inne niż co dzień.
- Co to za bułki? - zapytał.
- Z tej budki naprzeciwko.
- Przecież wiesz, że nie lubię pieczywa z tego sklepu, dlaczego nie kupiłeś w samie?
- Byłem w samie, ale...
- Akurat! Po prostu ci się nie chciało! Cholera, czy to taki straszny wysiłek dla ciebie przejść te parę kroków dalej?
- Ale mówię przecież, że tam byłem, ale nie było tego pieczywa.
- Nie denerwuj mnie i nie chrzań głupot, dobrze? "Nie było tego pieczywa"... Mógłbyś się lepiej przyznać, że ci się nie chciało, a nie kłamać mi tutaj w żywe oczy. Zawsze jest i mam uwierzyć, że akurat dzisiaj nie było?
- Zepsuła się ciężarówka...
- Nie przerywaj! No dobra! Powiedzmy, że ci wierzę, że im się ta ciężarówka zepsuła; mogła się zepsuć, przyznaję. Ale w ogóle z ciebie jest taki cholerny leń, że brak mi słów. Zawsze jak wchodzę do waszego pokoju, a nie wchodzę tam często, to na twoim biurku leży szklanka po herbacie, albo jakiś ogryzek po jabłku. Nawet nie chce ci się przejść te parę kroków z pokoju do kosza. A twoje wczorajsze ubrania to każdego ranka leżą na krześle, zamiast w koszu na pranie - mówił człowiek, w którego pokoju zbierało się po kilka szklanek od herbaty, lub piwa, po kilka pustych paczek po papierosach i po kilka koszul niewyrzuconych do prania. - A kurze? - kontynuował - Kurzy to nie ścierałeś chyba od tygodnia. W ogóle jak ja nie powiem, żebyś coś zrobił, to w życiu nie ruszysz.
- O co chodzi? - zapytał brat, który właśnie wszedł do salonu zainteresowany krzykiem taty.
- A bo twój brat to taki cholerny leń, że aż mi słów brakuje. Nie chciało mu się dzisiaj iść kilka kroków dalej do samu i kupił jakieś bułki, których się nie da jeść. Chociaż utrzymuje, że był w samie i pieczywa nie było.
- Przecież zawsze jest. A ja jak mu mówię, że trzeba wyrzucić śmieci, to też mówi, że mu się nie chce.
- No właśnie, właśnie!
- A dlaczego ty nie wyrzucasz? - krzyknąłem na brata.
- Nie podnoś głosu na starszego - wtrącił się tata widząc, że Jackowi trudno jest znaleźć jakiś argument.
- A kurze w naszym pokoju to już mają chyba centymetr grubości - dodał uratowany brat.
- No właśnie mówiłem mu o tym, że sprzątać też mu się nie bardzo chce.
- Przecież babcia przychodzi sprzątać.
- Co babcia? Co babcia? Nie mieszaj w to babci. Babcia tu nie mieszka. Nie będzie całe życie sprzątać. To ty powinieneś chodzić do domu babci i jej pomagać w sprzątaniu!
Postanowiłem się już nie odzywać.
- Co dzisiaj będzie na obiad? - spytał tata.
- Nie wiem.
- No tak! Nie raczyłeś nawet o tym pomyśleć.
- Rany! Przecież mogę zrobić rosół z makaronem i kotlety schabowe.
- A cholera, codziennie to samo! Nie pomyślałeś o tym, że nam się już te twoje rosoły i kotlety znudziły?
- Nie... nie pomyślałem.
- Dzisiaj ma być krupnik i ryż z potrawką.
Pokiwałem głową i postanowiłem wyjść z domu, mimo, że do autobusu zostało jeszcze sporo czasu.
- Gdzie idziesz?
- Do szkoły.
- Tak wcześnie?
- Tak.
- Zwykle wychodzisz o wpół do.
- Ale...
- Masz jeszcze prawie piętnaście minut, więc do tej godziny masz pozaścielać łóżka. I podlać kwiaty.
Załamany i zdenerwowany poczłapałem do pokoju taty posłać jego legowisko.
- I nie rób mi tu min! - krzyknął za mną tata, za pewne zauważając jak wywracam oczami - Cholera! Człowiek sobie żyły dla szczeniaka wypruwa i taką wdzięczność dostaje w zamian. Utrzymuje gówniarza, płaci na komitety, na książki, bo sobie wybrał najdroższe liceum w mieście, daje kieszonkowe, daje na ubrania, na jedzenie i nie może nawet dobrego śniadania zjeść...


2

Gdy wychodziliśmy ze szkoły złapał mnie Wiktor.
- Zaczekaj, Piotrek!
- Co się stało?
- To ja się pytam, co się stało. Przez cały dzień byłeś dzisiaj jakiś markotny. Co jest? Znowu kłopoty w domu?
- Tak...
- Chcesz pogadać?
- Chodź ze mną do sklepu. Musze dzisiaj zrobić zakupy na specjalne zamówienie króla! Kurwa mać!- krzyknąłem bezradnie i odwróciłem się szybko.
- Uspokój się. Mów co się stało.
Zawsze mu się zwierzałem ze swoich problemów z rodziną, ze znajomymi, z nauką, ze wszystkiego. Nie powiedziałem mu tylko nigdy "tego". Był przystojnym facetem, wysokim, dobrze zbudowanym. Twarzą nie grzeszył, ale miał za to ładne dłonie, wspaniałe nogi i bardzo męski sposób chodzenia i w ogóle poruszania się. Już od pierwszego dnia pierwszej klasy mi się podobał. Do tego był zawsze uśmiechnięty, energiczny, przyjazny i uprzejmy dla wszystkich. Właściwie bardzo mnie to dziwiło, dlaczego spośród tylu ludzi, którzy go otaczali, akurat mnie darzył największą sympatią. Czasem patrzył na mnie tak... namiętnie. A może po prostu widziałem to co chciałem widzieć, może tylko mi się wydawało... Nie miałem pewności co do znaczenia tego spojrzenia. Był osobą, której z jednej strony wiedziałem, że mogę wszystko powiedzieć, z drugiej, czułem, że "tego" właśnie nie mogę. Poza tym wtedy zdawało mi się jeszcze, że to tylko okres przejściowy, że to się zmieni, że będę kiedyś normalny, taki jak wszyscy, założę rodzinę, będę miał dzieci i będę dla nich lepszym ojcem, niż mój jest dla mnie. Nikt o mnie nie wiedział i nie miałem zamiaru nikomu tego mówić. Po co mówić o czymś co, nawet jeśli mnie gnębi, to i tak jest tylko przejściowe, przemijające, odwracalne? Wtedy tak mi się wydawało i takie właśnie rzeczy wmawiałem sobie jednocześnie podziwiając codziennie piękno poruszania się Wiktora, jak i urodę wielu innych chłopaków w szkole i na mieście. Zrezygnowałem nawet z SKS-ów w dniu kiedy po treningu zobaczyłem swoich przystojnych kolegów w szatni w samych tylko bokserkach i poczułem fizycznie, że mnie podniecają. Gdyby to zauważyli - prawda wyszłaby na jaw i wiadomość rozeszłaby się błyskawicznie po całej szkole. Podniecali mnie moi koledzy w szatni, a i tak nie wierzyłem, że tak już zostanie. Wmawiałem sobie, że będzie inaczej i kiedyś znów zacznę brać udział w SKS-ach.
Gdy skończyłem opowiadanie porannych przejść w moim domu, Wiktor powiedział:
- Wiesz co, Kowal? Nie wiem co ci powiedzieć... Kurde, jak tak opowiadasz o swojej rodzinie, to po prostu zaczynam bardziej kochać swoją. Jak mi o tym wszystkim mówisz, to dopiero wtedy dostrzegam, ile mam szczęścia w życiu...
- Nawet sobie nie zdajesz z tego sprawy - mówiłem podziwiając znowu sposób jego chodzenia. Miał dzisiaj na nogach białe adidasy, które dodawały mu dużo... erotyzmu. "Nawet sobie nie zdajesz sprawy" - powtórzyłem sobie w głowie, myśląc o tym, jakiego ma farta życiowego, że jest normalnych chłopakiem, którego nie pociągają inne chłopaki, a tylko dziewczyny. Z jednej strony wydawało mi się, że ze mną też kiedyś tak będzie, ale z drugiej podświadomie chyba czułem, że taki już będę i nic tego nie zmieni.
- Pójdziesz jeszcze ze mną... odwiedzić mamę - zapytałem.
- Jasne, że pójdę.
Tego dnia na cmentarzu było spokojniej niż zwykle i jakoś tak... pusto. Ze wszystkich grobów na dwóch tylko zauważyłem palące się znicze. Tak jakby dzisiaj był dzień tylko na odwiedzanie mamy i żadnych innych zmarłych. Jej grób był trochę zakurzony, leżało na nim trochę żółkniejących liści rosnącego obok klonu, stał wazon z uschniętymi kwiatami. Posprzątałem, zamieniłem trzy wypalone znicze na trzy nowe i zapaliłem je. Wiktor mi pomagał.
- Przepraszam, że nie mam dla ciebie dzisiaj kwiatów - mówiłem w myślach i ze łzami w oczach. - Skończyły mi się kieszonkowe, a bałem się prosić tatę o pieniądze... Wiesz, jaki on jest... Dzisiaj znowu na mnie krzyczał... Nie było bułek w samie, więc kupiłem gdzie indziej, ale on nie uwierzył i stwierdził, że po prostu mi się nie chciało iść do samu. Ale wiesz co? Nie jest źle... mam Wiktora. Zawsze mu o wszystkim opowiadam i on mnie zawsze wysłuchuje i daje mi... jakoś tak dużo siły... Nie wiem skąd on ma tę siłę. Może stąd, że jego rodzina jest normalna... On jak mnie wysłucha, to jakoś mi tak jest lepiej... jakoś tak czuję, że zniosę kolejny dzień... choćby miał być najgorszym w moim życiu jak do tej pory. Kochany z niego facet. I taki pociągający... Podoba ci się, mamo? Mi się strasznie podoba. On tak ładnie się porusza... Teraz, patrząc na mnie z góry, to pewnie wiesz już wszystko, więc nie będę tego ukrywał przed tobą... Zresztą to minie... Mamo, czy to naprawdę grzech? Czy gdybym został tym... no wiesz... to czy naprawdę nie dostąpiłbym zbawienia? Tak mówi Biblia... wiem, bo sprawdzałem... Czy to naprawdę grzech..? Mamo... pomódl się tam do Boga za Wiktora... on jest dla mnie taki wspaniały. Na pewno byś go polubiła gdybyś miała okazję go poznać... jest taki kochany... taki silny... Pomódl się za niego do Boga... jeśli cały ten "Bóg" istnieje...
I w tym momencie nie wytrzymałem i rozpłakałem się. Było mi wstyd przed Wiktorem, że płaczę... On był zawsze taki męski, silny i zawsze tyle mi tej siły dawał... Ale dzisiaj, teraz, w tej chwili, nad grobem mamy już mi nie wystarczyło, już nie mogłem i po prostu się rozpłakałem... nie wiedząc nawet o co. O wszystko... że mama odeszła, że tata jest dla mnie taki okropny, że brat mu się podlizuje i też mnie nęka, o to, że Jacek ściąga z Internetu zdjęcia gołych kobiet, a ja - mężczyzn, że boję się w głębi duszy, że to się nie zmieni, że pozostaje mi tylko nadzieja, że będzie inaczej, lepiej, o to, że Wiktor stoi teraz koło mnie i widzi jak się łamię, że pewnie myśli sobie, że jestem słaby, że jestem maminsynkiem, który nie umie po męsku sobie poradzić z tatą i bratem bez mamusi...
W tym momencie poczułem na sobie silne ramiona Wiktora. Niewiele myśląc i nie wiedząc właściwie co w ogóle myśleć, też go objąłem i wtuliłem załzawioną twarz w jego bark. Usłyszałem jego ciepły głos:
- Rany, Kowal... gdybym ja ci mógł jakoś pomóc...
Nie wiem, ile czasu tak staliśmy. Pamiętam, że w pewnym momencie wplótł swoje palce w moje włosy i poczułem się wtedy jak w ramionach kochanka, którego nigdy nie miałem. Ale zaraz potem jego ręka opuściła moją głowę i zaczęła klepać mnie po plecach, tak po przyjacielsku, po męsku... Po chwili rozpaczy uświadomiłem sobie, że za długie wtulanie się w przyjaciela może nie zostać przez niego najlepiej przyjęte. Miałem już wystarczająco siły, żeby uwolnić się z jego boskiego uścisku i przeprosić za scenę.
- Nie przepraszaj - odpowiedział. - Łzy oznaczają tylko, że czujesz, że kochasz, że tęsknisz... Nie ma za co przepraszać.
"Że kocham"... kocham... i to mocno. Kochałem go całym sercem, ale nie wiedziałem jaka to miłość, nie umiałem jej określić: czy to miłość taka, jak do przyjaciela, brata, czy do kochanka, kogoś na dobre i złe... A może wiedziałem, tylko nie umiałem się przed sobą do tego przyznać.
- Słuchaj, Kowal, jak tylko będziesz chciał, to możesz do mnie przychodzić, ja zwykle jestem w domu, rzadko wychodzę. Wal kiedy tylko chcesz! I zostawaj na noc. Nawet na kilka nocy.
- Chciałbym, Wiktor, chciałbym. Ale nie mogę. Kto by się zajął tatą, bratem? Oni uważają, że to mój obowiązek robić posiłki i dbać o nich - mówiłem ocierając ostatnie łzy.
- Mówiłeś, że czasem babcia ci pomaga.
- Czasem pomaga... ale nie mogę jej przecież bez przerwy o to prosić. Ona też ma swoje życie, swojego męża... i te swoje jedenaście kotów.
- Jedenaście? Ostatnio było dziesięć.
- Już jest jedenaście. Od trzech dni.
- To musi być wspaniała kobieta. Tak bardzo kocha zwierzęta.
- Jest wspaniała. Gdyby jej nie było, to bym chyba wykitował w tej rodzinie.


3

W czwartek zaczynaliśmy lekcje językiem polskim. Stanąłem pod klasą i wyjąłem zeszyt żeby przypomnieć sobie co było na ostatniej lekcji. Podszedł do mnie Wiktor.
- Cześć!
- Cześć, nie zauważyłem cię.
- Bo dopiero przyszedłem. Jak tam w domu.
- Wczoraj jak wrócili, podałem im obiad i nie zamieniłem z żadnym z nich ani słowa.
- Do końca dnia? - pokiwałem głową - Kurde... A dzisiaj rano?
- Ojciec kazał mi tylko kupić żarówkę jak będę wracał do domu.
Wiktor pomilczał chwilę nie wiedząc właściwie co powiedzieć ani jak mnie pocieszyć. W końcu, niepewny, czy wypada w takim momencie zmieniać temat, powiedział:
- Odrobiłeś polski?
- Tak... ale jakoś trudno mi było... nie wiem czy to jest dobrze... nie rozumiem tego Norwida.
- Ani ja.
Podeszła do nas Magda - najładniejsza chyba dziewczyna w klasie. Wydawało mi się, że jeśli byłbym w stanie zakochać się w jakiejkolwiek dziewczynie ze znanych mi - to była by właśnie ona.
- Cześć - uśmiechnęła się do nas. - Dzisiaj są twoje imieniny - kontynuowała ze szczerym uśmiechem mówiąc już tylko do mnie - więc chciałam ci życzyć zdrówka, szczęścia i pomyślności, i spełnienia marzeń, i takiej super dziewczyny, i czego tam sobie jeszcze wymarzysz...
Ach, Magda... Gdybyś wiedziała o czym ja mogłem sobie marzyć. Największym marzeniem było chyba "wyzdrowieć" z tej... choroby. Złapała mnie za ramiona i wymieniliśmy ze sobą trzy buziaki. Potem zawołała ją Ania, więc odeszła.
- O rany! - powiedział Wiktor - Zapomniałem, że masz dzisiaj imieniny! Przepraszam!
- Przecież nie ma za co.
- No to, chłopie... Szczęścia! - powiedział i po chwili namysłu dodał - Kowal, czy ty jesteś szczęśliwy?
Patrzyłem mu przez chwilę w oczy myśląc o tym, czy mam w życiu szczęście... Odpowiedź była chyba w moich oczach widoczna.
- Rany, Kowal, nie patrz tak na mnie, bo aż mi się płakać chce! - mówił w typowy dla siebie męski sposób i widać było, że to "płakać mi się chce" było tylko próbą wyrażenia wielkiego wzruszenia i gdyby przyszło co do czego to prędzej ja bym się rozpłakał. - No więc słuchaj - kontynuował - życzę ci, żeby było u ciebie w domu jak najlepiej, żebyś znalazł sobie jakąś dziewczynę, która by cię wspierała i... Czego mam ci życzyć, Kowal?
- Siły - odpowiedziałem cicho po chwili namysłu. - Siły...
- No więc życzę ci mnóstwo siły - powiedział i objął mnie po przyjacielsku, poklepując po plecach, tak jak wczoraj na cmentarzu. Ja oczywiście znowu czułem się jak w niebie i marzyłem o tym, żeby nigdy mnie nie puszczał. Gdy w końcu się odsunął (nie stawiałem rzecz jasna oporu), dodał:
- A rodzina co? Nie złożyła ci żadnych życzeń?
- Nie... tylko mama uznawała imieniny. Tata twierdzi, że to bzdura, sam nie obchodzi imienin, a Jacek, jego pupilek, od kiedy nie ma mamy, oczywiście uważa tak samo.
- Słuchaj - mówił dalej - w takim razie w sobotę przychodzisz do mnie na imprezę na twoją cześć. Będziemy się bawić do białego rana!
- Wiktor... nie wiem czy będę mógł... Ojciec się pewnie nie zgodzi...
- Zgodzi się zgodzi. Spytaj go dzisiaj, jak będzie miał coś przeciwko, to mój tata z twoim pogada i go przekona.
- Jesteś pewien?
- W końcu mój stary jest adwokatem, nie? Musi mieć dar przekonywania.
Uśmiechnąłem się.


4

Nie chciałem iść na tę imprezę i Wiktor dobrze o tym wiedział. Nie lubiłem pokazywać się w towarzystwie, bałem się poznawania nowych ludzi, szczególnie na obcym terenie. A prywatek nie lubiłem szczególnie, z dwóch powodów. Po pierwsze bałem się, że przekonają mnie do tego, żebym się upił (a byłem uległą na wpływy osobą) i mógłbym się niechcący wydać ze swoimi pociągami. Po drugie na takich spotkaniach zwykle każdy chłopak dobierał się z jakąś dziewczyną i nad ranem leżeli obok siebie uśpieni alkoholem, wyślinieni, często nawet nawzajem zaspokojeni podczas krótkiej wizyty w ubikacji gospodarza... Nie wiedziałem jak się zachowywać, tym bardziej, gdy jakiejś dziewczynie się spodobałem - to była kolejna obawa, że moja tajemnica mogła przestać być tajemnicą. Wiktor wiedział, że nie lubię imprez, a bardzo chciał się ze mną na jakiejś pobawić - "poderwałbyś sobie jakąś laskę" - mawiał. Ale do tej pory zabawy były organizowane przez osoby trzecie, na które Wiktorowi nie wypadało mnie zapraszać. Tym razem jednak, to była jego własna impreza - impreza mojego przyjaciela, na którą zaproszenia nie wypadało mi odmówić. Stało się tak, jak on przewidział - mój tata dał się przekonać jego ojcu, abym mógł zostać na tej zabawie, która była w końcu organizowana specjalnie dla mnie.
Przyszedłem na imprezę trochę przed czasem, pod pretekstem pomocy Wiktorowi w przygotowaniach, a tak naprawdę chciałem widzieć wszystkich nieznanych gości od samego początku. Wiktor dał mi skromny prezent - ramkę z na której przyklejony był kondom opatrzony napisem "w razie potrzeby - zbić szybkę".
Impreza przebiegała normalnie - ludzie się schodzili, a gdy było już dość tłoczno zaczęli pić, bawić się, tańczyć, potem dobierać w pary, a gdy robiło się ciemno - tańczyć wolne tańce, niezależnie od szybkości muzyki, która płynęła z głośników wierzy Wiktora. Wyszedłem z głównego pokoju do telewizyjnego, gdzie nie było łóżek, a jedynie fotele, przez co było to pomieszczenie wolne od obściskujących się par. Stanąłem przy oknie i zacząłem myśleć o tym, dlaczego ja nie jestem jednym z tych, którzy obmacują dziewczyny przy zgaszonym świetle. Odpowiadałem sobie, że ja nie jestem taki, że to jest za łatwe - tak na imprezie z pierwszą lepszą i po alkoholu, że do tego potrzebna jest miłość, a nie zwykła ochota, że ja poczekam na tę jedyną, na tę pierwszą i, mam nadzieję, ostatnią. Chociaż tak naprawdę czułem w sercu, że nie byłem jednym z nich tylko dlatego, że robienie tego co oni wcale mnie nie podniecało. Patrząc na nich - patrzyłem na chłopaków i zazdrościłem dziewczynom. Chociaż nie dopuszczałem tych myśli do siebie.
Za oknem było ciemno. W oddali szczekał jakiś pies. Po oświetlonym latarniami chodniku jakaś para powoli skądś wracała, a może po prostu szła na nocny spacer... Tego właśnie mi trzeba - myślałem. Stałego, szczęśliwego związku z kobietą, a nie napaloną nastolatką, związku z miłości, związku, w którym nie seks jest podstawą, ale na przykład właśnie nocne spacery po zamglonych uliczkach peryferii miasta i nie mające końca rozmowy o wszystkim i niczym...
Do pokoju wszedł Wiktor. Był kompletnie pijany i nawet w ciemności widziałem wyraźnie jak się chwieje podchodząc do mnie powoli. To była jego wada. Lubił się upijać i często chodził na imprezy właściwie tylko po to. Nie lubiłem w nim tego, ale przecież nikt nie jest doskonały i nie było to coś, co w moich oczach znacząco pomniejszałoby jego wartość. Następnego dnia, umiał przecież dalej być wspaniałym kumplem, na dobre i na złe. Był zadziwiająco podatny na wpływ alkoholu, więc upijał się zwykle już po drugim piwie i trwał w tym stanie dość długo, chociaż wcale nie śmierdział alkoholem.
- Aaa... ty co? - wybełkotał.
- Wyglądam sobie przez okno.
- Staaary... zabawiłbyś się! Dlaczego się nie... bawisz..?
- A ty? Gdzie twoja panienka?
- Aaa... stwierdziła, że do domu musi... już iść... bo się rodzice będą nie... pokoić... te baby...
Staliśmy tak przez chwilę naprzeciw siebie, a raczej ja stałem, a on się kiwał. W końcu podszedł do mnie.
- Staaary... ty masz imieniny... to jest impreza... dla ciebie... powinieneś się bawić - mówił niewyraźnym głosem. Objął mnie i przytulił się do mnie tak mocno, że aż mnie to zdziwiło. Nie ruszałem się jednak, też go objąłem i nie chciałem puszczać. Pijany, nie pijany... mniejsza z tym. Przystojny i ciepły mężczyzna trzyma mnie w swoich objęciach... Czułem się bezpiecznie w ramionach chłopaka, którego znałem już od jakiegoś czasu, który zawsze miał dla mnie uśmiech, zawsze był otwarty na wysłuchanie moich problemów, zawsze czekał chętny do pomocy. Poczułem, że zaczyna mnie to podniecać. Stojąc tak ze mną, bełkotał coś pod nosem, ale nie słuchałem go już. W jego słowotoku wychwyciłem tylko wyrazy "kocham cię, Kowal", na które niezwłocznie odpowiedziałem "ja ciebie też". W pewnym momencie Wiktor stracił równowagę, a że muskulatury miał niemało, a co za tym idzie - nie był lekki, nie udało mu się utrzymać na nogach i upadliśmy razem na podłogę, o tyle szczęśliwie, że na miękkie posłanie psa, którego na ten wieczór rodzice Wiktora zabrali gdzieś ze sobą, żeby nie przeszkadzał. Posłanie to znajdowało się akurat w świetle stojącej za oknem latarni, a ponieważ to Wiktor upadł na plecy, a ja leżałem na nim - widziałem wyraźnie jego twarz, jego spojrzenie. Był pijany, ale wzrok zdawał się mieć zupełnie trzeźwy, skoncentrowany na mnie. Nie wiem, czy to było tylko moje złudzenie, ale wydawało mi się, że patrzy na mnie z fascynacją, z pasją, a nawet z pożądaniem. Po chwili takiego wpatrywania się jeden w drugiego uśmiechnąłem się do niego, a on do mnie. Zamknąłem oczy i pocałowałem go. Nie wiem, co sprawiło, że zdobyłem się na ten krok. Pewnie świadomość, że Wiktor jutro nie będzie tego pamiętał, a może raczej nadzieja, że w stanie upojeni odkrywa przede mną swoją prawdziwą osobowość, swoje prawdziwe potrzeby i żądze. Podczas pocałunku obróciliśmy się tak, że to ja byłem na dole i czułem na sobie napełniający mnie nieznaną dotąd rozkoszą ciężar jego ciała... jego męskiego, ciepłego ciała... Wiktor odsunął się ode mnie, ale nie tak, jakby się nagle mnie przestraszył, tylko tak na chwilę, tak, żeby ułożyć się w wygodniejszej pozycji. Przekręcił się i położył głowę na mojej klatce. Ścisnął mnie jeszcze raz mocno, powiedział "kocham cię" i osłabił uścisk. Po chwili takiego leżenia chciałem kontynuować jakąś aktywność, nie myśląc o tym, czy to dobre, czy złe. Ale zauważyłem, że oddech Wiktora jest równomierny i że nie reaguje na swoje imię. Zasnął. Nie szkodzi. Przynajmniej zasnął na mnie, przytulony do mnie, tak, że mogę głaskać go po jego pięknych, miękkich blond włosach, mogę go czuć na sobie... przez całą noc... do białego rana.


5

Obudziłem się. Spojrzałem na zegarek - była szósta rano z minutami. Gdzie jest Wiktor - pomyślałem. Rozejrzałem się - spał koło mnie na plecach, w koszuli z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami. Po podłodze ciągnęło trochę porannym chłodem, pomyślałem więc, że musi mu być zimno. Zdjąłem z jednego z foteli narzutę i przykryłem nią Wiktora. Poszedłem do dużego pokoju, gdzie bawiła się większość ludzi. Kilka par leżało w najróżniejszych pozycjach przy sobie. Wróciłem do pokoju telewizyjnego, wziąłem jeszcze jedną narzutę z innego fotela i nakrywszy siebie samego, położyłem się koło Wiktora i zasnąłem.
Gdy mnie obudził, było już po południu. Otworzywszy oczy zobaczyłem, jak się nade mną pochylał z kwaśną miną trzymając się za głowę.
- Wstawaj, Kowal - mruczał. - Już po pierwszej... Rany, jak mnie łeb napierdala...
Miał na sobie jakąś bluzę z kapturem, pod nią wciąż tę samą koszulę z rozpiętymi górnymi guzikami, a na nogach te same bojówki co wczorajszej nocy. Wstałem, poprawiłem swoje ubrania, położyłem narzutę spowrotem na fotel i przymknąłem oczy, które jeszcze mnie bolały. Zachwiałem się i oparłem o parapet. Wyjrzałem przez okno. Nagle przypomniał mi się ten sam widok, tylko, że z zeszłej nocy - wtedy było ciemno, gdzieś w oddali szczekał pies, po chodniku szła jakaś para... a potem do pokoju wszedł Wiktor... Mój Boże! Myślałem, że to był sen, ale... to chyba było naprawdę... Odwróciłem się. Wiktor zbierał w głównym pokoju popcorn z podłogi. Po chwili jednak nie wytrzymał i usiadł na kanapie. Innych gości już nie było. Pamiętał, czy nie..? Przez długą chwilę to jedno tylko pytanie krążyło w mojej głowie... Poszedłem do tamtego pokoju i usiadłem na pufie naprzeciw niego. Siedział nieruchomo z zamkniętymi oczami i ręką na czole. Po chwili milczenia otworzył lekko oczy, a zobaczywszy mnie uśmiechnął się i zapytał:
- Jak się bawiłeś?
Pamiętał, czy nie..? Co oznaczał ten uśmiech? Czy może pytanie, które mi właśnie zadał miało znaczyć "jak ci się podobała nasza nocna przygoda"? Nie miałem pojęcia co odpowiedzieć, aż w końcu po chwili zmieszania wybąkałem:
- Nie pamiętasz?
Wiktor uśmiechnął się jeszcze cieplej. Czyżby jednak pamiętał? Zamknął oczy i odpowiedział:
- Nie... Sorry, ale byłem zbyt urżnięty. Dzisiaj będę pokutował... Wypiłem chyba ze cztery piwa... to znaczy pamiętam jak piłem czwarte... potem film mi się urwał... A wiesz, że już po drugim jestem... nie teges...
"Potem film mi się urwał"... Nie pamiętał. W mojej głowie nastała pustka. Nie wiedziałem ani co myśleć, ani co czuć. Obawiać się, że sobie przypomni? Smucić się, że trwało to tak krótko? Cieszyć się, że w ogóle coś było?
- Nie pamiętasz? - powtórzyłem pytanie mimo woli.
- Nie... no powiedz, jak było... tylko nie mów za głośno, bo... rozumiesz...
Nie wiedziałem co powiedzieć. Zmyślać nie chciałem, ale powiedzieć prawdę? Jak zareaguje?
- Całowaliśmy się...
- To super... z kim?
- Z... tobą.
Roześmiał się delikatnie, tak, żeby nie wykonywać ciałem zbyt gwałtownych ruchów. Ocknąłem się i uświadomiłem sobie, że powiedzenie mu prawdy było błędem.
- Muszę już iść - powiedziałem i wstałem.
Wiktor otworzył oczy i też wstał, ale przyprawiło go to o silny ból głowy, więc zanim zdołał cokolwiek do mnie powiedzieć, postał trochę na kanapą i posyczał z bólu. Poszedłem do przedpokoju i zacząłem zakładać buty.
- Hej, czekaj! - zawołał za mną. - Co się stało?
Spojrzałem tylko na niego i dalej się ubierałem.
- Wybacz, naprawdę muszę spadać. Ojciec pewnie się wścieka, rozumiesz...
Wiktor podszedł do mnie i powiedział po cichu:
- Stary, czekaj! Przecież on wie, że wrócisz dopiero po południu. Powiedz, co się stało.
Stałem już na progu otwartych drzwi i patrzyłem na niego. Czułem się zawstydzony, że wczorajsza scena w ogóle miała miejsce, wściekły na siebie, że powiedziałem mu prawdę i przestraszony tego, co się może stać teraz, lub kiedykolwiek w przyszłości, gdy Wiktor sobie (broń Boże) przypomni ostatnią noc. Patrzyłem tak na niego nie mogąc wydusić z siebie żadnego słowa.
- Mówiłeś poważnie? - zapytał.
Nie umiałem go okłamać, ale nie byłem też w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Przełknąłem tylko ciężko ślinę i wyszedłem. Wiktor stanął w drzwiach i krzyknął za mną:
- Kowal!
Nie zatrzymałem się.


6

Poniedziałek. Pierwsza lekcja. Co zrobić, żeby nie musieć spotkać go na przerwie pod salą? Spóźnić się. Zapukałem do drzwi pracowni i wszedłem.
- Dzień dobry, przepraszam.
- Siadaj Kowalski! Nie spóźniaj się! Który masz numer w dzienniku?
- Dwunasty - powiedziałem i szybko poszedłem na swoje miejsce nie rozglądając się po klasie. Całe szczęście, że na polskim facetka nas poprzesadzała według własnego uznania - mnie i Wiktora rozsadziła. Usiadłem na swoim miejscu - na ostatniej ławce w środkowym rzędzie, koło Oli. To był dobry punkt obserwacyjny, wszystkich stąd widziałem. Wiktor siedzi na drugiej ławce w rzędzie pod oknem, pomyślałem. Jest dzisiaj w szkole, czy go nie ma? Może nie przyszedł, może wciąż ma kaca. Spojrzyj tam - mówiłem w myślach do siebie - teraz... Jest! Nie patrz już! Wasze spojrzenia mogą się spotkać. Słuchaj nauczycielki i notuj co potrzeba. I módl się, żeby dzwonek na przerwę nigdy nie zadzwonił.
Ale zadzwonił. Postanowiłem jak najdłużej się ociągać, żeby wyjść z klasy jako ostatni. Odwróciłem się tyłem do reszty i pakowałem plecak bardzo powoli, to coś wyjmując, to znowu chowając. Udawałem, że mam w nim straszny bałagan i teraz właśnie muszę zrobić tam porządek. Gdy w klasie zrobiło się cicho, po czym mogłem wnioskować, że większość już wyszła, zacząłem kończyć "prace porządkowe".
- Pośpiesz się, Kowalski - usłyszałem zza siebie głos nauczycielki, co dało mi pewność, że jestem już sam. Ale gdy się odwróciłem, zobaczyłem w drzwiach klasy czekającego na mnie Wiktora. Niepewnym krokiem zacząłem iść w jego stronę, nie patrząc mu w ogóle w oczy. Miałem tylko nadzieję, że jednak niczego nie pamięta i że moje dziwne zachowanie po imprezie spłynęło po nim, a teraz czeka na mnie po prostu jako przyjaciel.
- Cześć - powiedział, gdy byłem już blisko niego i wyciągnął do mnie rękę. Podałem mu swoją i nic nie odpowiedziałem. Może jednak zapomniał... Gdy byliśmy już na holu i szliśmy pod salę chemiczną, złapał mnie za ramię i powiedział - Zaczekaj.
Zatrzymałem się i odwróciłem. Spojrzałem mu w oczy. Tego wzroku wcześniej nie widziełm. Był mi zupełnie obcy: pusty, a za razem przenikliwy, spokojny, a jednocześnie wrogi. To nie był wzrok Wiktora, którego znałem.
- Wiesz, to dziwne - zaczął mówić powoli - ale akurat tamtą krótką chwilę sobie przypomniałem.
- Przepraszam - powiedziałem niemalże szeptem po długiej chwili milczenia.
- Więc jednak to prawda.
On wcale sobie nie przypomniał "tamtej krótkiej chwili" między nami w imprezową noc! Powiedział tak tylko, żeby zaobserwować moją reakcję i stwierdzić, czy rano po imprezie mówiłem prawdę, czy tylko majaczyłem. Uświadomiwszy sobie, że tak naprawdę dopiero teraz dałem mu stuprocentową pewność co do naszej przygody, zamknąłem oczy i poczułem jak w zmieszaniu, wstydzie i złości na samego siebie i na cały świat, kurczy się powoli każdy mięsień mojego ciała.
- Uspokój się - powiedział Wiktor, widząc zapewne mój stan. Złapał mnie swoimi silnymi dłońmi za ramiona. Wyrwałem mu się, poszedłem pod ścianę i usiadłem po turecku plecami do niej.
- Uspokój się - usłyszałem znowu głos Wiktora. Po chwili mi się udało uspokoić, mięśnie się rozluźniły. Spojrzałem na niego. Ukucnął przede mną tak, jak piłkarze kucają do grupowego zdjęcia. Był taki męski...
- Nic złego się nie stało - dodał.
"Nic złego się nie stało"? Czyżby incydent tamtej nocy był czymś, na co i ty czekałeś?
- Mam ci sporo do powiedzenia - mówił - ale nie wiem od czego zacząć...
W głowie układałem już sobie zdania, które miał zaraz wypowiedzieć. "Od dawna mnie pociągałeś... Ale nie byłem pewien, czy mnie zaakceptujesz. Widziałem, jak na mnie patrzysz, ale nie miałem odwagi, żeby zaufać temu spojrzeniu i otworzyć się przed tobą. Tyle razy wysłuchiwałem o twoich problemach w domu. Tyle razy cię przytulałem, obejmowałem i nie miałem nigdy na tyle odwagi, żeby cię przy tym pocałować, tak tylko w policzek, żeby nikt nie zauważył, ale żebyś ty wiedział, co naprawdę do ciebie czuję..."
- Kowal... - zaczął mówić - Nie mam do ciebie żalu... - w tym momencie cały mój scenariusz jego "mowy" wziął w łeb. - To było dziwne... Ja tego nie pamiętam, ale ci wierzę. Doceniam to, że byłeś wobec mnie szczery. Wiem, że nie pijesz alkoholu, więc na imprezie na pewno nie byłeś pijany i nie była to kwestia chwilowego zapomnienia się... Czy mam rację? - Pokiwałem głową. - Czyli... czyli ty wolisz... chłopców... tak? - znów pokiwałem głową, nie myśląc już o tym, że przecież to przejściowe, że minie itd. - Rozumiem, że miałeś nadzieję, że ja okażę się być... taki jak ty... Ale nie jestem. Faceci mnie nigdy nie pociągali... To co się stało, to już się nie odstanie. Ja tego nawet nie pamiętam... Nie mam do ciebie żalu, bo wiem, że nie zmusiłbyś mnie do tego, gdybym nie chciał. Nie wiem... Może pod wpływem alkoholu zaczęło mi się wydawać, że jesteś dziewczyną..? Nie obraź się, ale masz delikatną twarz, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? No właśnie... Kowal... nie chcę cię stracić... nie chcę stracić takiego przyjaciela, jak ty. Spójrz mi w oczy - spojrzałem. - Chce, żebyśmy dalej byli przyjaciółmi.
- Naprawdę?
- Tak.
Po chwili milczenia zapytałem:
- Dlaczego?
- Bo cię... no... kocham. Ale tylko jako przyjaciela.
- Za co mnie kochasz?
- Nie wiem... Masz po prostu w sobie coś takiego wyjątkowego... Coś co cię wyróżnia spośród wszystkich...
"Może właśnie to, że jestem gejem" - pomyślałem.
- Może właśnie to, że jesteś gejem - powiedział Wiktor.
Uśmiechnąłem się.
- Chcesz, żebyśmy się dalej przyjaźnili? - zapytał - Czy może z twojej strony ten incydent przekreśla naszą przyjaźń?
- Chcę... Bardzo chcę. Ale nie wiem, czy będę ci teraz umiał spojrzeć w oczy.
Uśmiechnął się, poklepał mnie po udzie i powiedział:
- Przyzwyczaisz się, facet. Chodź, mamy chemię.


7

- Halo?
- Cześć, Wiktor mówi.
- Cześć.
- Do której dzisiaj pracujesz?
- Do ósmej.
- Cholera! Ten twój szef to cię doi!
- Przynajmniej dobrze płaci.
- No powiedzmy... A po pracy co robisz?
- Umówiłem się z Michałem.
- Z tym... "twoim" Michałem?
- Tak, z tym "moim" - uśmiechnąłem się.
- W jakieś konkretne miejsce?
- Nie.
- To wpadnijcie może do mnie na kawę. Chciałbym go w końcu poznać.
- ...
- Jesteś tam?
- Tak jestem.
- To co się nie odzywasz?
- Myślałem właśnie, jakiego mam wspaniałego przyjaciela w tobie.
- No to przyjdziecie, czy nie?
- Przyjdziemy, przyjdziemy.
- O ósmej, czy trochę później?
- Około dziewiątej. Chcemy jeszcze odwiedzić moją mamę.
- Dobra! No to na razie.
- Trzymaj się.
Po odłożeniu słuchawki długo jeszcze myślałem o tym, dlaczego na świecie jest tak niewielu ludzi takich, jak Wiktor..?



***

Opowiadanie to dedykuję K. - najbardziej niesamowitemu przyjacielowi, jakiego kiedykolwiek miałem w swoim (krótkim, co prawda) życiu, i jakiego życzę każdemu człowiekowi.
- Autor

OCEŃ ARTYKUŁ
Podoba mi się (0)
Nie podoba mi się (0)
Komentarze (6)
HEJT STOP!Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Komentuj
Moja ikona
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
Ikona
20.10.2006 15:46 kotor0
tekst swietny.podoba mi sie twoj styl pisania i caloksztalt pracy tworczej
miec takiego przyjaciela to skarb
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
20.02.2006 16:45 yog18
o jezu ... czemu naiwne :P hehe na pewno tacy przyjaciele są gdzieś :P mam nadzieje :D baaaardzo fajne opowiadania :D:D "tylko chusteczki wyjąć" :P pozdrowionka dla autora :D
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
30.05.2002 2:00 yoorek
ok, sympatyczne, troche naiwne, aha: no i miejscami z ortografią nie najlepiej.. :)
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
03.05.2001 9:58 Majtreji
opowiadanie jest swietne, slow mi brakuje. masz swietny styl pisania, ktory powoduje, ze czyta sie je bardzo plynnie bez zadnych zaciec, ze tak powiem;)
co prawda pojawily sie bledy ortograficzne;P, ale naprawde to opowiadanie to cos wspanialego
trzymaj sie cieplo
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
20.02.2001 3:25 Cath0d
Boshe... Gdy skonczylem czytac, nawet nie wiem kiedy siegnalem po husteczki.. Lecialy mi lzy... Artykul jest odbiciem mojego zycia, a raczej wymarzonego przyjaciela... Dziekuje Ci... Ten text wyrwal mnie z depresji...
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
05.02.2001 16:33 Anyx
Notka do autora (o ile przeczyta):
Pisz dalej czlowieku. To bylo niesamowite. Swietny tekst i optymistyczny. Promyczek swiatla w moim "ciemnym" zyciu. Dziekuje.
cytuj zgłoś 0 0
Autor
Redakcja Queer.pl
Pierwszy polski portal ludzi LGBT
Inne tematy
Eurowizja 2026: największy bojkot w historii wydarzenia od 1970 roku. Kto i dlaczego odwrócił się od konkursu? Sobota, 16.05.2026 Eurowizja 2026: największy bojkot w historii wydarzenia od 1970 roku. Kto i dlaczego odwrócił się od konkursu?
Prezydent Nawrocki zapowiada weto ws. ustawy o statusie osoby najbliższej. Będzie projekt prezydencki? Czwartek, 28.05.2026 Prezydent Nawrocki zapowiada weto ws. ustawy o statusie osoby najbliższej. Będzie projekt prezydencki?
Minister Kierwiński o parach jednopłciowych: "będą korzystać z większości praw, które mają wszyscy polscy małżonkowie" Wtorek, 19.05.2026 Minister Kierwiński o parach jednopłciowych: "będą korzystać z większości praw, które mają wszyscy polscy małżonkowie"
Kontakt Reklama Regulamin
Social media
Polub na Facebooku Obserwuj na Twitterze Instagram WhatsApp
© 1996-2026 Queermedia.pl, ISSN 2299-9019 Polityka prywatnościUstawienia prywatnościPrzerwij abonamentOdstąpienie od umowy







🌈
Odkryj więcej na Queer.pl
Zalogowani użytkownicy mogą oglądać zdjęcia innych osób, zakładać profile, komentować artykuły i oceniać filmy.
Dołącz do nas Zaloguj się